Muraloza

Murale - wielkoformatowe malowidła tworzone zwykle na ścianach budynków - miały być lekarstwem na brzydotę polskich miast. Przez kilka lat skutkowały. Ale - jak to z lekarstwami bywa – okazało się, że łatwo je przedawkować.

Polacy chcą żyć w ładnym otoczeniu, ale nie bardzo im to wychodzi. Poprzedni ustrój zostawił niełatwe urbanistyczne dziedzictwo w postaci blokowisk reprezentujących modernizm w jego najgorszym wydaniu. Nowa epoka zaś już trzecią dekadę odreagowuje "komunistyczną szarzyznę", pokrywając bloki pastelowym tynkiem, wznosząc jednorodzinne domki-dworki i budując kolejne, aspirujące do miana luksusowych, strzeżone i ogrodzone osiedla. Wszystko to, dopełnione reklamową samowolką, składa się na wizualną kakofonię i ogólne wrażenie, że "w Polsce jest brzydko".

Reklama

Jak dotąd nie wymyślono skutecznego sposobu na opanowanie tego chaosu. Próbowano ozdabiać miasta za pomocą podświetlanych fontann, ryneczków wyłożonych kostką Bauma i romantycznych alejek. Na tym mało udanym tle wyróżniały się murale.

Trudne do przeoczenia ze względu na swoją skalę, dodatkowo przyciągały uwagę przechodniów oryginalną estetyką i ironicznym przekazem. Były zadziorne, buntownicze i przede wszystkim inne od dorównujących im wielkością billboardów. Ostrzegały przed konsumpcjonizmem, ksenofobią, fanatyzmami. Były jak publicystyka, ale przekazywana prostym i atrakcyjnym językiem.

Jeszcze w ubiegłej dekadzie takie malowidła stanowiły rzadkość. Obecnie są tworzone w ramach kilkunastu festiwali odbywających się na terenie całej Polski. I im murali więcej, tym mniej mają one wspólnego ze sztuką.

Żeby było ładnie

Najpierw musi być mur. Najlepiej elewacja bloku albo kamienicy. Sprawdzi się też wiadukt, filar mostu, przejście podziemne, peron kolejowy. Może być dom mieszkalny, muzeum, dom kultury, od biedy nawet biblioteka. Kiedyś jeszcze pilnowano, żeby ściana, na której ma powstać malowidło, nie była zabytkowa. Dzisiaj już przymyka się na to oko - jednym z takich przypadków był mural wymalowany przy rynku w Kielcach, który powstał wbrew decyzji konserwatora zabytków.

Kiedy już znajdzie się taką powierzchnię, można rozpoczynać malowanie. Tworzeniu zwykle towarzyszy jedna reguła: malować tak, żeby było ładnie. Ładnie najczęściej oznacza: grzecznie, kolorowo i tak, żeby nikogo nie obrażać. Jak mówi Mariusz Libel, artysta zajmujący się street artem, obrażają głównie "penisy i odwołania do Kościoła katolickiego". Poza tym niemal wszystko dozwolone. I w ramach tego, co dozwolone, zdobi się coraz więcej i coraz częściej.

Dobro narodowe, dobro eksportowe

Dzisiaj, z perspektywy promocji miasta, jest wstydem nie mieć muralu. Bo w przeciwieństwie do już powszechnie uznanej za "obciachową" pastelozy, artystyczny rysunek to dowód na troskę o estetykę miasta i otwartość na najnowsze artystyczne trendy. I do tego dowód - dość tani, a widoczny.

O miano polskiej stolicy muralu od lat rywalizują: Trójmiasto (z imponującym dorobkiem prawie 100 murali i kuźnią plastycznych  talentów, czyli gdańską szkołą muralu), Katowice (w których organizowany jest Street Art Festival) i Łódź (z festiwalem Galeria Urban Forms). Nieźle prezentują się też Kraków i Wrocław, również organizujące międzynarodowe festiwale, w ramach których powstają dzieła na wysokim poziomie.

Jednak moda na murale nie jest modą wyłącznie wielkomiejską. Wręcz przeciwnie. Swoje murale ma Pińczów, ma Szklarska Poręba i ma Giżycko. Możemy oglądać w Polsce ekomurale (na zaporze w Solinie), murale giganty (budynek NCK w Krakowie) i mural prawdopodobnie największy w Europie (wieżowiec przy ul. Morcinka w Łodzi). Gdyby dobrze poszukać, może i znaleźlibyśmy malowidło bijące rekord Guinnessa w tej dziedzinie. Murale upamiętniają, edukują, rewitalizują.  Ale przede wszystkim zdobią.

Murale lubią mieszkańcy i lubią media. Dziennikarze piszą, że malowidła nadają szarej przestrzeni miejskiej zupełnie nowy, kolorowy sznyt, "ożywiają szarość" i są "lekarstwem na wandalizm". Dobro narodowe powoli staje się eksportowym.

Naszą twórczość zauważyli też krytycy za granicą. Niedawno stacja CNN zrealizowała program o polskich muralach. Jego tytuł brzmiał: "Więksi niż Banksy: Polski street art rośnie w siłę".

Usługi estetyczne

"Jeszcze do niedawna w tzw. sztuce ulicy kurator nie istniał. Teraz masz kuratora, budżet, temat. Artysta ma tylko wysmarować ścianę na zadany temat. To jest bliżej sektora usług" - mówi Mateusz Libel, artysta zajmujący się street artem, w rozmowie z Sebastianem Frąckiewiczem, autorem książki "Żeby było ładnie. Rozmowy o boomie i kryzysie street artu w Polsce".

Głosy o tym, że moda na murale  sprawia, iż te malowidła mają coraz mniej wspólnego ze sztuką, a coraz więcej ze zwykłą dekoracją, słychać wśród artystów coraz częściej.

"Sposób myślenia według schematu 'zróbmy coś dużego, ładnego, kolorowego, dla wszystkich' jest najczęściej świadectwem ignorancji i prawdopodobnie zwiastuje artystyczną klapę" - pisze Frąckiewicz we wstępie do swojej książki.

Mimo że twórcy z tego ryzyka klapy zdają sobie sprawę, chętnie korzystają z zaproszeń na oficjalne imprezy. Nie ma się co dziwić, bo mural trudno stworzyć własnym sumptem. Farby, podnośniki, rusztowania - to koszt rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych i tylko nieliczni artyści są w stanie go pokryć. Do tego dochodzą problemy z dostępem do ścian, które nigdy nie są niczyje. Poza tym, na wykonaniu takiego malowidła artysta zawsze może zarobić.

Politycy w wielu miastach chętnie taki zarobek umożliwiają, bo z ich punktu widzenia mural jest inwestycją niedrogą, a opłacalną. Za kilkadziesiąt tysięcy złotych można poprawić wizerunek miasta, wypromować je (media chętnie publikują galerie z nowymi muralami), a przy okazji pokazać troskę o mieszkańców.

Jedną z najgłośniejszych polityczno-artystycznych inicjatyw była ta podjęta przez stowarzyszenie Logiczna Alternatywa (LA), które kilka miesięcy temu wyszło z pomysłem organizacji festiwalu "Krakowska Fabryka Murali". Według organizatorów, festiwal miał pomóc w rewitalizacji przemysłowej dzielnicy Zabłocie i umożliwić dostęp do sztuki mniej zamożnym mieszkańcom miasta. "Podziwianie dzieł sztuki, które powstałyby dzięki proponowanemu przez nas festiwalowi, byłoby dostępne dla każdego. Co więcej, cieszyłyby one oko jeszcze długo po zakończeniu kolejnych edycji festiwalu" - argumentował wówczas Łukasz Gibała, przewodniczący LA.

Murale stały się też alternatywą dla pomników i atrakcyjnym sposobem na uświetnianie rocznicowych imprez. Popyt na tego typu prace jest tak duży, że rozwinął się osobny podgatunek muralu patriotycznego. Niestety, popyt nie idzie w parze z jakością artystyczną tych prac.

Choć bywają dzieła świetne (np. solidarnościowe murale na Zaspie w Gdańsku), większość to ocierająca się o kicz plastyka. Są tu gigantyczne orły, kajdany, wizerunki Żołnierzy Wyklętych, powstańców, kotwice Polski Walczącej i nieodłączne deklaracje o tym, że "pamiętamy". Wszystko w wielkiej skali i równie wielkim patosem.

Trend wyczuli też właściciele firm, którzy widzą w takim malarstwie atrakcyjną i nieoczywistą formę promocji. Jak można przeczytać na stronie jednej z agencji PR, oferującej wykonanie tego typu malowideł: "Murale są odpowiedzią na rosnące zaangażowanie społeczeństwa i troskę o wygląd przestrzeni publicznej oraz zmęczenie chaosem powodowanym przez billboardy, citylighty ".

Nierzadko reklama odbywa się na zasadzie sponsoringu - w kompozycję artystycznego muralu wplecione jest np. logo producenta farby, który dostarczył materiały do produkcji dzieła.

Czy to Jezus czy kosmita?

Murale w założeniu mają przetrwać lata. Dlatego maluje się je tak, żeby nie wzbudzały kontrowersji i trafiały w gusta mieszkańców. Z badań wynika, że ci ostatni nie mają wielkich oczekiwań. "Muszą to być jasne i żywe kolory i ładny obrazek, a nie jakieś mazy", "Murale powinny być bardziej kolorowe, żeby chciało się na nie patrzeć", "Malujmy to, co należy do rzeczywistości (...) nie jakieś wampiry" - mówili mieszkańcy Łodzi, pytani przez wolontariuszy Fundacji Urban Forms o to, jakie murale im się podobają.

Na murach królują więc zgrabne kobiety, miłe zwierzątka i cieszące oko abstrakcyjne kształty. Dla mieszkańców ta estetyczna i kolorowa forma muralu jest o wiele ważniejsza niż jego treść. Stwierdzenia, że "murale skłaniają do refleksji" w odpowiedziach respondentów tego samego badania padały sporadycznie.

Mieszkańcy może nie do końca wiedzą, czego chcą, ale doskonale wiedzą, czego nie chcą. Dwa lata temu głośno było o muralu malowanym na osiedlu Retkinia w Łodzi. Chociaż mieszkańcy nie do końca wiedzieli, co na ich bloku powstaje (jedni w malowanej postaci dopatrywali się kosmity, inni zaś Jezusa), niezadowoleni byli wszyscy. Po negocjacjach z mieszkańcami mural ostatecznie dokończono według pierwotnego projektu.

Jednak największą awanturą o niechciane murale była chyba ta o bloki przy ul. Dudziarskiej w Warszawie. To maleńkie osiedle, składające się z trzech bloków położonych na obrzeżach miasta i odgrodzonych od niego spalarnią śmieci, nazywa się czasem "slumsami stolicy". W 2010 roku podjęto próbę rewitalizacji tej okolicy. Zadania podjęła się para artystów Alicja Łukasik i Grzegorz Drozd, którzy wymalowali na blokach klasyczną abstrakcję w postaci czarnych kwadratów Malewicza. W mediach huczało, spod Pałacu Kultury wyruszały autokarowe wycieczki ciekawskich. Sami mieszkańcy mówili, że przeszkadzają im nie tyle kwadraty co fakt, że nikt ich wymalowania z nimi nie konsultował...

Trudno powiedzieć, ile jeszcze potrwa moda na murale. Ale póki wielkie malowidła mają swoje 5 minut sławy, warto wykorzystać okazję. Nie tylko do zachwytów nad osiągnięciami i promowania polskiej twórczości. Również na dyskusję o tym, jak powinna wyglądać przestrzeń polskich miast.

Aleksandra Suława

-----

Wypowiedzi mieszkańców pochodzą z raportu Fundacji Urban Form "Dialogi wokół murali. Raport z badań opinii przeprowadzonych w ulicznych punktach konsultacyjnych" z 2014 roku.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje