Nie, nie chcę się zapisać do Klubu Książki

Dobra. Zaczynam. Mniej więcej pięćdziesiąt lat za późno, ale lepiej późno niż wcale. Dziennik. Wiem, że dziś nie jest 1 stycznia, ani nawet 1 listopada, ale nigdy nie ma lepszego momentu niż ten tu i teraz.

Czy nie mówimy sobie: "Szkoda, że nie zaczęłam prowadzić dziennika, kiedy miałam dwadzieścia lat". Albo trzydzieści. Albo czterdzieści. Ale w sześćdziesiątym roku życia (a dokładnie pięćdziesiątym dziewiątym - to znaczy, Boże, może rzeczywiście w sześćdziesiątym - przypomniałam sobie, że jakiś nudziarz tłumaczył mi ostatnio, że chociaż skończyłam pięćdziesiąt dziewięć lat, jestem w sześćdziesiątym roku życia, nic z tego nie zrozumiałam, ale w końcu ustąpiłam), nieważne, w którym roku życia, ale ja, Marie Sharp, emerytowana nauczycielka wychowania plastycznego, jeden syn, jeden kot i z przekonania zero mężczyzn po mniej więcej milionie nieudanych związków, jestem zdecydowana spróbować jeszcze raz. To znaczy z dziennikiem, nie z mężczyznami...

Reklama

"Wykluczone!" - mówi Marie Sharp, kiedy znajoma proponuje jej zapisanie się do klubu książki po skończeniu sześćdziesięciu lat. "Członkowie klubu książki muszą przebrnąć przez Mandolinę kapitana Corellego, Boga rzeczy małych albo [jęk] Księgarza z Kabulu. Przypuszczalnie uważają, że czytając i analizując książki, utrzymują umysł na chodzie. Ale tak naprawdę albo ktoś ma umysł na chodzie, albo nie. Dyskutowanie o wydźwięku i kontekście książek czy o czym oni tam rozmawiają w klubach książki nie poprawi osiągów mózgu, który wcześniej był zatarty. Po prostu nie chcę się zapisywać do klubu książki, żebym wciąż była młoda i pobudzona intelektualnie. Nie mam już ochoty być młoda i pobudzona intelektualnie. Tych seniorów, którzy w wieku osiemdziesięciu lat jadą na wyprawę rowerową do Mongolii albo w wieku dziewięćdziesięciu lat latają na paralotni, nie uważam za wspaniałe okazy starości, tylko za ludzi sfrustrowanych, którzy nie pogodzili się ze swoim wiekiem. Tacy ludzie są przeciwnikami operacji plastycznych twarzy, ale ich zachowanie jest nieustannym uganianiem się za utraconą młodością. Ja chcę zacząć robić rzeczy typowe dla ludzi starych, a nie młodych".

Za młoda, żeby korzystać z krzesełka dźwigowego albo zafundować sobie wannę dla niepełnosprawnych (ale nie za młoda, żeby lubić wygodne buty), Marie posuwa się jednak w latach - i jest tym zachwycona! Trochę dręczy ją kwestia, czy powinna zrezygnować z seksu - "Auć! Auć! Auć!" - ale są rzeczy, które jej rekompensują jego brak, na przykład ponowne zakochanie się - tym razem we wnuczku Genie.

Przejmująca, zabawna i rozkosznie realistyczna opowieść o starzeniu się.

Wirginia Ironside, Nie, nie chcę się zapisać do Klubu Książki, Wydawnictwo Zysk i S-ka

Dowiedz się więcej na temat: rzeczy | książki

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje