O dawnych burdach i przekleństwach sejmowych

Już dawno przeszły do historii czasy sejmików szlacheckich, liberum veto i argumentów dowodzonych za pomocą szabel w ferworze sejmowych kłótni. Pomimo tego, że od zdarzeń tych minęły prawie cztery wieki, staropolski sposób uprawiania polityki wciąż pozostaje żywy.

W Polsce przedrozbiorowej prawo wyborcze do sejmu przysługiwały wyłącznie szlachcie. Niestety większość, bo aż 60 jej procent stanowiła tzw. szlachta zagonowa i gołota. Ta pierwsza była tak biedna, że posiadała niewielki skrawek ziemi, który była zmuszona uprawiać własnymi rękami. Złośliwi mawiali, że miedzy jest tak niewiele, że gdy pies na roli siądzie, to ogonem o posesję sąsiada zahacza. Często nazwisko i waląca się drewniana chałupa, szumnie zwana dworkiem, były jedynymi oznakami szlachectwa. W jeszcze gorszej sytuacji była szlachta gołota, która w ogóle nie posiadała własnej ziemi i utrzymywała się z pracy w cudzych majątkach.

Reklama

Przedstawiciele dwóch powyższych grup rzadko umieli pisać i czytać, nie mówiąc o posiadaniu jakichkolwiek pomysłów na reformę kraju. Ich poglądy polityczne kształtowali magnaci. Rzeczą zupełnie naturalną było to, że przed sejmem czy sejmikiem organizowano przyjęcia dla hołoty, pojono ją wódką, karmiono mięsiwem, instruując jednocześnie za czym ma głosować, na co nie zezwalać i przeciw czemu protestować.

Jak donosił J. Kitowicz przed takimi rozkładano na stołach obrusy jak najpodlejsze, łyżki drewniane, widelce i noże jak najtańsze, "ponieważ to wszystko nakrycie szlachta między siebie rozebrała" (czyli rozkradła). Szlachta zagonowa i gołota była solą sejmowej korupcji. Na zawołanie zrywała sejmy, zaciągała się z służbę ościennych krajów, uniemożliwiała przeprowadzenie jakichkolwiek reform. A przy tym dorabiała sobie w sądach składaniem fałszywych zeznań.

Jak wyglądał przebieg posiedzeń przy takim poziomie obradujących, nie trudno się domyśleć. Dyskusje raczej rzadko miały charakter merytoryczny. Każdy chciała zabłysnąć i dać się zapamiętać innym. Czasami nie szło odgadnąć, czy pod okrągłym frazesem nakrapianym łaciną kryje się głębsza myśl polityczna, czy też zwykły zwrot retoryczny. Gdy zaczynało brakować argumentów, padały wyzwiska, sięgano do szabel. Dawano upust namiętnościom, ale w końcu nikt nie przyjeżdżał tu na rekolekcje. Bójki sejmikowe były na porządku dziennym. Jak donosi diariusz Albrychta Radziwiłła na sejmiku w Ostrowie w 1645 roku doszło do strzelaniny w kościele, w wyniku czego 3 osoby straciły życie, około pięćdziesięciu było rannych.

Podobnie burzliwy przebieg miał sejmik średzki z 1670 roku, podczas którego rozsierdzony tłum posłów rzucił się na kasztelana poznańskiego Krzysztofa Grzymółtowskiego, w wyniku ten został "cięty w lewą stronę w gębę i w głowę z tyłu raz i w głowę obuchem. Kość przetrącono i cięto go w bok prawy przez żebra aż do wnętrzności i w nogę nad kolanem, na podwórzu plebaniji." Znacznie więcej szczęścia miał pewien łowczy koronny, który tylko dostał w głowę, ale za to tak, że "aż mu peruka spadła".

Jeszcze gorzej było na sejmach elekcyjnych, w których uczestniczyła cała szlachta, a nie tylko przedstawiciele regionów. Lengnich relacjonował, że "elekcja rzadko bywa bez zamieszania, ale trafiają się zabójstwa, rąbanie bez kary, sami nawet senatorowie bywają w niebezpieczeństwie."

Zasób przekleństwa, jaki dysponowała ówczesna elita był bardzo obszerny. Wymyślano sobie od "skurwysynów", "hultajów", "hycli", "złodziei", "szelm"... Słabość do używania słów nieprzyzwoitych miał Stefan Czarnecki, Stanisław August Poniatowski, a także Jan Kazimierz, który "brzydko wszystkich łajał, karczemne słowa z ust królewskich wypuszczając i od matki lżąc, nie bez wielkiego wielu zgorszenia". Większą elegancją wykazał się na jednym z sejmów Stefan Batory, który starał się uciszyć jakiegoś szlachcica, wołając do niego, "milcz błaźnie". Na co usłyszał rezolutną odpowiedź: "nie jestem błaznem, lecz obywatelem, który wybiera królów i obala tyranów".

Podobnie jak dziś wulgaryzmy powiązane były z seksualnością. Jedną z najgorszych obelg było nazwanie kogoś "kpem". Był to synonim męskich i żeńskich narządów płciowych (zdaniem niektórych tylko żeńskich). Dziś kiep to synonim głupka, choć częściej używamy go dla określenia niedopałka papierosa, peta. Natomiast uznawany dziś za wulgarny wyraz "kutas", był dawniej określeniem zupełnie pospolitym i oznaczał ozdobę z nici, sznurka, wełny w kształcie frędzla, tak było jeszcze w XIX wieku.

Choć od opisywanych powyżej zdarzeń minęło prawie cztery wieki wciąż żywy pozostaje dawny sposób uprawiania polityki. Wciąż przedkładany jest interes prywatny nad dobro ogółu. Reforma kraju wydaje się niemożliwa. Wciąż większość polityków protestuje przeciwko rozsądnym zmianom w imię wolności, broniąc jej przed urojonymi niebezpieczeństwami. Wciąż aktualne pozostają słowa Wacława Potockiego: "na poły ludzi młodych siada w sejmie i nieuków, miasto (zamiast) sądów i rady, więcej swarów i huków."

W Polsce przedrozbiorowej politykowano na sejmach i sejmikach. Obrady takie często odbywały się w kościołach, które z reguły były największym budynkiem w miasteczku. Kto nie mieścił się w środku, stał na zewnątrz, rozmawiając z kompanem, lub plątał po przykościelnym cmentarzu, zadeptując groby. Może i nie słuchano tego, na temat czego obradowano w środku, ale jednak pozostawano w gotowości, by w razie jakiejś burdy sięgnąć po szable, krzyknąć i dać upust swojej krewkiej naturze.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje