Ofiarowana. Moje życie w sekcie scjentologów

​Jenna Miscavige Hill (ur. 1984), autorka Ofiarowanej, jest bratanicą samego przywódcy Kościoła scjentologicznego. W szokującej wspomnieniowej książce opowiada o swoim życiu w samym sercu i o odejściu z Kościoła.

Ujawnia wstydliwe tajemnice i kontrowersyjne fakty dotyczące najwyższych rangą członków tej organizacji, do której należy wielu celebrytów, między innymi Tom Cruise, Will Smith, John Travolta, Kirstie Alley i wielu innych. Jenna już jako kilkuletnia dziewczynka została nakłoniona do podpisania kontraktu na miliard lat, zobowiązującego ją do służby Kościołowi scjentologicznemu. W swojej książce opowiada o sposobach, jakimi posługuje się scjentologia, by doprowadzić do rozdzielenia rodziców i dzieci, do pozbawienia swoich wyznawców umiejętności samodzielnego myślenia i działania. Autorka sama stała się ofiarą manipulacji, ale udało jej się wyłamać z szeregów sekty i wypowiedziała scjentologom wojnę. Jenna Miscavige Hill wraz z dwoma innymi młodymi kobietami, które również odeszły z Kościoła, założyła stronę internetową dla wszystkich ofiar scjentologii. Ze swoim mężem, również byłym scjentologiem, ma dwoje dzieci i cieszy się życiem z dala od sekty.

Czym jest scjentologia?

Reklama

Scjentologia to ruch religijny założony w latach pięćdziesiątych XX wieku przez R.L. Hubbarda. Na początku miał charakter alternatywnej psychoterapii, której zasady podał Hubbard w swej książce Dianetics (Dianetyka), z czasem jednak ten świecki system dianetyki przekształcił się w kierunku religijnym. Kościół scjentologiczny ma silne poparcie finansowe i PR-owe wsród hollywoodzkich celebrytów, należą do niego m.in. Tom Cruise, Will Smith, John Travolta, Kirstie Alley i wielu innych. Scjentolodzy uważają, że są istotami nieśmiertelnymi, thetanami, które zapominają swoje przeszłe wcielenia. Scjentologia opiera się na wierze w możliwość postępu ludzkości, rozwoju jego talentów i umiejętności człowieka. Do tego celu - osiągnięcia stanu idealnego, zwanego stanem clear - dochodzi się głównie poprzez praktykę audytowania: rodzaj sesji, w której audytor za pomocą serii pytań ma nakierować przesłuchiwanego na właściwy tor myślenia. Drugim elementem programu LRH, zwanego mostem ku całkowitej wolności, jest samodzielny trening. Scjentolodzy muszą zacząć od poziomu podstawowego, a następnie pokonywać kolejne szczeble (mogą przejść przez most w jedną stronę lub w obie). Majątek Kościoła szacuje się na wiele miliardów dolarów, centrala scjentologów mieści się w Los Angeles. Założono nawet miasto scjentologów Clearwater na Florydzie (tam między innymi dorastała Jenna Miscavige), gdzie mieszka blisko 10 000 wiernych. Scjentolodzy posiadają własne przedsiębiorstwa, szkoły i świątynie, w wielkim stopniu odizolowane od reszty społeczeństwa.

Kontrowersje wokół scjentologii

Praktyki scjentologiczne budzą liczne głosy sprzeciwu na całym świecie, jest to jeden z najczęściej krytykowanych młodych ruchów religijnych. Oto wybór kontrowersyjnych faktów i opinii na temat Kościoła, o których opowiada w Ofiarowanej Jenna Miscavige Hill:

Scjentologia przekonuje, że dzięki niej ludzie mogą zyskać pełną kontrolę nad swoim życiem: nad czasem, materią, energią. Za dojście do tego stanu należy jednak sporo zapłacić, może to być nawet kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Oczekiwania finansowe stawiane przez przywódców Kościoła doprowadzają często do bankructwa i finansowego uzależnienia wyznawców od religii.

Przeciwnicy ruchu twierdzą, że scjentologia w sposób nieuczciwy manipuluje uczestnikami ruchu - pozbawia umiejętności samodzielnego myślenia i działania, zrywa więzy rodzinne (ogranicza do minimum kontakty dzieci z rodzicami, powoduje rozpad małżeństw, członkom wysokiego szczebla zabrania posiadania potomstwa itp.), ingeruje na wielką skalę w życie prywatne wyznawców i wywołuje u nich trwałe zaburzenia psychiczne. Scjentolodzy w każdej dziedzinie swojego życia są uzależnieni od dyrektyw Kościoła, są izolowani od reszty społeczeństwa.

Scjentolodzy często skrywają się pod przykrywką stowarzyszeń, akcji charytatywnych, fundacji (m.in. Narconon, Citizens Commission on Human Rights, Foundation for Religious Freedom, World Institute of Scientology Enterprises).

Według L. Rona Hubbarda praktyki scjentologiczne leczą choroby psychosomatyczne i inne dolegliwości. Takie stwierdzenia spotykają się z ostrą krytyką ze strony środowisk lekarskich, które uważają to za zwykłe oszustwo.

Polityka Kościoła scjenotologicznego opiera się głównie na atakowaniu wszelkich przejawów krytyki zarówno z zewnątrz, jak i wewnątrz. Scjentolodzy kwestionujący zasady czy metody działania organizacji zostają zawieszeni w swoich prawach lub wykluczeni z organizacji, uniemożliwia się również kontakt pomiędzy członkami a osobami nienależącymi do Kościoła, których łączą więzy rodzinne. Kościół scjentologiczny ma na koncie liczne sprawy sądowe i jest w konflikcie z innymi wyznaniami (m.in. chrześcijańskimi).

Słynna stała się sprawa oskarżenia Kościoła o dwa przestępstwa w związku ze śmiercią Lisy McPherson, wyznawczyni scjentologii, zmarłej w 1995 roku, przebywając pod opieką wiernych Kościoła. Lisa uczestniczyła w niegroźnym wypadku samochodowym. Personel medyczny stwierdził, że trzydziestosześcioletnia wówczas kobieta nie doznała wprawdzie żadnego fizycznego uszczerbku, ale zachowuje się podejrzanie. Chciano zatrzymać ją w szpitalu psychiatrycznym na obserwację, ale się nie zgodziła - chciała znaleźć się pod opieką scjentologów. Ci wzięli ją na tak zwaną obserwację w odosobnieniu, która polegała na całodobowej obserwacji. Twierdzono, że w ostatnich miesiącach życia Lisa McPherson miała silne zaburzenia psychiczne. Początkowo za przyczynę jej zgonu uznano odwodnienie. Po zakończeniu śledztwa wysunięto wobec Kościoła dwa zarzuty: znęcania się i zaniedbań popełnionych wobec osoby chore oraz praktykowania medycyny bez uprawnień. Kościół jednak uporczywie nie przyznawał się do winy. Po pewnym czasie oskarżyciel wycofał swoje zeznanie. Prawnik rodziny McPhersonów twierdził, że człowiek ten został zmuszony przez Kościół do zmiany zeznań. Zarzuty przeciwko scjentologom zostały oddalone w 2000 roku po zmianie kwalifikacji przyczyny zgonu z "nieznanej" na "wypadek".

Framgenty „Ofiarowanej”

"Zasadniczo od członka Sea Org wymagano, by pełnił swoje obowiązki co najmniej czternaście godzin dziennie, mniej więcej od dziewiątej rano do dwudziestej trzeciej, przez siedem dni w tygodniu, z godzinną wieczorną "przerwą dla rodziny" - kiedy to rodzice mogli zobaczyć się z dziećmi, nim ponownie udali się do pracy. Od czasu do czasu dostawali dzień wolny albo przepustki - jednak te ostatnie nie były niczym pewnym. Można było dostać najwyżej jeden dzień raz na dwa tygodnie. Była to nagroda za dobrą pracę".

"Dallas twierdził, że chce być ze mną, ale kiedy musiał wybierać między mną a Kościołem, między moim bezpieczeństwem a wykonywaniem poleceń, wybrał Kościół. W końcu go odnalazłam, ale w jakimś sensie był już dla mnie stracony. Świadomość tego nieznośna. Zaczęłam okładać go pięściami. Był większy i silniejszy, więc nic mu nie mogłam zrobić i tylko moja wściekłość rosła. I tak po raz drugi tego wieczoru wspięłam się na parapet. Dziś wiem, że ci, którzy raz zostali opuszczeni, odczuwają potrzebę sprawdzania ludzi, którzy pojawili się w ich życiu. Chcą sprawdzić, jak bliska osoba postąpi w skrajnej sytuacji. Czy opuści cię tak jak wszyscy inni? Gdy wracam myślą do tamtego wieczoru, trudno mi stwierdzić, kogo sprawdzałam: Dallasa, ludzi Kościoła czy samą siebie. Nadal nie wiem, czy naprawdę chciałam wyskoczyć z okna. Wiem jednak, że wtedy przeżywałam na nowo każdą stratę, którą poniosłam z powodu Kościoła: utratę rodziców, brata, przyjaciół. Jeśli Kościół miał mi odebrać również Dallasa, to być może skończenie z tym wszystkim nie było aż tak złym pomysłem".

"Dowiedziawszy się, jak bardzo stryj był zaangażowany w sprawę odejścia moich rodziców, nie zdziwiłam się, że to on zajmował się sprawą odejścia mojego i Dallasa. Nie tylko wiedział, co się dzieje, ale kierował całą akcją. To on ponosił odpowiedzialność zaintrygi i próby przekonania mojego męża, by został. To on nakłaniał ludzi, by zatrzymali Dallasa w organizacji, a pozbyli się mnie. Mało prawdopodobne, że stryjowi naprawdę chodziło o Dallasa. Choć od trzech lat byliśmy małżeństwem, stryj nigdy się z nim nie spotkał. Chodziło raczej o to, by uprzykrzyć mi życie, piętrząc przed nami jak najwięcej przeszkód. Rodzina nic dla Dave’a nie znaczyła".

" (...) Okazało się, że noga rzeczywiście jest złamana w kolanie. Wszystkim, co mógł dla mnie zrobić lekarz, było owinięcie jej bandażem elastycznym. (...) Zamiast nakazać grupie iść wolniej, nauczycielka zaczęła się na mnie złościć i popędzać mnie. Najwyraźniej sądziła, że udaję. B.J. bronił mnie, mówiąc, że mam złamaną nogę. "Jeśli nadal będziesz się tak wlokła, to cię tu zostawimy" - zbeształa mnie. Powiedziała mi, że muszę sprawić, by noga "zaczęła działać, jak należy!". Było to popularne powiedzenie scjentologów, odnoszące się do panującego w obrębie religii przekonania o wyższości umysłu nad materią. Miałam nie dopuścić, by ból zdominował moje myśli. Jednak noga przestała mnie boleć dopiero po kilku miesiącach".

"Do dzisiejszego dnia nie wiem, czy prawdziwą motywacją ludzi zmuszających nas do pracy było to, że owe prace wykonywaliśmy za darmo, czy że dzięki nim nie sprawialiśmy kłopotów, czy też raczej chodziło o to, by uczynić z nas lepszych scjentologów. Najprawdopodobniej w grę wchodziły wszystkie trzy czynniki. Tak czy owak byliśmy grupą dzieci spędzającą wiele godzin dziennie na pracach fizycznych, których nie powinno się podejmować żadne dziecko. Mieliśmy odciski i pęcherze. Mieliśmy zacięcia i siniaki. Traciliśmy czucie w dłoniach, kiedy zanurzaliśmy je w strumieniu, by wydobywać stamtąd kamienie. Gdy wyrywaliśmy chwasty ze spękanej od upału ziemi, dłonie piekły nas od tarcia nimi o glebę i od poparzeń pokrzywami. Warunki naszej pracy byłyby trudne do zniesienia dla dorosłego człowieka, mimo to każda nasza skarga, każdy sprzeciw, każda próba protestu natychmiast spotykały się z działaniami dyscyplinarnymi. Niezależnie od tego, jak nieczuli byli dorośli, którzy wymagali od nas takiej pracy, problem tkwił w tym, że taki stan rzeczy sankcjonowała sama scjentologia. W oczach scjentologów nie byliśmy dziećmi - byliśmy thetanami tak samo jak dorośli i mogliśmy pełnić te same obowiązki. Jedyna różnica polegała na tym, że nasze ciała były młodsze. My sami niekoniecznie byliśmy młodsi, młodsze były tylko nasze ciała. Tak więc fakt, że byliśmy dziećmi, nie miał znaczenia. Wiedziałam, że tak głosi doktryna, więc kiedy czułam, że jest mi zbyt ciężko albo że praca mnie przerasta, dochodziłam do wniosku, że to ze mną jest coś nie w porządku i że muszę wziąć się w garść - wniosek ten był, rzecz jasna, błędny. Moja niepewność była podsycana przez dorosłych i otaczające mnie starsze dzieci, które nazywały mnie leniem i kazały mi wziąć się do roboty".


materiały prasowe
Dowiedz się więcej na temat: książka | scjentolodzy | religia

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje