Pawilon "Emilia" - symbol luksusu w czasach niedostatku

Dom Meblowy "Emilia" otwarto 15 stycznia 1970 r. i przez lata był jednym z najbardziej rozpoznawalnych budynków na mapie Warszawy. Dziś wiadomo, że jest również perłą polskiego powojennego modernizmu. Od kilku lat toczy się burzliwa dyskusja na temat przyszłości "Emilii". Jedno jest pewne, działkę, na której stoi, wykupił prywatny inwestor, który nie pozwoli pozostać jej na dotychczasowym miejscu. O "Emilce" i polskim modernizmie opowiedział historyk i kurator sztuki, Tomasz Fudała.

Dominika Dziubińska: Skąd w Polakach taka niefrasobliwość w podejściu do tematu zabytków? Dlaczego cały czas nam się wydaje, że jak coś jest zabytkiem, to musi być bardzo stare?

Reklama

Tomasz Fudala: - Myślę, że Polska sytuuje się wśród krajów, które dobrze dbają o zabytki. Sztuka dawna czy spuścizna wieków wcześniejszych jest traktowana z należnym szacunkiem. Problematyczne jest to, co jest jeszcze w miarę nowe, na przykład modernizm. Kiedy rozpoczęła się powojenna odbudowa, nie uważano secesji albo XIX wieku za zabytkowe, cenne i warte zachowania. I w gruncie rzeczy to samo przeżywa obecnie modernizm. Mądrzejsi o doświadczenie burzenia secesyjnych kamienic moglibyśmy modernizm dziś traktować lepiej. I oczywiście są miejsca, gdzie tak się dzieje.

- Ostatnio kupiłem sobie przewodnik architektoniczny po Berlinie, gdzie ponad 200 budynków modernistycznych jest opisanych słowem "denkmal", czyli pomnik, zabytek. To imponujące, że jest ich tak dużo i wszystkie są wpisane na listę zabytków. My mamy bardzo ciekawą architekturę z tamtego okresu i ciągły problem z jej uznaniem, a obiekty giną.

Mamy problem z przyznaniem, że powojenny modernizm nie jest złem wcielonym? To przecież nie tylko znienawidzony przez wszystkich system, ale również architektura, kultura, sztuka...

- Tak, oczywiście. Przede wszystkim powinniśmy oddzielać ocenę wydarzeń historycznych od spuścizny kulturalno-architektonicznej PRL, którą oceniamy przecież raczej pozytywnie. Proszę zauważyć, że nawet taki blok wielopiętrowy (chodziłł o blok połączony z "Emilką" łącznikiem - przyp. red.), o którym w większości nie mamy najlepszego zdania, jest formą mieszkalnictwa, która jest dostępna i została zbudowana, więc, jak powiedział ostatnio historyk architektury, Jarosław Trybuś, wicedyrektor Muzeum Warszawy: "Gdyby wolny rynek miał się wziąć za odbudowę Warszawy, to by tego prawdopodobne nie zrobił, bo by się nie opłacało prywatnym inwestorom".

- Lata 60. i 70. XX wieku naprawdę jawią się jako bardzo ciekawe w kulturze. To jest nie tylko film, plakat, design, ale też właśnie architektura.

Tyle tych pięknych architektonicznie budowli stoi i niszczeje albo od razu przeznacza się je do wyburzenia. Istnieje jakaś szansa, żeby zatrzymać ten proceder?

- Myślę, że jesteśmy teraz w takim momencie, kiedy zajmujący się zabytkami połączyli siły. Ostatnie sesje konserwatorów zabytków różnego stopnia były poświęcone temu zagadnieniu. Uczestniczyłem w dwóch takich spotkaniach i  widać, że oni mimo różnic są naprawdę zdeterminowani. Teraz to jest być albo nie być - uratujemy ostatnie budynki albo nie będziemy mieć nic.

- Co w nich jest ciekawego? Jak je wartościować? Jak je opisać? To są kolejne wielkie wyzwania, bo język mówienia o tej architekturze też jest nowy. Modernizmem nie zajmowali się historycy sztuki od lat, to jest zaledwie jedno pokolenie badaczy. Kiedy ja kończyłem studia w 2005 roku i postanowiłem pisać pracę magisterską na temat mieszkalnictwa i bloków, koledzy z roku ze mnie żartowali. Świadomość nawet wśród specjalistów dopiero się buduje.

- Przez niefrasobliwość w podejściu do modernizmu tracimy nie tylko modernizm, ale również postmodernizm.

Ludzie często mówią, że jeśli budynek nie spełnia już swojej funkcji, to znaczy, że nie przeszedł próby czasu, więc można go spokojnie wyburzyć. 

- Według mnie, wyburzanie budynków jest wielkim obciążeniem, również ekologicznym. I to wcale nie jest w całości oderwane od naszej sytuacji, jako mieszkańców miast. Rozbierając na przykład wieżowce, powiększamy jedynie wielkie śmietnisko, którym powoli staje się Ziemia.

- Wytworzenie jednej tony betonu emituje 900 kg CO2 do atmosfery, a stali jeszcze więcej. Dzisiejsza architektura oparta jest przecież przede wszystkim na stali i betonie. Rozbiórka i burzenie budynków są też bardzo drogie, co inwestorzy najczęściej ukrywają. Według neoliberalnego liczenia rachunku stopa zwrotu i tak na krótko zbilansuje ogromne koszty rozbiórki. Tymczasem jest już coraz większa rzesza architektów, którzy uważają, że dzisiaj nie powinniśmy rozbierać starych budynków czy wysadzać w powietrze bloków, ale raczej je modernizować i przebudowywać.

- Dobrym przykładem jest tutaj Arno Brandlhuber, berliński architekt, który przebudowuje na architekturę użytkową nawet opuszczone, betonowe stodoły. Budynki, które z pozoru wyglądały na takie, z którymi nic już więcej nie da się zrobić. To jest postawa, jakiej brakuje u nas: poprawmy koszmarki z lat 90., które stoją obok nas.

- Produkcja stali i koszty, jakie musi ponosić z tego tytułu środowisko, to wszystko nie jest wciąż przedmiotem poważnej dyskusji. Budynki modernistyczne mają tę zaletę, że zazwyczaj są zbudowane na otwartym planie, tak jak "Emilia" czy Pawilon Chemii. Te budynki naprawdę z łatwością można wykorzystać w innym celu.

No właśnie, jakie to mogłyby być cele? 

- Bardzo dobrze nadają się na funkcje wystawiennicze, co my w jakiś sposób udowodniliśmy tworząc w "Emilii" muzeum. W takich budynkach mogą się również odbywać współczesne miejskie imprezy, można w nich też zakładać przemysły kreatywne.

- W Polsce istnieje ogromny nacisk na budowanie kolejnych wieżowców, z których ludzie za granicą żartują. Kiedy rozmawiam z kolegami po fachu z innych krajów, mówią mi zawsze: "OK, może i mamy różne problemy, ale przynamniej nie mamy takich naiwnych wieżowców jak wy".

- Oczywiście za tą "wieżowcową propagandą" i wiarą w stworzenie z Warszawy drugiego Nowego Jorku stoją inwestorzy, którym zależy na maksymalizacji zysku z działki i sprzedaży produktu - w tym przypadku przestrzeni wieżowca. Drapacze chmur nie tworzą za to przestrzeni publicznej. W związku z tym pozostałości modernizmu wplecione w to nowoczesne miasto mogą stać się nową przestrzenią publiczną. My "Emilię"  wykorzystaliśmy nawet w celach sportowych. Aktywiści miejscy zorganizowali tu tzw. skwer sportów miejskich: parkour, deskorolki, sanki na kółkach.

A co pan myśli o przenoszeniu budynków w nowe miejsca? Przecież jednym z podstawowych założeń modernizmu było, aby przestrzeń z budynkiem współgrała.

- To jest bardzo skomplikowane zagadnienie. Jeśli chodzi o "Emilię", to jej sytuacja prawna jest w tej chwili beznadziejna. Tutaj rzeczywiście pomysł, nad którym pracuje zastępca stołecznego konserwatora zabytków, Michał Krasucki, to próba ratowania tego, co się da. Budynek prawnie jest już rozebrany, więc jeśli uda się ocalić jego większy procent, to wydaje mi się, że będzie to cenne.

- Uważam też, że kompetencje konserwatora zabytków powinny zostać wzmocnione. Oni często przegrywają z inwestorami, którzy w nocy, po kryjomu coś rozbierają, a my później obarczamy ich całą winą za to, co się stało. To nie do końca sprawiedliwe podejście. Często konserwator zbytków, ze względu na ograniczone środki, nie jest w stanie skutecznie prowadzić nawet sporu sądowego, a co dopiero ratować budynku przed wyburzeniem.

- Przenoszenie "Emilii" jest obarczone różnymi ryzykami i pewnie będzie towarzyszyła mu duża metodologiczna dyskusja. Wielu historyków mówi, że "Emilia" połączona jest łącznikami z sąsiednim budynkiem i tworzy w ten sposób spójną kompozycję. Z drugiej strony, całe otoczenie, czyli np. szpalery drzew, które tu były, i środowisko urbanistyczne, do którego Emilia była budowana, już nie istnieje. Jest ona teraz wciśnięta między dwie nowe wieże.

A gdzie w takim razie najchętniej widziałby pan "Emilkę"?

- Istnieje plan, według którego "Emilia" ma zostać przeniesiona pod Pałac Kultury i Nauki - plan miejscowy tego terenu zakłada powstanie ogrodu zimowego. Potrzebny jest budynek szklarnia, którym w gruncie rzeczy jest "Emilka". Znajdowałaby się wtedy mniej więcej na wprost Pałacu Młodzieży. Niestety, w tym przypadku "łączniki", które łączą "Emilię" z budynkiem mieszkalnym na tyłach, pozostają nierozwiązanym problemem, natomiast pawilon w tamtym miejscu byłby rzeczywiście bardzo wyeksponowany. Można powiedzieć, że byłby swoistym pomnikiem modernizmu.

Co się stało z neonem, który można było podziwiać na dachu "Emilki"? 

- Jest w tej chwili w Muzeum Neonów, ale nie był to oryginalny neon. W 2009 roku odtworzyliśmy go, żeby zdjąć z "Emilii" banery, bo cała była zasłonięta plakatami reklamowymi. Neon miał być powrotem do formy komunikacji, która szanowała architekturę. Zamiast przesłaniania banerem, wieszamy neon i odsłaniamy budynek, który jest wartością.

Bardzo modne są teraz wnętrza nawiązujące stylem do poprzedniej epoki. Ludzie za meble i to wszystko czym możemy udekorować mieszkanie, płacą horrendalne sumy. Dlaczego ta moda omija budynki?

- Dlatego, że więcej można zarobić na działkach w centrum Warszawy i tutaj z reguły inne wartości przegrywają z chęcią zysku. To, co można sprzedać albo kupić pod jakiś wysokościowiec, wygrywa niestety z estetyką i dobrem mieszkańców.

Skąd się wzięła idea tworzenia pawilonów? 

- Idea stawiania pawilonów rozwinęła się wraz z rozwojem modernizmu, jako architektonicznej ideologii, która zakładała inny system wartości. Pawilony wystawowe i handlowe zaczęły pojawiać się już w architekturze międzywojennej, a na dobre zadomowiły się wraz z nadejściem fali modernizmu powojennego. W Warszawie były to na przykład pawilony: "Śródmieście", który już nie istnieje, a stał na miejscu dzisiejszego "Novotelu", "Chemii" czy właśnie "Emilia".

- To była powojenna wizja wielkiego miasta, w którym pawilony współtworzyły miasto, pokazywały towar przechodniom, doświetlały ulice. Świeciły od środka, jak lampiony. Dzisiaj jak wiadomo handel w centrach handlowych zorganizowany jest zupełnie inaczej. Teraz wchodzi się do budynku, który jest niezależny od ulicy, towar nie jest eksponowany na zewnątrz. W tym sensie pawilony były bardziej miejskie, bo można było spacerować i oglądać przez szybę towary oraz życie, które toczyło się w środku.

Ówczesne pawilony były dobrze skonstruowane? A może chodziło raczej o to, że łatwo je było zbudować, a jeszcze łatwiej rozebrać i postawić na ich miejscu coś nowego?

- Bywało z nimi różnie. Pawilony były przede wszystkim bardzo pomysłowo rozwiązane. Architekci w trudnych warunkach niedostatku i braku materiałów wykorzystywali bardzo proste rozwiązania i to  była ich siła. W przypadku"Emilii" na metalową konstrukcję był wylewany beton. Tak samo było z jej stropodachem. To w gruncie rzeczy taki budynek rzeźba.

- Ograniczenia, z którymi musieli się w PRL-u mierzyć budowniczowie, powodowały, że uzyskiwano lepsze walory architektoniczne i plastyczne. Okna na Pańskiej (ulica, na której stoi "Emilia" - przyp. red.) naśladują modernizm zachodni. Tylko że takie okna na przykład w Stanach Zjednoczonych wyprodukowano by w fabryce, a w Polsce były spawane metodą rzemieślniczą i mają swój urok.

- Bardzo często te budynki charakteryzował także brak perfekcjonizmu w wykończeniu, wykonanie nie było najlepsze, ale wydaje się, że dzisiaj niektóre z nich właśnie przez to się bronią. W "Emilii" dach nie jest idealnie równy i dlatego budzi zainteresowanie, jest rzeźbiarski, inaczej chwyta światło. Inaczej jest z kwestią energii, którą w tamtych czasach rozumiano zupełnie inaczej. Dzisiaj nikt już nie stosuje pojedynczych szyb, bo obowiązują zupełnie inne normy.

"Emilia" jest czymś wyjątkowym na skalę europejską, a może nawet światową? 

- Była na pewno jednym z większych domów meblowych w Europie Wschodniej. W archiwum Telewizji Polskiej zachował się materiał, w którym stawiano tezę, jakoby była nawet największym takim obiektem po tej stronie żelaznej kurtyny. I na pewno, to co podkreślają goście z zagranicy, którzy oglądają "Emilkę" i inne budynki z tej epoki - jest indywidualnie zaprojektowana. Nie jest budynkiem, który mógłby zostać złożony z różnych części zupełnie gdzieś indziej. Tutaj nie ma przypadków. Wszystko zostało zaprojektowane z myślą o konkretnym budynku i konkretnym miejscu. Dlatego finalnie nie tylko Emilka, ale i inne dzieła modernizmu są tak wyjątkowe.

W architekturze często pojawia się moda na powroty do poprzednich epok. Moda na pawilony jakoś nie powraca, dlaczego? Sklepy wychodzące z wystawami na ulicę, to w Polsce byłby przecież jakiś szał!

- Też tak myślę! Ciekawe, że inwestorzy jeszcze nie zauważyli tego potencjału. W tej chwili szeroko dyskutowane są losy dworca kolejowego w Lublinie. Aktywiści lokalni starają się zaprosić mieszkańców i wspólnie wypracować jakąś koncepcję. PKP Powiśle sprawdziło się świetnie jako klubokawiarnia, budynek, w którym teraz mieści się "Syreni Śpiew" również zmienił funkcję. Myślę, że nawet Dworzec Centralny po rewitalizacji i oczyszczeniu okazał się budynkiem, który fascynuje.

- Dlaczego pawilony nie wróciły? Ano dlatego, że łatwiej jest kolekcjonować ceramikę z serii Picasso produkowaną przez Włocławek, bo jest mała. Budynki wiążą się natomiast z dużymi nakładami finansowymi, nie można sobie ich kupić na Allegro, tak jak zabytkowego mebla. Jest jeszcze niewielu menagerów, którzy potrafiliby napisać dla tych budynków dobry program, żeby mogły dalej służyć społeczeństwu.

- Cały czas brakuje nam w miastach centrów dla mieszkańców i budynki z poprzednich epok są tutaj wielkim potencjałem. Na pewno bardzo trudno jest napisać program dla budynku, który jest w złym stanie technicznym i z miejsca zamienić go na coś współczesnego. Trzeba wcześniej wykonać kosztowny remont, co bardzo blokuje różne inicjatywy, ale są też szczęśliwe zakończenia, kolejom udało się wyremontować dworzec "Stadion", a  to też był budynek, który chciano zburzyć.

Kim są ludzie, którzy należą do ruchów miejskich broniących "Emilli", Supersamu, mozaiki na krakowskim Biprostalu? To są lokalsi, historycy sztuki, aktywiści? 

- Wszystkie te grupy. W środowisku historyków sztuki jest ogromne zainteresowanie prowadzeniem dalszych badań nad tymi budynkami, aby ugruntować wiedzę na ich temat, a przez to wzmacniać ich ochronę. Z drugiej strony są to również ruchy protestu osób przypadkowych, które myślą sobie: "No nie, ja już nie wytrzymam. Zacznę protestować, bo rozbierają mi moje miasto".

- Profesjonalny ruch historyków sztuki jest bardzo ważny. Chodzi o to, aby się nawzajem informować, tworzyć sieć i szybko reagować. Zazwyczaj reagujemy za późno, najczęściej w momencie, kiedy budynek podlega już rozbiórce.

- Jak widać "Emilia" cały czas stoi. Dyskusja o niej i jej przenoszeniu wyprzedziła trochę samo burzenie. Dlatego reagowanie na czas jest w tym momencie najważniejsze.

Mamy jeszcze coś ciekawego do uratowania? I czy polskie prawo będzie kiedyś w końcu po stronie budynków? 

- W Towarzystwie Opieki nad Zabytkami jest zespół, który pracuje nad zmianami prawnymi. Jest też duże zainteresowanie ze strony Ministerstwa Kultury, żeby modernizm wciągnąć na listę zabytków i wysoce prawdopodobne jest, że tak się niedługo stanie. Stołeczny Konserwator Zabytków w Warszawie zaproponował listę jeszcze 50 budynków modernistycznych, którymi nikt się nie w tej chwili interesuje. Także trzymajmy kciuki żeby się udało, bo mamy jeszcze trochę do uratowania!

-----

Tomasz Fudala - historyk i krytyk sztuki, kurator w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Autor artykułów w prasie, magazynach artystycznych i katalogach wystaw.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje