Piekło według Palahniuka

"Potępieni" Chucka Palahniuka to powieść inspirowana "Boską komedią" Dantego oraz amerykańskimi powieściami dla młodzieży.

Kiedy trzynastoletnia Madison umiera podczas świąt Bożego Narodzenia z powodu przedawkowania marihuany, trafia do prosto do piekła.

Reklama

Tam w towarzystwie swoich nowych przyjaciół, innych młodocianych grzeszników, szukając Szatana, przemierza piekielny krajobraz pełen wszelkiego rodzaju obrzydliwości.

W pokręconycm piekle stworzonym przez Chucka Palahniuka na okrągło wyświetlany jest "Angielski pacjent", walutę stanowią trudno dostępne słodycze, a martwi komunikują się z żywymi pracując jako telemarketerzy.

Fragment książki

Jesteś tam, Szatanie? To ja, Madison. Proszę, nie odnieś wrażenia, że nie lubię Piekła. Nie, poważnie, tu jest super. Milion razy lepiej, niż się spodziewałam. Naprawdę. Widać, że poświęciłeś mnóstwo czasu i włożyłeś mnóstwo wysiłku w te wszystkie spienione oceany gorących jak wrzątek rzygów i ogólną atmosferę przesyconego siarką smrodu, i w te chmary brzęczących czarnych much.

Jeśli moja wersja Piekła nie robi na was wrażenia, to weźcie poprawkę na luki w mojej edukacji. No bo co ja w końcu wiem? Dorosła osoba pewnie zsikałaby się z wrażenia na widok fruwających nietoperzy wampirowatych i majestatycznych, spadających w pienistych kaskadach wodospadów cuchnącego gówna. I nie mam wątpliwości, że to całkowicie moja wina, bo jeśli kiedykolwiek wyobrażałam sobie Piekło, to zawsze była to ognista wersja klasycznego hollywoodzkiego arcydzieła Klub Winowajców, w którym, jak pamiętacie, występowała śliczna cheerleaderka z parciem na lans, zbuntowany ćpun, niezbyt lotny mięśniak-futbolista, kujon-mózgowiec oraz lekko psychiczny mizantrop, a wszystkich zamknięto razem w szkolnej bibliotece, by przesiedzieli tam za karę pół soboty, która byłaby całkiem zwyczajna, gdyby nie to, że w mojej wizji wszystkie książki i każde krzesło stały w płomieniach.

Tak, może i jesteście teraz żywi i na dodatek jesteście Gejami, Seniorami, albo Meksykanami, i czujecie się ode mnie lepsi, ale weźcie pod uwagę fakt, że tylko ja zaliczyłam osobiście przebudzenie się i pierwszy dzień pobytu w Piekle, więc będziecie musieli uwierzyć mi na słowo, że tak to tu właśnie wygląda. Wiem, to nie fair, ale możecie się pożegnać z wizjami mitycznego tunelu z jaśniejącą na końcu białą poświatą i witających was z otwartymi ramionami dawno nieżyjących babci i dziadka; możliwe, że pewni ludzie opisywali tego typu niebiańskie doznania, ale pamiętajcie, że te osoby jeszcze żyją, ewentualnie umarły, zdążywszy te swoje spotkania zrelacjonować. Chodzi mi o to, że przeżyli coś, co nosi nazwę "doświadczenia bliskiego śmierci".

Ja tymczasem jestem martwa, spuszczono ze mnie krew i gryzą mnie robaki. W moim rozumieniu mam zatem większy autorytet. Cała reszta ludzi, jak choćby ten sławny włoski poeta, Dante Alighieri, serwuje czytelnikom stek kiczowatych i wyssanych z palca bzdur. Tak więc, jeśli chcecie zdyskredytować moją relację z Piekła, zrobicie to na własne ryzyko. Pierwsza sprawa: budzicie się, leżąc na kamiennej posadzce w dość ponurej celi z żelaznych prętów. Poważnie wam radzę - niczego nie dotykajcie. Żelastwo jest koszmarnie zasyfiałe. Jeśli przez przypadek DOTKNIĘCIE prętów, chociaż widać, że są oślizgłe od pleśni i cudzej krwi, NIE DOTYKAJCIE potem twarzy - ani ubrań - jeśli zależy wam na tym, by zachować w miarę normalny wygląd aż do Dnia Sądu. I NIE JEDZCIE słodyczy, które walają się wszędzie po podłodze.

Nie mam jasności, co do tego, jak wyglądał mój transfer w Zaświaty. Pamiętam zaparkowaną czarną limuzynę marki Lincoln i stojącego tuż przy krawężniku szofera z białym kartonikiem, na którym wypisano koślawymi wołami moje nazwisko: MADISON SPENCER. Kierowca - ci ludzie nigdy nie mówią po angielsku - miał okulary z lustrzanymi szkłami i czapkę z daszkiem, więc większość jego twarzy była niewidoczna. Pamiętam, jak otworzył tylne drzwi, by mnie wpuścić do wozu, a potem bardzo długo jechaliśmy, a szyby były tak mocno przyciemniane, że niewiele przez nie widziałam; jednak to wszystko pasuje do każdego z dziesięciu trylionów przejazdów, jakie zaliczyłam między lotniskami a miastami i z powrotem. Czy to właśnie ta limuzyna przetransportowała mnie do Piekła, głowy nie dam, ale wiem, że zaraz potem obudziłam się w tej plugawej celi.

A obudziłam się prawdopodobnie dlatego, że ktoś krzyczał. W Piekle nieustannie ktoś krzyczy. Każdy, kto leciał choć raz na trasie Londyn - Sydney i posadzono go tuż obok albo nieopodal ryczącego niemowlaka, ma już przybliżone pojęcie o tym, jak jest w Piekle i znalazłszy się w tłumie nieznajomych, w ścisku, w ciągnącym się w nieskończoność czekaniu na to, że nic się nie wydarzy, odczuje w Piekle coś w rodzaju lekkiego, nostalgicznego déja vu. Szczególnie jeśli na pokładzie puszczali Angielskiego pacjenta. Kiedy usłyszycie w Piekle zapowiedź, że diabły zapraszają wszystkich na wielki hit hollywoodzkiego kina, możecie nie robić sobie niepotrzebnie apetytu, bo zawsze będzie to Angielski pacjent, albo - niestety - Fortepian. Na Klub Winowajców nie macie co liczyć.

Jeśli chodzi o wrażenia węchowe, to Piekło wypada blado przy Neapolu podczas strajku śmieciarzy w pełni lata.

Wydawnictwo Niebieska Studnia
Dowiedz się więcej na temat: książka | marihuana | Boska Komedia

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje