Rozbłyśnij swoim światłem, choćby otaczały cię ciemności

Kiedy zgasły świata, w pierwszym momencie wszyscy podejrzewaliśmy to samo: atak terrorystyczny.

Wkrótce dowiedzieliśmy się, że nastąpiła awaria zasilania. Nie tylko w Cleveland, ale na większości obszaru Wschodniego Wybrzeża, Środkowego Zachodu i na części terytorium Kanady. Ten ciemny dzień stał się jednym z najjaśniejszych momentów w naszym życiu. Syn mojego przyjaciela, Finnegan, odkrył, czym jest światło podczas największej ciemności w historii Stanów Zjednoczonych. Półtoraroczny chłopczyk biegał po naszej kuchni po ciemku, w samej pieluszce, a jego pucułowate policzki błyszczały w świetle latarki, którą wpakował sobie do buzi. Trzymał ją przy twarzy i pędził z pokoju do pokoju jak gigantyczny świetlik.

Reklama

Nie będzie pamiętał tej awarii. Dowie się o niej tylko tyle, ile mu powiemy. Jeśli będziemy szczerzy, opowiemy mu, jak w pierwszej chwili przestraszyliśmy się, że terroryści opanowali kraj, wyłączając prąd, bo ta największa awaria w historii Ameryki miała miejsce 14 sierpnia 2003, zaledwie dwa lata po atakach z 11 września. Opowiemy mu, że kiedy emocje opadły, awaria nie wydawała się wcale taka zła.

Bez prądu zostało około 55 milionów ludzi, w tym większość mieszkańców Nowego Jorku, Baltimore, Buffalo, Detroit, Cleveland i Toronto. W Pensylwanii nie działały pociągi. Nieczynne lotniska zamieniły się w obozowiska uwięzionych podróżnych. Billboardy na Times Square zgasły. Odwołano przedstawienia na Broadwayu. Pociągi metra stanęły w tunelach i trzeba było ewakuować tysiące ludzi.

Awaria pozbawiła nas energii elektrycznej, więc znaleźliśmy inne źródło energii. Jeździliśmy do domu w godzinach szczytu bez sygnalizacji świetlnej, która chroniłaby nas przed agresją na drodze. Faceci w szortach i czapeczkach baseballowych kierowali ruchem, jakby dyrygowali orkiestrą. Żaden kierowca nie był na tyle poirytowany, żeby wcisnąć klakson, gdy samozwańczy kontrolerzy machali rękami tam i z powrotem, regulując rzekę samochodów. Skrzyżowania zamieniły się w czterokierunkowe postoje, na których ludzie spokojnie czekali na swoją kolej.

Opowiemy mu, że ludzie tkwili uwięzieni w windach, że supermarkety były zamknięte, mięso się zepsuło, a lody roztopiły; że na lotniskach, z których nie odlatywały samoloty, nie działały elektroniczne czujniki ruchu w toaletach publicznych, dlatego nie można było umyć rąk ani spuścić wody. Opowiemy mu, jak razem z mamą urządzili sobie piżamowe przyjęcie w naszym salonie, bo w ich mieszkaniu na czwartym piętrze bez klimatyzacji czy wiatraków było za gorąco w ponad trzydziestostopniowym upale, a poza tym bezpieczniej i zabawniej przetrwać kryzys w towarzystwie.

Opowiemy mu, że kiedy my jedliśmy kolację przy świecach, mieszkańcy osiedli dla osób starszych siedzieli przed domami na fotelach ogrodowych, sąsiedzi gawędzili ze sobą z werand swoich domów, ludzie rozmawiali na gankach w świetle świec, a dzieci wpatrywały się w gwiazdy, zwykle niewidoczne w blasku latarni.

Opowiemy mu o tym, jak zdesperowany tłum zignorował dwa czerwone napisy "Zamknięte" na drogerii firmy Walgreens; jak czterdzieści osób czekało na baterie, wodę, świece i lód, ale nikt nie wydzierał się na pracowników, którzy wpuszczali do środka po dwóch klientów. Opowiemy mu, jak ludzie na początku kolejki tańczyli, a matki na końcu obiecywały dzieciom lody na kolację. Opowiemy mu, że nikt się nie zdenerwował, kiedy któryś mężczyzna wyszedł z dziesięcioma galonami wody i ostatnią paczką lodu. Zamiast tego ludzie zaczęli bić mu brawo, ktoś krzyknął: "Zadanie wykonane!" i wszyscy się uśmiechnęli.

Opowiemy mu, jak wróciliśmy do domu i odkryliśmy, że nie możemy otworzyć bramy garażowej, odsłuchać wiadomości na automatycznej sekretarce ani podgrzać obiadu w mikrofali. Nie widzieliśmy nawet jedzenia w lodówce.

Opowiemy mu, że niezależnie od postępu technologicznego na świecie, zawsze trzeba nosić przy sobie gotówkę, a w domu trzymać zapałki, świece, baterie, butelkowaną wodę, jedzenie w puszkach i radio zasilane bateriami; że bak powinien być zawsze przynajmniej w połowie pełny i że należy znać imiona sąsiadów. Będziemy się rozwodzić nad tym, jak to nie dało się korzystać z bankomatów, odtwarzać płyt kompaktowych, oglądać DVD, używać komputerów ani oglądać CNN. Opowiemy mu, że sieci komórkowe padły z przeciążenia, a większość telefonów i tak przestała działać, bo nie było jak ich naładować.

Wytłumaczymy, że musieliśmy gotować wodę i wąchać jedzenie; że nie wiedzieliśmy, czy prysznic poprawia czy pogarsza sytuację, bo leciała z niego żółta woda. Będziemy wspominać, jak przyjemnie było na chwilę oderwać się od czytania e-maili, surfowania po internecie i oglądania reality show, po to by poznać prawdziwych ludzi, sąsiadów z domów obok i naprzeciwko, słuchać świerszczy przy otwartych oknach i łapać świetliki.

Opowiemy mu, że w całym Nowym Jorku, Toronto, Detroit i Cleveland praktycznie nie było szabrowników, że sklepy dawały za darmo buty osobom, które musiały przejść wiele mil do domu, że ludzie podwozili nieznajomych, urządzali pikniki, wykładając jedzenie w otwartych bagażnikach samochodów, sklepikarze robili hot-dogi na ulicach, sklepy spożywcze rozdawały lody, a rozmaite osiedla urządzały całonocne imprezy uliczne z okazji awarii. Powiemy mu, że kiedy zawiodła nas elektryczność, my nie zawiedliśmy siebie nawzajem. Platon powiedział: "Łatwo wybaczyć dziecku, które boi się ciemności. Prawdziwą tragedią jest, gdy człowiek boi się światła". W jednym z najciemniejszych dni naszej historii wszyscy staliśmy się światłem, które rozproszyło ciemności.

materiały promocyjne
Dowiedz się więcej na temat: szczęście

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje