Skandal - fragment książki

"Skandal" ukazuje ironiczny i karykaturalny obraz środowiska londyńskich dziennikarzy tuż przed nastaniem ery tabloidów. Przeczytaj fragment książki


Miała dwie godziny, by ukryć swoje sekrety. Zatrzeć dowody próżności, głupoty i innych cięższych grzechów. Zwykły domowy nieład nie stanowił problemu.

Reklama

Sprzątaczka, która była tu rano, wszystko już uporządkowała. A choć Honor Tait miała pewną skłonność do bałaganiarstwa, to z pewnością nie do kolekcjonowania ludzi ani przedmiotów. Rozwód, żałoba, pożar w domu, wyjątkowo niesentymentalne usposobienie i częste podróże sprawiły, że jak na kobietę w jej wieku posiadała bardzo mało rupieci. Nigdy nie zabierała w podróż zbyt wielu rzeczy. W miłości podobnie jak w życiu wystarczał jej bagaż podręczny. Co zatem pozostało w londyńskim mieszkaniu? Który z przesianych przez czas gratów, tych przypadkowo ocalałych rozbitków, może ją zdradzić?

Ogarnięta nietypową dla siebie paniką, z trudem łapiąc oddech, rozejrzała się po pokoju, przyjrzała meblom, obrazom i półkom z książkami. Rzecz jasna, w większości były to rzeczy Tada. To jego kawalerskie mieszkanie stało się później ich małżeńskim pied-à-terre. Teraz zaś było jej wdowią celą. Za wystrój i urządzenie tego lokum zawsze odpowiedzialny był Tad, a radził sobie z tym niezbyt dobrze. To on kupował obrazy, oprawiał zdjęcia, wybierał zasłony i spełniał swoje zachcianki, nabywając figurki ze Staffordshire i porcelanę sewrską, a także dwa fotele uszaki o zabrudzonej tapicerce, które znalazł w Edynburgu w pewnym sklepie z antykami i którymi, nie wiedzieć czemu, się zachwycił, a potem całymi godzinami przeglądał opasłe katalogi z próbkami materiałów, ślęcząc nad nimi niczym średniowieczny mnich nad manuskryptem. Nawet w czasach, gdy łączyła ich największa zażyłość, oboje uważali oddalone o tysiąc sto kilometrów na północ Glenbuidhe z jego jakże inspirującym brakiem wygód za jej dom, a apartament w londyńskim Maida Vale za dom Tada. Honor nigdy nie była zainteresowana urządzaniem tego mieszkania, a po śmierci Tada nie odczuwała potrzeby, by je uprzątnąć — rozebrać scenografię, jak by powiedział. A teraz będzie musiała tłumaczyć się z powodu zachłanności i wątpliwego smaku swego nieżyjącego męża.

Przedmioty, do których Honor tak przywykła, że już ich nie zauważała, przypadkowo nagromadzone książki i obrazy, niechciane prezenty i błyskotki, cały ten sentymentalny majdan pieczołowicie teraz odkurzony i ustawiony w nowym porządku przez sprzątaczkę, zostanie skwapliwie wykorzystany jako wiele mówiące szczegóły. O Honor już i tak zbyt dużo powiedziano i napisano. Kolejni inkwizytorzy pozbierali i wypolerowali plotki, błędne informacje, insynuacje i przeinaczenia, i zamienili je w fakty.

Wciąż nie przebolała tego materiału z "Vogue’a", na który zgodziła się za namową Bobby’ego. Choć minął już ponad rok, za każdym razem, gdy widziała to wydanie magazynu — ostatnio w poczekalni u lekarza — wpadała w szewską pasję, rozsierdzona i poniżona bredniami, które tam wypisano (i zdjęciem!). Żeby w trzystu słowach tak kogoś znieważyć, potraktować protekcjonalnie i tak wszystko przeinaczyć — to nie lada osiągnięcie. Wcześniej Honor wystąpiła w radiu w audycji Woman’s Hour (tyle hałasu o jedno ośmiominutowe okienko) i z Melvynem w Start the Week, gdzie starała się przebić wśród głosów pewnego smętnego naukowca, duchownego, któremu chyba się zdawało, że nadal stoi przy ambonie, i pisarza o ekscentrycznych poglądach na temat praw zwierząt.

A niedawno wystąpiła w telewizji w South Bank Show (znów ten Melvyn. Czyżby nie ostał się już żaden poważniejszy prezenter?). Zapewniano ją, że program będzie poświęcony wyłącznie jej pracy — wyraźnie dała do zrozumienia, że życie osobiste to strefa zakazana — i schlebiała sobie, naiwnie wierząc, że celem audycji będzie uczczenie jej jako "pisarki, która miała szczęście znaleźć się w samym sercu historii dwudziestego wieku". A co z tego wyszło? Pomarszczone stare truchło w półmroku opowiadające o światowych wydarzeniach, które nikogo już nie obchodzą, drżąca panna Havisham wspominająca ślub, który nigdy się nie odbył.

Wywiad został okraszony archiwalnymi materiałami filmowymi i fotosami — ze Szkocji, Paryża, Hiszpanii, Niemiec i Los Angeles, z paradą artystów, poetów, polityków i zadufanych w sobie hollywoodzkich sław oraz trzech kolejnych mężów — parodystyczna kwintesencja jej życia przedstawiona w sześciominutowym rozedrganym, migotliwym filmie. Twórcy programu skrupulatnie dotrzymali danego słowa i powstrzymali się od wzmianek na temat rodziny, mężów czy kochanków Honor, lecz obrazy ukazujące ten nieprzerwany korowód postaci były mniej dyskretne.

Członkowie ekipy odpowiedzialni za wybór materiałów odgrzebali zdjęcie Maxime’a, na którym przytłoczony własnym cieniem wymachuje cygarniczką niczym batutą, wyrazisty jak Noel Coward, lecz pozbawiony humoru i ciepła albo po prostu testosteronu. Sandor Varga pojawił się dwukrotnie. Najpierw w Basle jako elegancki i posępny pan młody w dniu ślubu z Honor oraz dekadę później w Monako, gdzie pulchny i zadowolony z siebie obściskiwał się z lafiryndą, dla której zostawił żonę. O dziwo Tadowi, jej trzeciemu i ostatniemu mężowi, poświęcono w tym materiale dokumentalnym o wiele mniej uwagi niż przecenianej aktorce Elisabeth Taylor określonej przez lektora idiotycznym mianem "hollywoodzkiej księżniczki", z którą Honor i Tad zostali sfotografowani na jakiejś filmowej gali. Dorobek Tada reprezentowało kilka fragmentów jego filmów, ale w wyjętych z kontekstu scenach humor wydawał się jeszcze bardziej infantylny i naciągany, a delikatne aluzje seksualne sugerowały raczej ucisk niż wyzwolenie. Współczuła biednemu staruszkowi, który spoczywał teraz w ciszy i spokoju na cmentarzu St Marylebone.

Życiu zawodowemu Honor oddano cześć, pokazując materiały filmowe: wstrząsające dokumenty wojenne z Madrytu, Polski, Normandii, Buchenwaldu, Berlina i Inczhonu, mroczne postaci przemykające przez algierską kasbę uwiecznione w latach pięćdziesiątych, a potem ckliwe zdjęcie późnych lat sześćdziesiątych, na którym Honor trzyma w ramionach przestraszone dziecko w weimarskim sierocińcu.

Węgierscy studenci atakujący sowieckie czołgi w 1956, czescy — powtarzający ten sam scenariusz trzynaście lat później (trzy sekundy w absurdalnie skondensowanym czasie antenowym), podczas gdy dwie granice dalej, w Paryżu, synowie zamożnej klasy średniej — tak, w większości byli to synowie — przyszli deputowani, profesorowie, politycy oraz różnego rodzaju komentatorzy i eksperci, bawili się w rewolucję, tłukąc szyby wystaw sklepowych oraz rzucając kostkami wyrwanymi z bruku i koktajlami Mołotowa w proletariackich żandarmów.

Zdjęcie Honor z lat pięćdziesiątych w koreańskich okopach strzeleckich. Potargana i umorusana przypominała raczej debiutantkę przyłapaną z maseczką na twarzy niż korespondenta wojennego w trakcie pracy. Jednak na większości fotografii z lat młodości wyglądała wspaniale — z burzą lśniących włosów spływających na ramiona i uśmiechem niczym znicz olimpijski, jakby na przekór każdemu, kto śmiałby twierdzić, że nie jest piękna ani godna pożądania, kto nie podziwiałby jej bystrości i nie zazdrościł sukcesów. Zestawienie tej promiennej rozhasanej bogini z drżącą emerytką z telewizyjnego wywiadu tworzyło kunsztowny i okrutny vanitas: Ozymandia dzisiejszych czasów. Mocarze! Patrzcie na moje dzieła i przed moją chwałą gińcie z rozpaczy! Przyjaciele i kochankowie na chwilę przywróceni do życia na ekranie mogli być teraz zaledwie duchami, ciałem rozkładającym się pod ziemią lub popiołem dawno wyrzuconym w powietrze, lecz najbardziej ponurą zjawą była Honor Tait, która wciąż żyła, lecz chyba tylko po to, by ze zgrozą obserwować własne powolne więdnięcie i usychanie.

W dzisiejszych czasach sława przynosiła tyle upokorzeń i zmartwień. Honor dziwiło, że tak wielu ludzi przesiaduje wieczorami przed telewizorem, oglądając programy kulturalne. Rozpoznawali ją taksówkarze, szefowie sali w restauracjach, sklepikarze, nieznajomi na wernisażach, przechodnie na ulicy. Ostatnio jakiś robotnik w pomarańczowej kamizelce, dźwigający na ramionach części rusztowania, na jej widok dotknął kasku i zawołał: "Niech pani dalej pisze!".

A to nie wszystko. Był jeszcze ten przymilny naukowiec T.P. Kettering, który zgłosił się na ochotnika jako jej "oficjalny biograf", a potem, gdy odrzuciła jego propozycję, usiłował zostać "nieoficjalnym donosicielem". Napisana przez niego książka wydana przez mało znane wydawnictwo uniwersyteckie pod groteskowo górnolotnym tytułem Veni, vidi. Honor Tait, świadek historii była marnym kolażem wycinków prasowych, który dodatkowo wysterylizowali prawnicy, Honor zaś ostatecznie pogrążyła tę biografię, wydając cichy dekret, stanowiący, że każdy, kto chce utrzymywać z nią kontakty, nie może mieć nic wspólnego ani z tą publikacją, ani z jej autorem. Nie uszło uwagi Honor i bardzo ją zirytowało, że Martha Gellhorn udzieliła Ketteringowi wywiadu, dzięki czemu mógł zacytować jej na pozór uprzejmą i pełną szacunku, lecz w istocie kąśliwą wypowiedź. Książka miała kiepskie recenzje. (O niezwykłej Honor Tait można napisać fascynującą biografię, lecz ta pozycja do fascynujących nie należy, zawyrokował Bobby w "Telegraphie"). Na szczęście szybko zapomniano o tej publikacji, podobnie jak o samym Ketteringu. Wiadomość, że Kettering z powodu nadużywania alkoholu wypadł z obiegu i został zmuszony do podjęcia pracy w charakterze ghostwritera, piszącego na zamówienie autobiografie piłkarzy, sprawiła Honor radość, która balansowała na granicy nieprzyzwoitości.


Nie była jednak w stanie usunąć swego nazwiska z indeksów w biografiach innych osób ani z wycinków prasowych, stanowiących źródło Ketteringa. Ani też z własnych tekstów znajdujących się w archiwach. Tak wiele materiałów należało już do domeny publicznej. Na tym etapie mogła zachować jedynie okruchy prywatności i godności.

Musi spojrzeć na swoje mieszkanie oczami nieznajomego, i to wrogo nastawionego nieznajomego: dziennikarza. Akurat w jej przypadku powinno to być łatwe. Była już jednak stara i wyszła z wprawy — od ośmiu lat nie napisała żadnego nowego reportażu, a jej ostatni tekst o losie wietnamskich boat people z Hongkongu został sześć miesięcy temu odrzucony przez "New Statesmana" i odesłany wraz z czołobitnym listem. "Nowe Dziennikarstwo", które niegdyś reprezentowała, wyparły jeszcze nowsze style i nurty, a ich zasady wprawiały ją w konsternację. Podobnie jak kino francuskie Nowej Fali czy New Look Diora z kloszowymi spódnicami o talii osy, specyficzny styl Nowego Dziennikarstwa, który wypracowała Honor, charakteryzujący się kompetencją w kwestiach politycznych i budzącą zaufanie bezstronnością, był w tej nowej, pełnej ironii erze równie przestarzały jak koronkowe serwetki na fotelach. Jedynie maniacy rozsmakowani w vintage i estetyce bakelitu darzyli jej styl szacunkiem.

Honor stanęła na środku pokoju. Krucha, rozdrażniona staruszka z włosami w nieładzie, w sfatygowanym jedwabnym szlafroku w tureckie wzory. Ostatnio pojawił się u niej tik, który polegał na tym, że kiwała głową, jakby potakiwała. W chwilach wzburzenia, jak na przykład teraz, stawało się to bardziej widoczne i sprawiało wrażenie entuzjastycznej aprobaty, choć w rzeczywistości oznaczało coś zgoła przeciwnego. Zacisnęła lewą dłoń na oparciu ukochanego fotela Ta-da i odwróciła się powoli, mrużąc swe wodniste niebieskie oczy i starając się spojrzeć na pokój tak, jakby widziała go po raz pierwszy, jakby potajemnie przeglądała czyjś prywatny dziennik, usiłując pospiesznie odczytać ukryte znaczenia.

Na początek ściany, czyli obrazy i fotografie. Kiedy ostatnio naprawdę im się przyglądała? Ta akwarela przedstawiająca fale o barwie patyny i brunatne góry. Czy to Antrim? A może zachodnia Szkocja? Na pewno nie jest to Loch Buidhe. Zbyt tu dziko, a perspektywa wydaje się nadto rozległa jak na tę osłoniętą dolinę. Kolejny nieprzemyślany nabytek Tada. Całkiem niebiograficzny i karygodnie nieudolny. Młoda dziennikarka przeprowadzająca wywiad z Honor będzie miała duży kłopot z wyciągnięciem obraźliwych wniosków z tego surowego pejzażu, o ile nie jest znawczynią sztuki, co zważywszy na kaliber większości dzisiejszych dziennikarzy, a w zasadzie większości młodych ludzi, było mało prawdopodobne. Ktoś, kto szafuje stereotypami, uzna obraz za świadectwo pewnej słabości do niedzielnych malarzy tworzących w konwencjonalnej estetyce lub upodobania do celtyckiej melancholii. Absolutnie niezgodna z prawdą, lecz nieszkodliwa interpretacja.

Pozornie prosty rysunek tuszem przedstawiający Tristana i Izoldę mógł przysporzyć więcej problemów. Zresztą kiedyś już przysporzył. Tadowi. W pierwszym odruchu Tad zamierzał go zniszczyć, podrzeć swymi mocnymi dłońmi albo przynajmniej zostawić tam, gdzie go znalazł, czyli na stercie zapomnianych papierów Honor w Glenbuidhe. Lecz ostatecznie zaborczy mąż, wściekły, że żona, którą poślubił, gdy oboje mieli już za sobą młode lata, była wcześniej związana z innym mężczyzną, przegrał ze specyficznie amerykańskim szacunkiem dla sławy. I tak wreszcie, pokonawszy kolejne stopnie kontemplacji i dialogu, którego nie powstydziłby się sam Platon, Tad wybrał nieporęczną hebanową ramę, oprawił rysunek i zawiesił w ich mieszkaniu nad kominkiem. Artysta połączył kochanków jednym pociągnięciem pędzla, a gdyby spuszczona na chwilę z oka dziennikarka przyjrzała się rysunkowi bliżej — na przykład wówczas, gdy Honor pójdzie do kuchni zaparzyć herbatę — mogłaby dostrzec jego dedykację, wypisaną pionowo drobnym kanciastym pismem wzdłuż rąbka sukni Izoldy: Dla Honor od Jeana. Je t’embrasse.

Historia ich przyjaźni była powtarzana w biografiach Cocteau i w kilku artykułach na temat Honor. Ostatnio Kettering usiłował odgrzać ten temat i zaserwować apatycznym czytelnikom. A w programie South Bank Show pokazano urywki nagrania z przyjęcia uświetniającego wystawienie Le Bel Indifferent, na którym to przyjęciu Picasso w typowy dla siebie sposób błaznował przed kamerami. Jednak autorzy programu, spełniając co do joty narzucone przez nią warunki, powstrzymali się od jakichkolwiek sugestii czy komentarzy i zamiast beznamiętnego głosu lektora wykorzystali podkład muzyczny w postaci sentymentalnych brzdęków gitary Django Reinhardta z kwintetem Hot Club De France. Jak na ironię wybrali utwór zatytułowany Oh, Lady Be Good, choć w tamtych czasach w kręgach, w których obracała się Honor, od kobiety wcale nie oczekiwano, by była "dobra".

Romansowała z Jeanem kilka dziesięcioleci przed małżeństwem z Tadem, jej ostatnim i najlepszym mężem. Lecz dla Tada czas nigdy nie miał znaczenia. Nie potrzebował też dowodów intymności. Zazdrość Tada — retrospektywna, bieżąca i prospektywna — stanowiła przejaw szaleństwa, którego oznak gdzie indziej w jego naturze próżno by szukać. Jedna przewina w morzu dobroci.

Lecz co interesującego widzieli czytelnicy weekendowych magazynów dodawanych do gazet w historiach burzliwych związków i rozstań, uzależnieniu od opium i pijaństwie paryskiej cyganerii, które miały miejsce ponad sześćdziesiąt lat temu? Dziś sztuka polega na rozsmarowywaniu na płótnie płynów ustrojowych lub obnażaniu swych niedoskonałości na oczach gapiów. Teraz wszyscy są artystami. Parzą się jak zwierzęta, piją jak podczas bachanaliów. Opium — a raczej jego współczesny odpowiednik (czy to znów kokaina, czy jednak ecstasy?) — jest dostępne na przyjęciach biznesowych, imprezach dla sprzedawczyń i w podmiejskich pubach. Wczorajszy skandal dziś zasługuje jedynie na drobną wzmiankę. Kto naprawdę pamięta Jeana? A spośród tych nielicznych upartych koneserów mroku i zapomnienia, którzy go pamiętają, kogo to obchodzi? Obraz mógł zostać. Zresztą był zbyt ciężki, by zdołała go sama przenieść.

Naprzeciw Cocteau w dębowej nielakierowanej ramie wisiał namalowany dziesięć lat temu olejny surowy portret przedstawiający Honor w sztywnej koafiurze z ustami wymalowanymi karminową szminką i lodowatym wyrazem twarzy. Portret nie przedstawiał jej w korzystnym świetle. Wyglądała wręcz złowrogo, lecz było w nim coś, co pociągało Tada, choć żywił organiczną niechęć do artysty. Być może urzekły go pewna surowość i prostota emanujące z obrazu lub ponadczasowa obojętność przywodząca na myśl staroruskie ikony, niczym Kuszenie świętej Honor pokonującej liczne niewidzialne demony. Daniel namalował ten obraz na swoim pierwszym i — jak się później okazało — zarazem ostatnim roku w Szkole Sztuk Pięknych Slade’a. Honor ściągnęła obraz ze ściany, klnąc pod nosem i stękając z wysiłku, lecz gdy postawiła go na podłodze, z przerażeniem stwierdziła, że pozostawił po sobie upiorny prostokąt pociemniałej tapety, na podobieństwo wzruszającej pustej ramy w bostońskim muzeum, czekającej na powrót skradzionego Vermeera. Brak obrazu mógł wzbudzić więcej domysłów niż jego obecność. Honor z wielkim trudem powiesiła portret z powrotem na haku. Serce zaczęło jej bić gwałtownie, co nie było przyjemne, a dodatkowo przy każdym jego uderzeniu odczuwała ukłucie bólu. Usiadła, żeby złapać oddech.

Wydawnictwu udało się ją przekonać, by udzieliła wywiadu w swoim mieszkaniu. Ruth Lavenham, założycielka i szefowa Uncumber Press, choć przyjmowała matczyną pozę, była twardą bizneswoman. Obnażenie odrobiny prywatnego życia będzie korzystne dla sprzedaży nowej książki Honor, powiedziała. Była to również obleczona w uśmiech groźba Uncumber Press, małego dzielnego Dawida stającego naprzeciw korporacyjnych Goliatów świata wydawniczego. Honor miała dług wdzięczności wobec Ruth. To ona uratowała ją od niewypłacalności dwa lata temu, tuż po śmierci Tada, eleganckim wznowieniem pierwszego zbioru artykułów prasowych Honor, Prawda, maszyna do pisania i szczoteczka do zębów, opublikowanych po raz pierwszy przez wydawnictwo Faber w latach pięćdziesiątych i dawno zapomnianych. Książka w swym najnowszym wydaniu została poszerzona o nagrodzoną Pulitzerem relację z wyzwolenia obozu w Buchenwaldzie i odniosła zaskakujący succès d’estime. Honor Tait została "ponownie odkryta", a co ważniejsze, mogła spłacić najpilniejsze zobowiązania finansowe. Co do nowej książki, Depesze z mrocznych stron, czyli dzieła zebrane Honor Tait, istniała nadzieja, że uda się powtórzyć ten sam trik. A za rok, jeśli wszystko dobrze pójdzie, ukaże się Okiem reportera — trzecia książka, której tytuł zaproponowała Ruth, a Honor się zgodziła, choć nie bardzo przypadł jej do gustu.

— Och, daj spokój — powiedziała Ruth, gdy omawiały działania promocyjne związane z planowanym wydaniem Depesz. — Wywiad dla najbardziej szanowanego w kraju magazynu? W zaciszu własnego domu? Co w tym złego? A jeśli chodzi o efekt marketingowy, taki wywiad jest o niebo lepszy od dwustronicowej reklamy.

I tańszy. Tak więc Honor skapitulowała. Wiedziała jednak, że to błąd. Kilka razy w życiu zgodziła się udzielić wywiadu, ale nigdy nie wpuściła żadnego reportera do domu. Nawet najbardziej przychylnie nastawiony dziennikarz traktowałby mieszkanie wraz z całą zawartością jak pozbawione zasłon okno sięgające w głąb jej umysłu i duszy. Rozmowa z Melvynem dla South Bank Show została nakręcona w Bibliotece Londyńskiej, gdzie wcześniej, w przypływie lekkomyślnego narcyzmu, za który słusznie została ukarana (fotografią przerażającej halloweenowej maski w czytelni piekła), zgodziła się pozować dla "Vogue’a".

Fragment książki Skandal!,Annalena McAfee. Premiera: 20 lutego 2015. Wydawnictwo Albatros. Czytaj więcej


 

materiały prasowe

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje