Villas

To książka o życiu i karierze wielkiej gwiazdy polskiej sceny, która zrobiła wszystko, by o niej zapomniano. Villas była jak malowany ptak, nie pasowała do szarzyzny czasów PRL-u. W latach 60.- 80. stała się jedną z muzycznych ikon, towarem eksportowym.

Krytykowana w Polsce za styl i ekstrawagancje, za granicą przyjmowana była entuzjastycznie zarówno przez publiczność, jak i krytykę. Zachwycano się jej głosem. Pisano, że jest białym krukiem wokalistyki. Śpiewała w duetach z Barbarą Streisand, Paulem Anką, Frankiem Sinatrą, Charlesem Aznavourem, grała w filmach i musicalach. Występowała w paryskiej Olimpii i nowojorskim Carneggie Hall, przez kilka sezonów była gwiazdą rewii Casino de Paris w Las Vegas.

Reklama

Autorzy mówią o swej książce, że to biografia reporterska. Szukają w niej odpowiedzi na pytanie, jak to możliwe, aby Villas, artystka jedyna w swoim rodzaju, wokalny geniusz w skali światowej, obdarzony absolutnym słuchem i sopranem koloraturowym o pięciu oktawach, wielka, choć kontrowersyjna osobowość, nie tylko nie zrobiła kariery na miarę swoich możliwości, ale spędzała starość niemal w ubóstwie, wyobcowana, w atmosferze skandalu i niezdrowej sensacji. Czytelnik niech sam osądzi, czy potrafili znaleźć odpowiedź.

Na www.weltbild.pl kupisz tę książkę razem z płytą z kolędami

Fragment: Rozdział I: Dziewczynka, która chodziła na głowie

Motto: Na wzgórzach mego Lewina świat w słońcu do mnie się śmiał, wiatr śpiewał dla mnie w leszczynach i strumień szemrał wśród skał (W Lewinie koło Kudowy, V. Villas).

"Najbardziej rzuca się w oczy wiadukt. Półokrągłe sklepienia wykładane piaskowcem podtrzymują potężne ramiona kolumn niczym rzymski akwedukt. Wiadukt góruje nad miasteczkiem od 1905 roku. Suną po nim wąskie tory kolei, oplatając pobliskie wzgórza, jak wstążka niesiona wiatrem.

Ośmioletnia dziewczynka leży na łące. Ma długie, kręcone włosy. Wiją się wokół jej twarzy nienaturalnie, jak u lalki. Łąka pnie się leniwie w górę zbocza, a dziewczynka obserwuje pociągi i marzy. W każdym z nich - myśli - siedzi człowiek i jedzie do lepszego świata. Jak odnaleźć tam drogę? Zdobyć choć skrawek innego życia. Nie dreptać, tylko biec, co sił. Którędy?

Tu, gdzie jestem, wszystko jest takie proste i niezmienne. Kozy meczą codziennie, tłuste i lśniące, z nadętymi od koniczyny brzuchami, a ptaki każdej wiosny upijają się feerią zieleni. Potem kolor wzgórz się rozmywa. Powoli żółkną, ciemnieją, by śnieg zabielił je grubą warstwą, równo - jak w bajce. Tylko pociągi wciąż pędzą. Stukot kół po wiadukcie, ciemność tunelu, i znów mozolnie, głośno sapiąc, pod górę. Nocą zaś mostem kamiennym, biegł pociąg z nim iskier grad. Blask okien, stukot natrętny, słał lęk, lecz wzywał gdzieś w świat. .

Jest rok 1946, dziewczynka ma na imię Czesia, a wiadukt stoi w Lewinie Kłodzkim. "Zawsze marzyłam o prawdziwym szczęściu, marzyłam o wielkiej miłości, marzyłam o podróżach i sławie" - powie po wielu latach w jednym z wywiadów, już jako Violetta Villas.

Maleńkie miasteczko uczepione malowniczych, sennych pagórków, wygląda jak krajobraz z najpiękniejszych płócien Moneta. Nie wiadomo właściwie, dlaczego Cieślakowie - Janina i Bolesław - wybrali dla siebie i czwórki dzieci właśnie ten kraniec Kotliny Kłodzkiej. Miejsce, gdzie późno kwitną magnolie, a zima przychodzi za szybko i ociąga się - tak bardzo nie chce minąć. Może skusiło ich niemal dziewicze piękno tych terenów, uległe latem, a bezwzględne zimą?

Oboje przed wojną mieszkali w Dąbrowie Górniczej. Z niebem zasnutym siwym dymem i krajobrazem familoków stojących na podziurawionej kopalniami ziemi. Tam przyszło na świat dwoje dzieci: Wanda (1931) i Jurek (1933). Mógł być rok 1934, kiedy Bolesław, górnik węglowy, dostał szansę wyjazdu do Belgii. Inny kraj, taka sama kopalnia. Janina dołączy do męża w roku 1937, kiedy dzieci już podrosną. Z tej radości bycia na powrót rodziną urodzą się Czesia (1938) i Ryszard (1940).

Czesława Cieślak przyjdzie na świat 10 czerwca w Heusy (walońska prowincja Li?ge), w klinice św. Elżbiety prowadzonej przez zakonnice.

"Urodziłam się z długimi blond włosami i siostry mi loki na palcu kręciły" - powie po latach.

Na temat pobytu rodziny Cieślaków w Belgii w ludzkiej pamięci zachowało się niewiele. Okruchy tamtych lat odejdą wraz z ostatnimi świadkami najwcześniejszego dzieciństwa gwiazdy. Pierwszy umrze Bolesław (1960), potem Janina (1985). Dzieci zaczną odchodzić w odwrotnej kolejności niż przyszły na świat. Jurek dwa lata po matce, potem Wanda (2006), i najmłodszy z rodzeństwa - Ryszard (2010). Ich pamięć szczątkowo przechowają jeszcze żony braci, szwagier i kilka gazet z lat PRL-u.

Halina Cieślak, przez przeszło pół wieku żona Ryszarda:

- Jak Rysiek przyjechał z Belgii, miał sześć lat. Opowiadał mi, że nie chciał wracać. Chował się w kopalni. Ktoś proponował teściom, że go adoptuje, ale się nie zgodzili. Dzieci mówiły po francusku, znały waloński (to dialekt francuskiego - tak ma pozostać), trochę niemiecki. Pozapominały w Polsce. Ponoć najbardziej chciały wracać matka i dziewczynki. Teściowa mówiła, że wróci, bo tu przesiedleńcom za darmo dają kozy. I co najciekawsze - że teściu pracował z towarzyszem Gierkiem. Na kolanach, na dole w kopalni. Nawet gdzieś było takie zdjęcie...

Jan Mulawa, mąż Wandy (czterdzieści sześć lat razem):

- Żona i teściowa opowiadały, jak ich żegnano, zgryźliwie żartując: "Jedźcie jedźcie, ale tam Bierut. Pojedziemy, jak będzie dajut".

Maria Cieślak, przez trzydzieści trzy lata żona Jurka:

- Opowiadał mi, że w Belgii tak dostał od ojca, że mu krew uszami szła.

Na jedynym "belgijskim" zdjęciu, jakie Maria zachowała w swoim archiwum rodzinnym, Wanda stoi z matką pod rękę. Jej piękne, gęste włosy odbijają się od szarego tła fotografii. Po twarzy błądzi nieokreślony uśmiech. Jak grymas. Lekki ruch zadowolonych warg. Mona Lisa. W tle fragment witryny sklepu na jednej z ulic. Kanton francuski - tak można wnioskować po napisach. Liege lub okolice?

Obok kobiet, niemal na baczność, stoi Jurek. Ma na oko ze dwanaście lat, więc zdjęcie może wieńczyć koniec wojny. 1945 rok. Chłopiec przykuwa uwagę spojrzeniem pełnym strachu, niemal krzywdy, pod ściągniętymi brwiami. Kto robił zdjęcie? Bolesław?

Wanda poprzez swojego męża, Janka, powie nawet zza grobu, że Jurek z całej czwórki był przez ojca bity najczęściej i najbardziej dotkliwie. Żywy, psotny chłopiec, który nie chciał zostać skrzypkiem, bo za każdą pomyłkę obrywał smyczkiem po palcach.

Kiedy Cieślakowie zdecydują się na opuszczenie Belgii, nie będzie już szans na powrót.

"Niektórzy Polacy mieszkający w Belgii powyjeżdżali na wiosnę 1946 roku, ale już pod jesień wracali. Pytano ich, jak tam, to znaczy w Polsce, jest. Nie chcieli opowiadać. My przyjechaliśmy na jesieni. Niedługo potem okazało się, że powrót do Belgii jest już niemożliwy" - powie po latach dziennikarzowi białostockich "Kontrastów" brat piosenkarki - Ryszard Cieślak.

Górnicy wracali w wagonach towarowych, wyściełanych słomą i kocami. Podróż trwała kilka dni. Rodzina Cieślaków spróbuje najpierw zadomowić się na krótko w Nowej Rudzie. Dopiero stamtąd trafi do Lewina. Ziemie zabrane Niemcom, a pilnowane przez polskie Wojska Ochrony Pogranicza przed mającymi na nie chętkę Czechami, zaoferują im pracę i pewny dach nad głową. Powracający z Belgii i Francji górnicy byli uważani przez nową władzę za wartościowych przedstawicieli klasy robotniczej. Wielu miało za sobą działalność w lewicowych związkach zawodowych. W Polsce nierzadko znajdowali pracę w organach tworzącej się administracji i milicji. Cieślakom od samej Belgii będzie towarzyszyć zaprzyjaźnione małżeństwo Jaworskich. To prawdopodobnie Ignacy Jaworski namówi Bolesława na Lewin. Jest praca, jest gdzie mieszkać. No i wokół zjawiskowo pięknie.

Do domu na wzgórzu, za wiaduktem, wprowadzą się z niedużego mieszkania na lewińskim rynku, zajmowanym przez jakiś czas wspólnie z Jaworskimi. Wiadukt wyznacza granicę Lewina. Można więc rzec, że Cieślakowie osiedlą się na uboczu miasteczka. Dom z 1925 roku opuści wcześniej niemiecka rodzina. Jan Mulawa przechowa w pamięci, że młodziutka Wanda uczyła się grać na fortepianie, który Cieślakowie w tym domu zastali.

- Był wielki i piękny. Stał na środku salonu i teściowie się cieszyli, że dzieci będą miały na czym się uczyć. Ale jacyś ludzie przyszli i powiedzieli, że są z konserwatorium z Poznania. - Rekwirujemy ten fortepian - pokazali zdumionym Cieślakom jakieś papiery, wytaszczyli z domu instrument i poszli. Prawdopodobnie byli to szabrownicy. W tamtym czasie, tuż po wojnie, ograbiali poniemieckie domy ze wszystkiego. Ten kolega teścia, Ignac, jak budował synowi dom, to ciągnął do niego antyki pozbierane po opustoszałych po Niemcach domach. Nawet zabytkowe kafle z pieca. Taka była mentalność wielu ludzi na Ziemiach Odzyskanych. (...)"

Świat Książki

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje