Anna z Tarnowa:

O jejku! Już widzę ten dzień. Od rana zła jak osa. Gryzę, szczypię, kopię. Wygląd meduzy po przejściach, oczy podkrążone i jeszcze wielgachny pryszcz zdobi czoło. No i jak zawsze NIE MAM SIĘ W CO UBRAĆ!!! Spóźniona, w pracy szał, bo wszystko miało być zrobione na wczoraj. Jedyne na co mam ochotę to rzucić się pod autobus. To się nazywa naprawdę zły dzień. A już najgorzej jest, gdy ów stan utrzymuje się dłużej niż 7 dni. Wtedy to już powinnam zgłosić się do lekarza, koniecznie specjalisty. Skłócona z całym światem, najchętniej zagrzebałabym się w kąciku i przespała ten okres wzmożonego niepokoju, zwanego również potworną chandrą. To jest oczywiście scenariusz wysoce pesymistyczny. Niestety nie mogę pozwolić sobie ani na zły humor w pracy, ani tym bardziej na urlop. Dlatego też, gdy tylko wyczuję w powietrzu pierwsze objawy nadchodzącego złego humoru wytaczam przeciwko niemu broń najcięższego kalibru. Zakupy to mój sprawdzony środek na gorsze samopoczucie. Zmysłowy fatałaszek, czy nawet błyszczyk za 10 zł. od razu podnoszą mnie na duchu. Rozmyślania nad tym, że już jutro go włożę i jak zareagują znajomi odpędzają ode mnie czarne myśli. Powoli wraca uśmiech. Już odpływam. Wracam do domu, facet robi mi kąpiel...wow, czyżby on aż tak dobrze mnie znał? Po kolacji oglądamy razem film, jak zwykle wszystko zabawnie komentuje, śmiejemy się do łez. Ach tak! Nowy ciuszek, muszę mu się w nim pokazać... Zadowolenie na jego twarzy, słodkie, wyglądasz pięknie... i chandra wyjeżdża pospiesznym z mojego życia. Wiem, że niedługo znowu się pojawi, ale wtedy już będę wiedziała jak się jej skutecznie pozbyć.

Reklama

Praca nagrodzona w konkursie "Na dobry humor"

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje