Jak pies z kotem

Znowu o równouprawnieniu? Mnie także już to nudzi. Ale z Państwa komentarzy wynika, że ciągle jest tu wiele nieporozumień. Jedni są za, drudzy przeciw, tylko czy na pewno mówimy o tym samym?

Sprawa nie jest wcale oczywista, a trudne sprawy dobrze omawiać na prostych przykładach. Posłużę się zwierzętami. Mam dwa psy i kota. A właściwie dwie suki i kotkę. Pusię, Dolusię i Józię. Pusia z Dolusią to suki. Józia to kotka syjamska. Jedyne rasowe zwierzę w moim domu. Piękna i dumna. Na specjalnych prawach. Pusia z Dolusią też są na specjalnych prawach. Stworzonych specjalnie dla nich.

Reklama

Ale po kolei. Każde z moich zwierząt ma swoją miskę. Psy i kot jedzą co innego. Psy chętnie jadłyby kocie żarcie. Dlatego miska kota znajduje się wyżej. Tam, gdzie pies nie sięgnie. Psie miski są bezpieczne na podłodze, Józia bowiem nie tyka psiego żarcia. Józia ma swoją kuwetę, za to psy trzy razy dziennie wychodzą na spacer. Czasem Józia koniecznie chce iść z nimi. Odchodzi kilka kroków od domu i wraca w popłochu. Psy mają swoje koszyki, Józia śpi w różnych miejscach. Najchętniej na antresoli, gdzie wchodzi się po drabinie. Żaden pies tam nie wejdzie.

Ale po co to Państwu opowiadam? Przecież Państwo wiedzą, że psy i koty różnią się od siebie. Że mają nieco inne potrzeby. No właśnie. Dlatego też traktuję je nieco inaczej. A mimo to jestem przekonana, że w moim domu panuje psio-kocie równouprawnienie. Czy gdyby wszystkie miski stały na jednym poziomie, zwierzęta miałyby równe prawa? Skąd! Właśnie wtedy by ich nie miały. Gdyby miski stały na podłodze, Józia szybko zdechłaby z głodu. Gdyby stały na jej stoliku, psy nie miałyby szans na przeżycie. Bo równouprawnienie psów i kotów nie oznacza, że są traktowane identycznie, ale że ich potrzeby są jednakowo ważne.

W moim domu jestem władcą absolutnym. A właściwie władczynią. Co by było, gdybym podała się do dymisji? Wyobraźmy sobie, że w wigilijną noc moje zwierzęta zaczynają mówić i ustalają nowe prawa. Większością głosów. Demokratycznie. W najlepszej wierze decydują, że odtąd zapanuje równość. Trzy razy dziennie wszystkie będą chodzić na spacery, a miski będą stały na podłodze. Józia kiepsko by na tym wyszła. Do czego zmierzam? Do tego, że jedna płeć nie może decydować za drugą. Nawet w dobrej wierze. Nawet w przekonaniu, że wiemy, co komu służy.

Zgodnie z powszechnym wyobrażeniem Józia powinna lubić ryby. Ale nie lubi. W życiu nie wzięła ryby do ust. Gdybym jako władczyni absolutna nie uwzględniała rzeczywistych preferencji Józi, lecz kierowała się powszechnym wyobrażeniem na temat kotów, Józia miałaby ciężkie życie. To Józia wie najlepiej co jej służy i żadne wyobrażenia o naturalnych potrzebach kota tego nie zmienią.

Równouprawnienie to wcale nie są identyczne prawa, lecz takie same szanse na dobre życie. Na zaspokajanie swoich potrzeb. Na rozwój. Na decydowanie o sobie. Nie chodzi o to, żeby kobiety pracowały w kopalniach i dźwigały ciężary ponad siły, co Państwo często podnoszą jako argument przeciw równouprawnieniu. Chodzi o to, by miały takie same szanse na rynku pracy, choć rodzą dzieci. Żeby ich praca w domu była doceniana. Walka o równouprawnienie nie oznacza wrogości wobec mężczyzn. Nie oznacza nawet tego, żeby równo dzielić obowiązki domowe. Jeśli kobieta zajmuje się domem i dziećmi, a mąż zarabia na rodzinę i wszyscy są szczęśliwi, to cudownie. Ale co będzie, gdy po kilkunastu latach mąż opuści rodzinę? Albo będzie pił i bił żonę? Albo przestanie dawać jej pieniądze?

Chodzi o to, żebyśmy wszyscy mieli jednakowe szanse na przeżycie. I matki samotne, i żony pracujące w domu. I o to, by kobiety, które pracują zawodowo, nie musiały dokonywać karkołomnych sztuk, by łączyć pracę z macierzyństwem. By państwo stanowiło prawa, które realnie im to ułatwiają, a nie poprzestawało na becikowym. By prawo uwzględniało potrzeby zarówno tych kobiet, które chcą realizować się w domu, jak i tych kobiet, które chcą robić karierę. Bo nie wszystkie kobiety lubią ryby, ale wszystkie powinny mieć prawo do stanowienia o sobie.

W moim domu panuje równouprawnienie. Nikt nie śmieje się z psów, że nie umieją wejść na antresolę, nikt nie drwi z kota, że nie umie wyjść na spacer. Nikt nie mówi, że szczekanie jest ważniejsze od mruczenia. Jako ustawodawca domowy, wczuwam się w potrzeby moich zwierząt i staram się je zaspokajać. W demokratycznym kraju nie musimy oczekiwać, by ktoś wsłuchał się w nasze potrzeby. Możemy same je artykułować. Nie chodzi o to, by odebrać władzę mężczyznom, ale o to, by głos kobiet był tak samo ważny. Właśnie dlatego, że jesteśmy inne. Ale równie ważne. I warto, żeby świat przyjął to w końcu do wiadomości.

Hanna Samson

Dowiedz się więcej na temat: równouprawnienie | PSY (Park Jae-Sang)

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje