Reklama

Reklama

Kobieta w kuźni

Joanna Szybist to projektantka, która, kultywując tradycje rodzinne, zajmuje się metaloplastyką.

Wykonywanym przez swojego ojca, kowala Wincentego Trąbkę, projektom, które charakteryzują się dużą, wręcz jubilerską precyzją, nadaje cechy kobiecej wrażliwości, stosuje nietypowe rozwiązania i ciekawe elementy zdobnicze. Nam zgodziła się opowiedzieć o swojej pracy i wyjaśnić, dlaczego wybrała taki zawód.

Reklama

Jak to się stało, że zajęła się Pani metaloplastyką? To dość niecodzienne zajęcie dla kobiety?
No właśnie, przeważnie takie pytanie mi zadają ludzie (śmiech). Także klienci, którzy po raz pierwszy mnie spotykają, pytają mnie, dlaczego się tym zajęłam. Odpowiadam zawsze, że to tradycje rodzinne. Mój tato robi takie rzeczy. Zajmuje się głównie precyzyjnym kowalstwem, wykonuje pojedyncze egzemplarze na szczególne zamówienia. Specjalizuje się też w renowacjach starych, często zabytkowych elementów. Jedną z ciekawszych prac naszego warsztatu była renowacja drzwi ze skarbca na Wawelu, które teraz znajdują się w Pieskowej Skale. Zamek, nad którym pracował wtedy tato, miał aż dwanaście rygli! Przy takiej pracy trzeba posługiwać się starymi metodami kowalskimi, wykonywać je tak, jak robiło się to w przeszłości. To szalenie ciekawe i fascynujące, takie cofanie się w czasie. Tato naprawdę kocha swój zawód, kolekcjonuje nawet zabytkowe przedmioty związane z kowalstwem: stare zamki, wędzidła, wiertarki ręczne...

Zawód więc przechodzi w Państwa rodzinie z pokolenia na pokolenie?
Przyglądałam się pracy i pasji taty od wczesnego dzieciństwa, ale tak naprawdę wcale nie miałam zamiaru pójść w jego ślady. Kowalstwo nie było moim marzeniem. Nawet bardziej mi się podobał materiał taki jak drewno, takie "milsze" tworzywa. Zresztą zajęłam się tym piętnaście lat temu, więc wtedy były inne trendy w modzie wnętrzarskiej; więcej było drewna. Metal dopiero się pojawiał jako element wystroju wnętrz i ludzie nie byli jeszcze przekonani do tego, żeby robić z niego jakieś krzesełka czy inne przedmioty przeznaczone do pomieszczeń. W końcu jednak przekonali się do tego materiału i ja sama w miarę upływu czasu polubiłam go. No więc, wracając do pytania, zajęłam się tym trochę dlatego, że tato się tym zajmuje, natomiast sama się też przekonałam do metalu.

Tylko tradycje rodzinne zaważyły na Pani decyzji wyboru zawodu? Przecież gdyby Pani chciała, mogłaby Pani iść zupełnie inną, swoją drogą.
To, że miałam w pobliżu warsztat i patrzyłam, jak to się wszystko robi, na pewno w dużej mierze zaważyło na mojej decyzji. Nie marzyłam o tym od dzieciństwa. Nie będę opowiadać, że jadąc w wózeczku na spacer słyszałam łomot młotów... (śmiech). Zresztą to jest dosyć męski zawód, ale myślę, że właśnie dlatego, jako kobieta, wprowadzam do niego inne, nowe elementy. Mój tato robi rzeczy w trochę innym charakterze, a ja w innym. Ja działam raczej we wnętrzach, a on na zewnątrz. Chociaż na początku podobały mi się bardziej przedmioty w stylu rustykalnym, kute, natomiast teraz coraz bardziej wchodzę w klimaty industrialne. Inspirują mnie szyny, śruby, koła zamachowe... Takie rzeczy bardziej techniczne. We mnie samej to wszystko tak ewoluuje. Nie marzyłam o tym, żeby się tym zająć, natomiast teraz nie wyobrażam sobie, że mogłabym robić coś innego.

A mogę zadać niedyskretne pytanie, jaki był Pani wymarzony od dzieciństwa zawód?
Wiadomo, w dzieciństwie to się tak marzy, żeby zostać weterynarzem czy modelką. Na pewno nie marzyłam o tym, żeby zostać kowalem! (śmiech). Natomiast gdy już wiedziałam, co potrafię robić, że mam zdolności plastyczne, chciałam zostać sławną malarką (śmiech).

Żałuje Pani, że życie potoczyło się inaczej?
Udało mi się przez jakiś czas robić ilustracje do książek dla dzieci. Bardzo mi się to zawsze podobało. To jest fajne zajęcie dla kobiety: siedzieć sobie w domu i wykonywać ilustracje. Wciąż je robię od czasu do czasu. To moja odskocznia od ciężkiego metalu. To zupełnie inny świat. Może to było moim marzeniem, ale teraz, gdybym się zajęła tylko tym, bardzo by mi brakowało metalu. Jest to powiązane także z tym, że lubię działać we wnętrzach.

Zajmuje się Pani głównie projektowaniem, czy zdarza się też Pani chwytać za młot i samej coś wykuwać, wykonywać jakieś elementy?
Tak, głównie projektuję. Czasami, jak przyjeżdżam na budowę z gotową barierą, to ludzie patrzą na mnie dziwnie i niektórzy mnie pytają, czy przypadkiem sama tego nie zrobiłam (śmiech). Wiadomo, nie robię takich rzeczy, bo dla kobiety jest to zbyt ciężka praca, która wymaga dużej siły, żeby uderzać młotem. Nadzoruję natomiast wykonanie moich projektów. Moja praca polega na tym, że spotykam się z klientem i rysujemy jakiś projekt, a potem ja to realizuję w warsztacie. Niemal za każdym razem dany przedmiot jest prototypem, sporadycznie zdarza się, że robię coś po raz drugi. Muszę więc nadzorować wykonanie tego w warsztacie. Muszę się zajmować nie tylko estetyczną częścią projektu, ale także stroną techniczną - jak to będzie zamontowane. Natomiast własnoręcznie tego nie robię. Czasami wykonuję tylko jakieś drobne przedmioty, na przykład konstrukcje gięte z miedzi sama waliłam młotkiem. Żeby taki przedmiot powstał, potrzebny jest kowal, spawacz, ślusarz...

Powiedziała Pani, że te projekty to przede wszystkim przedmioty prototypowe, możemy zatem chyba powiedzieć, że są to małe dzieła sztuki użytkowej?
No, może nie przesadzajmy z dziełami sztuki (śmiech). Jeżeli chcielibyśmy zdefiniować dzieło sztuki, to jest to coś, czego nie robię dla kogoś i pod czyjeś dyktando, tylko jako rzecz samą dla siebie. Kiedy ja wykonuję funkcjonalny przedmiot, kierując się wskazówkami klienta, który podpowiada mi, co on by chciał, to trudno nazwać dziełem sztuki. W projektowaniu musiałabym od początku do końca mieć wolną rękę.

Zdarza się Pani wykonywać też takie projekty? Przy których ma Pani pełną swobodę artystyczną, albo które nie są przedmiotami użytkowymi?
Lampy są fajną rzeczą, bo można przy ich projektowaniu poszaleć i często mam wtedy wolną rękę. W tych formach mogę się trochę "powyżywać". Bo trudno nazwać przecież barierkę dziełem sztuki, chociaż robię też śmieszne balustrady, na przykład z ptaszkami, które są wzięte z moich ilustracji. Można więc powiedzieć, że w tę przestrzeń wpisany jest jakiś obrazek, coś osobiście mojego.

A skąd się biorą Pani pomysły? Czy to jest tak, że klient coś narzuca, czy Pani musi spróbować go poznać, żeby zobaczyć, jaki styl, jakie elementy wnętrza będą do niego pasować?
Na pewno muszę poznać osobę, z którą będę pracowała, bo nie zawsze rzecz, którą robię dla kogoś, mnie samej się podoba. Ale staram się to robić poprawnie. Wiadomo, że każdy ma inny gust i trzeba się do tego dopasować. Natchnienia szukam w otoczeniu: przyglądam się czemuś, coś mi się spodoba, więc przejmuję jakieś elementy... Oglądam też pisma wnętrzarskie, które na mnie wpływają, ale dużo też mam osobistych projektów, których nie można zamknąć w ramki mody, czy okresów stylistycznych. Bardzo wiele rzeczy mnie inspiruje.

Tworzy Pani projekty przedmiotów z metalu. Czy on czasem nie ogranicza inwencji twórczej? Czy zdarza się, że wymyśla Pani jakiś projekt, którego po prostu, z przyczyn technicznych, nie da się zrealizować?
Ten materiał jest bardzo mało ograniczający. Na przykład drewna nie można wyginać bez końca, to jest takie tworzywo, które trudniej poddaje się obróbce. Ponieważ łączę metal z różnymi innymi materiałami, na przykład z tkaniną, szkłem, drewnem, mogę sobie na bardzo wiele pozwolić. Poza tym po tylu latach znam go już na tyle dobrze, że wiem, co da się z niego zrobić. Najtrudniejszym aspektem mojej pracy jest strona techniczna. Jeżeli mam do czynienia z jakąś dużą konstrukcyjnie rzeczą, to zawsze muszę się dobrze zastanowić, jak ją zamontować, żeby to dobrze rozwiązać. To najmniej przyjemny element, ale też można się do tego przyzwyczaić. Bo ja po prostu bardzo lubię to, co robię!

Rozmawiała Magdalena Wróbel

Dowiedz się więcej na temat: tradycje | tato | zawód | rzeczy | śmiech

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje