Reklama

Reklama

Komunikujemy się przez twarz

Portretował między innymi księdza Tischnera i Ryszarda Kapuścińskiego. Mariusz Kałdowski opowiada o swoim malarstwie i niezwykłych ludziach, których spotkał na swojej drodze.

Gabriela Ułanowska: - Pana dziadek był muzykiem, ojciec muzykiem i historykiem. W Chełmnie, w cieniu gotyckich kościołów, przy dźwiękach muzyki organowej, w zabytkowych salach renesansowego ratusza dorastał chłopak, który w liceum założył kabaret, samodzielnie wytapiał ołowiane kule do wykonywanych przez siebie kopii starej broni, w stanie wojennym ostentacyjnie chodził w wojskowym szynelu i właściwie powinien zostać... muzykiem.

Mariusz Kałkowski: - I jeszcze trzeba dodać, że na okrągło słuchałem muzyki klasycznej. Do teraz mam wielkie poczucie niespełnienia, że nie gram na żadnym instrumencie. Ojciec w dzieciństwie uczył mnie grać na pianinie, bardzo się starał, ale poza tym, że do dziś umiem czytać nuty, zagram w wigilię kolędy, to niczego nie udało mi się osiągnąć w tej dziedzinie. Muzyka jednak inspirowała wiele z moich obrazów i tworzę ją na swój sposób na płótnie.

Reklama

A otoczka inności w szkole wyrosła z młodzieńczej fantazji i chęci zaznaczenia, że myśli się niekoniecznie tak samo, jak cała reszta. Ponadto, w tamtych szarych czasach nie trudno było się wyróżnić.

Czy pamięta Pan kiedy podświadome dążenie do sztuki przeobraziło się w świadomą decyzję, aby wziąć do ręki pędzel i stanąć przed zagadkową szarością płótna?

Mariusz Kałkowski: - To nie była kwestia jednego momentu. Od maleńkości, opowiadając różne historie, podpierałem się rysunkami. Potem przyszła fascynacja historią i wojskowością, a to też wymagało rysowania - detali zbroi, koni i wszystkiego, czego wtedy nie można było znaleźć w książkach. W szkole średniej malowałem karykatury, chodziłem na kółko plastyczne. To czas spotkań z ciekawymi ludźmi i narodzin niezwykłych przyjaźni. Jednocześnie rozwijała się moja wrażliwość. Pojawiła się fascynacja literaturą, klasyczną filozofią i sztuką . To wszystko sprawiło, że rysowanie przestało być tylko zabawą. Stawało się powoli sposobem na życie.

Przeglądałam ostatnio Pana pierwsze prace: oleje, rysunki, grafiki. Zaskoczyła mnie ich ciemna, pesymistyczna kolorystyka. Nawet z Pana autoportretu patrzą smutne oczy, a pełne grozy i mroku grafiki wręcz ocierają się o turpizm. Skąd w młodym człowieku tyle bólu i smutku?

Mariusz Kałkowski: - Wiele się na to złożyło. Na pewno czasy, w których dorastałem, klimaty mojego rodzinnego miasta. Ale przede wszystkim chyba literatura i sztuka, która mnie wtedy fascynowała.

Z przyjaciółmi czytaliśmy Kafkę, Bruno Schulza, Witkacego. To mieszało się z podziwem dla Wyspiańskiego i Muncha, a historia życia Dagny Przybyszewskiej wydawała się taka niezwykła. To takie boleści młodej egzystencji. Także nocne dyskusje podczas spacerów na stary cmentarz. Narysowałem nawet naturalnej wielkości swój autoportret w trumnie.

Myślę, że wielu robiło podobnie i to nie odbiegało od normy. Gdy teraz widzę mojego syna, który jeszcze rok temu interesował się ruchem młodzieżowym zwanym Gothic, to odnajduję w nim siebie sprzed lat. Najistotniejsze jest jednak to, że wychowywaliśmy się w smutnych czasach. Sztuka polska, którą się otaczaliśmy: Matejko, Grottger, Malczewski, Linke przepełniona jest martyrologią i smutną narodową historią. Akurat w tej kwestii do dziś niewiele się zmieniło - polska sztuka jest ciągle martyrologiczna w sensie narodowym, ale i czysto ludzkim, nie potrafi się pięknie cieszyć. Najlepiej ilustruje to popularność twórczości Beksińskiego.

W tych pierwszych teczkach jest również mnóstwo świetnych rysunków. To oczywiste - tak przyszły artysta kształtuje swój warsztat. Ale jeszcze przed studiami pojawiły się piękne , lekkie rysunki piórkiem - portrety i pejzaże. Niezwykłe twarze rysowane pointystycznie i skomponowane z łąką lub ogrodem. Skąd pomysł na taką technikę i kompozycję jeszcze przed rozpoczęciem edukacji artystycznej?

Mariusz Kałkowski: - Widzę, że dokładnie przejrzała Pani moje stare teczki. Rzeczywiście pojawiają się w nich fajne rysunki. Oglądałem coraz więcej albumów ze sztuką. W małym prowincjonalnym Chełmnie kontakt ze sztuką światową miałem tylko dzięki książkom i albumom. Pamiętam, jakim przeżyciem było dla mnie spotkanie z dziełami impresjonistów, oczywiście w radzieckim albumie. Poza tym na piękno przyrody uwrażliwił mnie ojciec. A na piękno natury w ogóle - oczywiście kobiety, wtedy jeszcze dziewczyny, które nagle zacząłem zauważać.

Byłem pracoholikiem, zostało mi to do teraz. Wszystko co było godne uwagi nanosiłem na papier lub płótno. Połykałem książki o sztuce. Dużo kopiowałem wielkich mistrzów. Rysowałem, malowałem na okrągło i eksperymentowałem z różnymi technikami. Myślę, że od tamtych czasów tkwiła we mnie podświadoma potrzeba ukazywania piękna jasnego i pełnego ciepła, która nieśmiało próbowała przebić się przez to, jak wtedy pojmowałem sztukę. Uważałem, że ta prawdziwa powinna być poważna i mroczna. To, co tworzę teraz jest właśnie takie jasne i pozytywne. To kwintesencja piękna przeze mnie odczuwanego.

I w końcu decyzja o podjęciu studiów na ASP. Pana przyjaciel ze szkolnej ławki, również artysta malarz, wybrał Toruń. Pan postanowił studiować w Krakowie. Decyzja odważna i chyba bezkompromisowa.

Mariusz Kałkowski: - Przyjaciel mojego ojca i "przyszywany" wujek, słynny wirtuoz organów - Joachim Grubich przekonywał mnie, żebym zdawał do Krakowa. Tłumaczył, że jak już spadać to z wysokiego konia. Pewnego dnia, jeszcze przed maturą wrzucił moją teczkę do samochodu, obok siebie posadził przerażonego kandydata na artystę i pojechaliśmy do Krakowa. Złożyłem papiery na ASP. To dzięki niemu tam się znalazłem. Czy to było bezkompromisowa decyzja? Nie wiem, gdyż byłem tak przestraszony, że kiedy zdałem te egzaminy i w końcu otrzymałem dyplom, ciągle myślałem o tym, jak o pomyłce. Ja z takiej prowincji - to mógł być tylko przypadek. Tak sobie w głowę wbiłem wielkość krakowskiej akademii.

Prestiżowa ASP, Kraków - miasto wielkich malarzy, miasto Kantora i Piwnicy Pod Baranami. Czy studia ukształtowały Pana jako artystę i pozwoliły dojrzeć emocjonalnie i intelektualnie?

Mariusz Kałkowski: - Okres studiów to czas kiedy musiałem przewartościować mój cały system myślenia o posłannictwie sztuki i nauczyć się profesjonalizmu. Moje przekonanie o wyjątkowości i misji sztuki zderzyło się z codziennością szkoły. Uczyłem się warsztatu, nie było już rozmów o tym najistotniejszym przesłaniu, które tkwi w każdym wysiłku twórczym. Wtedy myślałem, że nikogo to nie obchodzi, nie mówiło się o tym. Było to takie dziwne rozdwojenie. Rozmowy z profesorami o niczym albo o technicznych zagadnieniach. Pustka. Ale potem stawałem na wystawach przed obrazami tych samych profesorów i tam odnajdowałem to, czego szukałem. Przeczuwałem, że proces twórczy to nie tylko technika, kompozycja i małpia umiejętność oddawania rzeczywistości.

To, czego szukałem znalazłem na spotkaniach z ludźmi teatru. Przede wszystkim z Inką Dowalasz. Dla niej technika była oczywistością, którą trzeba mieć i umiejętnie wykorzystywać. Ale najistotniejsze dla naszego artystycznego rozwoju jest to, co kryje się pod tą techniką. To, czym dzieło emanuje i jak oddziałuje na ludzi. Sztuka jest nośnikiem emocji, kluczem do ludzkich serc...

Po dyplomie zamieszkał Pan w Krakowie i rozpoczął trudną tzw. artystyczną karierę. Pobyt w tym mieście umożliwił Panu poznanie wielu wspaniałych ludzi, między innymi księdza Józefa Tischnera. Portretował go Pan wielokrotnie.

Mariusz Kałkowski: - Księdza Profesora poznałem właśnie przez Inkę. Było to u niej w domu. Inka powiedziała , że jestem malarzem, a ja chwyciłem szkicownik i zrobiłem dwa rysunki. Chyba się spodobały Księdzu, bo pojawiła się propozycja namalowania portretu. Na drugie, już umówione spotkanie przyniosłem trzy lub cztery kartony z olejnymi portretami i szkice piórkiem. Profesor zabrał je wszystkie. Nie wiem co się z nimi stało, może trafiły do Łopusznej.

W sumie namalowałem kilka jego portretów, te pierwsze u Inki, a potem już u mnie w domu, do którego Profesor zachodził na herbatkę i ulubioną szarlotkę.

Jeden z tych portretów należy do cyklu "Velis Passis" złożonego z 30 portretów wybitnych Polaków: Pendereckiego, Lutosławskiego, Zanussiego, Kapuścińskiego... Poprosił Pan o pozowanie ludzi niezwykłych, którzy wywarli wpływ na rozwój Pana osobowości. Jak pisze Inka Dowlasz "założenia tego cyklu sięgają w głąb psychicznych przeobrażeń artysty, który postanowił zmierzyć się z własnymi ograniczeniami w sensie rzemieślniczym i psychologicznym". Jak i dlaczego narodziła się idea namalowania portretów tych, którzy "rozpostarli skrzydła"?

Mariusz Kałkowski: - Portret zawsze był dla mnie najważniejszym nośnikiem emocji i filozofii. To taki kondensat ogromu osobowości na małym kawałku płótna. Komunikujemy się przecież głównie poprzez twarz, szczególnie oczy. I te elementy stały się dla mnie najważniejszym przekaźnikiem , mówiąc górnolotnie, prawdy o ludzkiej egzystencji. Tworząc portret konkretnej osoby muszę sprowadzić to na ziemię, do realiów.

Aktor gra całym ciałem, ale gdy reżyser chce pokazać coś wyjątkowego to kamera robi najazd na samą twarz. To samo robimy na co dzień. Podczas rozmowy o pogodzie rozglądamy się dookoła siebie, rozmawiając o istotnych sprawach wpatrujemy się w oczy i twarz rozmówcy. Chciałem, aby moje portrety były właśnie takie.

Jeszcze na uczelni malując znudzone twarze modelek wiedziałem, że to nie o to chodzi. Pragnąłem malować ludzi wyjątkowych, wyjątkowych wewnętrzną siłą i osobowością. I tak kilka lat po studiach w gronie moich znajomych poznałem parę osób, których działania wywarły znaczny wpływ na rozwój mojej osobowości. Byłem wtedy na początku drogi określania siebie, swojej twórczości. Szukałem odpowiedzi na pytanie jak to jest potem, kiedy już się wie czego chcemy w życiu. I na pytania najistotniejsze: skąd przychodzimy, dokąd idziemy, kim jesteśmy?.

Malując pierwsze portrety tych wielkich ludzi, nie myślałem o wystawie, ale podczas rozmów z Inką powoli kształtował się pomysł całego cyklu. Wtedy przestałem traktować te obrazy jako oddzielne byty i zacząłem tworzyć całość, która miała stać się dla mnie czymś niezwykle ważnym. Nie mogliśmy znaleźć tytułu. W końcu pojawiło się Velis Passis - to Inka gdzieś wyszukała takie łacińskie sformułowanie. Bardzo mi się spodobało, gdyż oddawało to, co ja chciałem przekazać. Wtedy zacząłem proponować spotkania i pozowanie tym ludziom, którzy z powodu swoich osiągnięć byli dla mnie autorytetami, a ja zawsze chciałem się z nimi spotkać twarzą w twarz.

Ryszard Kapuściński we wstępie do katalogu wystawy "Velis Passis" w krakowskim Pałacu Sztuki podkreśla "jedność kolorystyczną obrazów, doskonale uchwyconą równowagę, harmonię i współbrzmienie barw". Dopatruje się wpływu impresjonizmu, ale wzbogaconego o ruch, oddający pośpiech i olbrzymie tempo życia współczesnego człowieka. Kaja Danczowska po obejrzeniu swojego portretu podziękowała za to, że "mogła sobie pierwszy raz spojrzeć prosto w oczy". A czym dziś, po tylu latach jest "Velis Passis"?

Mariusz Kałkowski: - Kiedy rok temu pokazywaliśmy ponownie tę wystawę, Leszek Długosz - jeden z portretowanych - powiedział, że dopiero teraz zrozumiał te portrety i w pełni może się nimi zachwycić. Potrzebował na to aż jedenastu lat dystansu...

Na poziomie faktów jest to kolekcja portretów ważnych dla Polski ludzi z okresu transformacji w drugiej połowie XX wieku. Niektórzy już niestety odeszli na zawsze, więc ten historyczny aspekt cyklu ma coraz większe znaczenie.

A dla mnie? Najważniejsze było to, że spotkałem niezwykłych ludzi - autorytety mojego dojrzewania i mogłem z nimi spędzić trochę czasu, mogłem bezkarnie przyglądać się ich oczom i temu, co w nich było. To były wspaniałe chwile. Czy dzięki temu odnalazłem odpowiedzi na dręczące mnie pytania? Teraz po latach wiem, że nie ma jednoznacznych odpowiedzi. Ponadto wykrystalizowała się wtedy moja indywidualna technika malowania portretu. Zygmunt Korus z galerii w Chorzowie nazwał ją oksymoroniczną. Jerzy Prokopiuk w tych obrazach dopatrzył się "pejzaży duszy", bo to są twarze w dużym powiększeniu, malowane dynamicznie, dużym pędzlem, odważne kolorystycznie i zbliżone do ekspresjonistycznego pejzażu.

Pamiętam jak skończyliśmy wieszać te portrety na pierwszy pokaz wystawy w Pałacu Sztuki w Krakowie. Kiedy wszystko było już uprzątnięte przeszedłem się samotnie po salach i wtedy pojawiła się natarczywa myśl - humanizm - zdefiniowany przeze mnie jako człowieczeństwo o trzydziestu twarzach. Dostrzegł to również Ryszard Kapuściński,który napisał: "jest jeszcze jedna cecha malarstwa Kałdowskiego, jakże ważna, której wartość trudno określić w zbyt fomalistycznym języku współczesnej krytyki artystycznej - to humanizm".

Gabriela Ułanowska

Morele

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje