Moja nowa filozofia

Ale pierwsze lata w Anglii to - jak Basia przyznaje - najtrudniejszy okres w jej życiu. - Odwiedziła mnie kiedyś mama i załamała ręce. Mieszkaliśmy z Johnem w fatalnych warunkach. Oboje byliśmy na zasiłku dla bezrobotnych. Dorabiałam, nagrywając za grosze piosenki amatorów w podrzędnych studiach. Przez kilka lat nie kupiłam sobie niczego nowego. Wszystkie ubrania miałam z second-handów. Czy cierpiałam z tego powodu? Daj spokój! - Basia zdecydowanym ruchem odgarnia grzywkę. - Przecież jestem harcerką!

Reklama

If not now, then when? (jeśli nie teraz, to kiedy?)

Momentem przełomowym w życiu Basi Trzetrzelewskiej było spotkanie z Dannym White´em, pianistą i założycielem formacji Matt Bianco.

- Znalazłam w gazecie ogłoszenie: "Zespół szuka wokalistki". Problem polegał na tym, że nie miałam wtedy żadnego porządnego nagrania, żeby im pokazać, jak śpiewam. A szef tamtej formacji, gdy o tym się dowiedział, nie chciał się ze mną spotkać - wspomina. Basia poszła więc do studia i nagrała piosenkę, "bardzo ambitną" - jak pamięta - z repertuaru Chaki Khan.

Szczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że inżynierem dźwięku w tym studio był członek zespołu Danny´ego. I to on właśnie przekonał szefa, żeby Polka zaczęła z nimi śpiewać.

- Basia do dziś mi to wypomina - śmieje się Danny White, gdy pytam go o początek przyjaźni z polską piosenkarką. - Nie byłem pewny, czy ona pasuje do naszego zespołu. Tak bardzo różniła się od naszej poprzedniej wokalistki. Ale wkrótce zakochałem się w jej głosie.

Prawdę mówiąc, nie tylko w głosie... - Swoją pierwszą piosenkę "Time & Tide" napisałam o naszej niespełnionej miłości. Oboje byliśmy wtedy w innych związkach. Zabawne, że w Ameryce ta piosenka robi furorę na ślubach. Czy nikt nie wsłuchuje się w teksty? - pyta Basia.

Gdy płyta "Time & Tide" pojawiła się w sklepach, Basia i Danny byli już parą. Ale na sukces zawodowy trzeba było jeszcze poczekać.

- W Anglii nasz album zaklasyfikowano jako "muzykę niekomercyjną", co było równoznaczne z wyrokiem śmierci. Na szczęście tym "niekomercyjnym" brzmieniem zachwycili się Francuzi. Potem ktoś zawiózł naszą płytę do USA i tam znalazła się w kategorii "współczesna muzyka jazzowa". A akurat taki kierunek zaczynał być w modzie. Nasze piosenki nadawały małe, prężne stacje radiowe. Po roku od premiery płyty i sukcesach zagranicznych dostrzeżono nas w Anglii. Zaczęliśmy robić karierę.

Winners (Zwycięzcy)

Koniec lat 80. i początek 90. to czas wytężonej pracy. Trzy płyty, niezliczona liczba koncertów na kilku kontynentach. Oddani fani nie tylko w Europie i Ameryce, ale nawet w Japonii. - Na pewno mogłabym osiągnąć jeszcze więcej, gdybym czuła głód sławy - przyznaje piosenkarka. - Ale moje piosenki rodzą się w bólach, są rodzajem autoterapii. Niech cię nie zwodzą wesołe, skoczne melodie. Wsłuchaj się w treść.

Najgorsze jest to, że nigdy nie miałam dobrego zdania o własnej muzykalności i talencie literackim. Chyba zbyt wysoko zawiesiłam sobie poprzeczkę: muzycznie moim idolem był Stevie Wonder. Kochałam teksty piosenek Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego z Kabaretu Starszych Panów. Takie wzorce deprymują. Na szczęście był Danny, który stał się aniołem stróżem mojej kariery. Codziennie przypominał mi, że mam pisać. Wierzył w mój talent i dodawał mi otuchy, mobilizował do pracy. Podrzucał mi świetne podkłady muzyczne, do których piosenki same się układały.

Dowiedz się więcej na temat: teksty | szczęście | ojciec | Jaworzno | rzeczy | piosenkarka | filozofia | piosenki

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje