Okrucieństwa miłości

Czy miłość jest niebezpieczna - zastanawiają się Katarzyna Miller i Ewa Konarowska, autorki książki "Chcę być kochana tak jak chcę".

Ewa Konarowska: Kasiu, dlaczego tak się dzieje, że kobieta, która otwiera przed ukochanym mężczyzną serce, która daje mu naprawdę dużo i same piękne rzeczy, jest postrzegana jako słaba?

Reklama

Katarzyna Miller: Często też przez tego ukochanego.

E: Wydaje mi się, że generalnie osoby, które dają, kochają i są przyjazne, uważa się za słabe. W każdym razie za słabsze od tych, którzy dbają wyłącznie o siebie.

K: Jest bardzo ważne, by taka osoba umiała stawiać granice. Bo jeśli ich nie wyznaczy, to rzeczywiście będziemy mieć do czynienia ze słabością.

E: Łatwo można z niej uczynić ofiarę.

K: Na przykład wtedy gdy daje, a nigdy nie pyta, co w zamian. Oczywiście pojawia się chór głosów, które słyszymy od początku naszego życia: dawanie, tylko dawanie jest święte, dobre i wspaniałe.

E: Bo w naszym obiegowym idealistycznym pojęciu miłość polega na dawaniu i nieoczekiwaniu niczego.

K: To jest pułapka. Po pierwsze, ci, którzy dostają, dostają i dostają, przestają to szanować, zaczynają te dary lekceważyć, a jednocześnie roszczą sobie prawo do tego, by dostawać coraz więcej. I dlatego ten, kto daje, zaczyna wychodzić na tym jak Zabłocki na mydle. Natomiast ktoś, kto umie kochać - także siebie - chce dawać ze szczęścia, z radości, z zachwytu. Chce się tym dzielić, chce, żeby ukochany poczuł, że dostał dar najwyższej próby, że został zaproszony do czegoś cudownego, ale ceni też to, co daje, i jeśli poczuje, że jest to marnowane - wycofa dary, nie będzie nimi szastał.

E: Gdy obdarzasz kogoś miłością albo przyjaźnią, za każdym razem jest to coś ogromnie cennego. Jeśli drugi człowiek nie chce tego zobaczyć ani przyjąć, to znaczy, że w gruncie zwraca się przeciwko sobie.

K: Przeciwko sobie, przeciwko tej wartości, przeciwko tej osobie. W sytuacji nieprzyjmowania ważna jest reakcja dającego. Bo są możliwe różne reakcje. To zależy od dojrzałości, od wieku, od okoliczności życia. Ale na pewno ten, kto daje, czuje żal, smutek, rozczarowanie, wycofanie. Rzadko kto potrafi dać, a później nie odczuć żalu, jeśli nie zostanie to przyjęte.

E: Trzeba chyba być bardzo wysoko rozwiniętym...

K: Ale czy rzeczywiście trzeba? Bo przecież intencja jest taka, byśmy się w czymś połączyli. Jeżeli się nie połączymy, to nie powstaje ta trzecia jakość.

E: Chodzi o to, żebyśmy się połączyli w bliskości, w serdeczności, we wzajemnym zrozumieniu. Ale mimo że są to wartości ważne dla wszystkich, zdarza się, że ktoś mówi: "Ja wcale nie chcę twojej miłości, troski, uwagi! Po co mi to?" Takie odrzucenie to dla dającego prawdziwy policzek.

K: Jeżeli mówi: "Nie chcę tego", to przynajmniej jasno stawia sprawę. Ale jeśli niby bierze, a faktycznie nie bierze, wtedy marnotrawi.

E: Wiesz, co mi się wydaje ciekawe? To, że na ogół takim nietrafionym adresatem jest ktoś, kto wysyła sygnały, że potrzebuje ciepła, miłości, troski. Czyli wydawało by się, że chce je dostać. A potem niespodziewanie okazuje się, że albo oszukiwał, albo ja uległam halucynacji.

K: Tak. Zastanawiam się, czy niuans polega na tym, że ten pierwszy za dużo dał, czy raczej chodzi o to, że kiedy już dostałeś, przestajesz tak bardzo pragnąć, już wiesz, że możesz to mieć...

E: ...i przez sam fakt dostępności ta miłość od razu traci wartość. Staje się oczywista.

K: Można się nawet zmartwić: "Co ja mam z tym zrobić?".

E: Czy rzeczywiście można być nieprzygotowanym na miłość?

K: De Mello napisał: "O czym ludzie najbardziej marzą? O miłości. Czego się boją najbardziej? Miłości".

E: Przychodzi miłość i trzeba w te pędy zjeżdżać...

K: ...do pracy, do obowiązków, do spraw, które już były tak męczące, takie nieprzyjemne...

E: ...a teraz w obliczu zagrożenia miłością nagle stają się tak ważne.

K: Bo są znane, bezpieczne. Miłość wysokiej próby jest rzadkim towarem.

E: Pamiętam, jak jeden z mężczyzn, z którym było coś o miłości, powiedział mi, że on nie chce być dla nikogo aż tak ważny. Co by dla niego miało z tego wynikać? Może by coś musiał? Od razu poczuł na sobie jakiś ciężar. A jemu nie o to chodzi...

K: Mnie pewien mężczyzna, którego chciałam kochać właśnie w taki sposób, powiedział: "Nigdy tego nie zapomnę. Obdarowany zostałem największą i najpiękniejszą rzeczą..." A ja ze zdumieniem usłyszałam, że właśnie się żegnamy.

E: Wziął. Jak prezencik.

K: Owinął w bibułkę, napisał: "od Kasi", i odłożył na półkę. Będzie zaglądał czasem, może wnukom pokaże, a ja już nie jestem do niczego potrzebna: pani już dziękujemy.

E: To niesłychane. Wydaje się zupełnie nieprawdopodobne.

K: A jednak. Zostałem przez kogoś pokochany, on mi to ofiarował, już mam. Ale robić coś z tym, żyć z tym? Jak? Kim trzeba być? Jakim człowiekiem...

E: ...żeby na to zasłużyć. Ma to dużo wspólnego z poczuciem ważności. Takiej własnej ważności, dla siebie. Znałam mężczyzn, którzy - w gruncie rzeczy - tak źle o sobie myśleli, że gdy spotykali kobietę, która była w stanie się w nich zakochać, to już w tym momencie mieli ją za nic, bo "kto się może zakochać w takim chłystku jak ja?"

K: "Jak mnie takiego ktoś mógł pokochać? Jeśli to zrobił, to znaczy, że z nim coś jest nie w porządku." Takie myślenie skazuje nas na nieustanne rozczarowania i rany. Człowiek, który nie kocha sam siebie - bo nie był w dzieciństwie dokochany na tyle, żeby móc dalej siebie kochać - z jednej strony o niczym tak nie marzy jak o tym, by być pokochanym, ale niech no tylko to dostanie... Biedna będzie ta osoba, która go pokocha i zapragnie wzajemności.

E: No właśnie. Zmarnuje to, a jeszcze tego, kto go kocha, wdepcze w ziemię.

K: Z kolei wdeptany może ulec pokusie myślenia o sobie: "Skoro on mnie nie chce, to znaczy, że jestem nie taka (taki) jak trzeba". I to jest najgorsze. Jest szkodliwym zwróceniem się przeciwko sobie. Człowiek taki ma jeszcze do wyboru trudniejszą drogę: wylizać się z ran, bo to musi koniecznie zrobić, i poczekać, co będzie dalej. Może ktoś kiedyś uniesie ciężar jego miłości.

E: To wydaje się najbardziej ludzka droga.

K: Te wszystkie drogi są ludzkie. Nie całkiem rezygnujemy z miłości, tylko po trochu: "Już nigdy nikogo tak nie pokocham. Już nie oddam siebie w takim stopniu, bo to się kończy tragicznie".

E: Czy miłość jest niebezpieczna? Właściwie miłość może służyć do manipulowania ludźmi, okradania ich z energii, majątku, z godności, z sił życiowych.

K: Nawet tak pełna optymizmu i pogody ducha osoba jak ja musi przyznać: czasem - ale tylko czasem - bywa tak, że się nijak nie udaje.

E: Nie jest to bardzo optymistyczne zakończenie. Ale prawdziwe.

Fragment książki "Chcę być kochana tak jak chcę"

Dowiedz się więcej na temat: książki | kochać | miłość

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje