Reklama

Reklama

Spadłam z nieba. I przeżyłam...

"Myślałam, że spadanie wygląda tak, jak na kreskówkach - lecisz tyłkiem w dół. A tu nie czuć nawet przeciążenia" - opowiada nasza reporterka, która zdecydowała się na skok ze spadochronem. A wszystko w szczytnym celu - by sprawdzić, czy rzeczywiście taki skok jest lepszy od seksu.

Godzina 16:46 - wysiadam z samochodu i widzę ogromny hangar, koło którego stoi niewielki samolot. Myślę sobie - "fajny, oldskulowy zabytek". Błąd, to żaden zabytek, tylko maszyna AN-2, o numerze rejestracyjnym SP-AML, potocznie zwana "Antkiem", która za 20 minut ma mnie porwać w przestworza, na wysokość 3000 metrów. To tam rozegra się cała akcja, czyli mój tandemowy skok ze spadochronem.

Zanim to nastąpi, proszą mnie o podpisanie dokumentu, że to z własnej i nieprzymuszonej woli, że w pełni świadoma itd...

Mało efektowne wdzianko

Następnie witam się z dyrektorem Sekcji Spadochronowej w Krośnie, Grzegorzem Zajchowskim. Poznaję instruktora, Piotra Przybyła, zwanego Komarem, do którego będę podpięta, i razem z którym będę spadać, oraz Pawła Panasia, doświadczonego skoczka i operatora kamery, którego zadaniem będzie sfilmowanie całego zdarzenia. I tak oto pierwszy etap mam już za sobą.

Reklama

Etap drugi zapowiada się równie lekko. Komar podaje mi kombinezon. "Ale to przecież nie mój rozmiar. Nie macie czegoś w rozmiarze XS?" - dopytuję. Towarzysze mojej spadochronowej przygody patrzą na mnie jakoś tak dziwnie...

Ok, ok. Milcząco i pokornie wkładam mało efektowne wdzianko. Wolę nie podskakiwać, bo przecież za chwilę moje życie znajdzie się w ich rękach.

Jeszcze uprząż. Jedna noga do jednej dziurki, druga do drugiej. Komar i Paweł dzielnie walczą z pasami, aby dostosować je do moich miniaturowych gabarytów. Zrobione.

Kilka cennych uwag

Teraz krótki instruktaż. Nie zadaję zbyt wielu pytań, bo boje się, że jeszcze przypadkiem udzielą mi wyczerpujących odpowiedzi, a w tym wypadku wiedza mogłaby mi bardzo zaszkodzić. Nie po to całą drogę z Krakowa do Krosna powtarzałam sobie, jak mantrę - "chcę skoczyć, chcę, marzę tylko o tym!".

"Przy wyskoku głowę położysz mi romantycznie na prawym ramieniu, ręce na uprzęży, ugniesz kolanka i skaczemy" - instruuje mnie Komar. "Potem nogi wygniesz możliwie najbardziej do tyłu i tak sobie będziemy spadać, aż cię nie klepnę w ramiona. Wtedy puścisz uprząż, rozłożysz ręce do lotu i otworzymy spadochron".

Słyszę jeszcze kilka cennych uwag, co należy zrobić przed lądowaniem. "Łatwe - pozwalam sobie skomentować - jeśli tylko nie pomylę kolejności tych czynności". Ale w drodze do samolotu, być może na widok tego, mimo wszystko muzealnego eksponatu, zaczynam czuć lekkie zdenerwowanie...

Niezła zabawa, nie ma co...

Jeśli waży się 45 kilogramów, to do samolotu wcale nie jest łatwo się dostać. Silny podmuch śmigieł "Antka" wcale mi w tym nie pomaga. Na szczęście Komar okazuje się być silnym facetem. "Zanim ruszymy, przećwiczymy wyskok w drzwiach samolotu" - proponuje. "Tak na sucho jakoś poszło" - myślę. "Dam radę".

Ale czy na pewno?

W samolocie panuje bardzo miła atmosfera, choć z powodu ledwo dyszącego, a przy tym niemiłosiernie hałaśliwego silnika "Antka", ciężko się porozumieć. A jest z kim. Lecą ze mną kursanci, którzy wyskoczą na wysokości 1000 metrów, a także inni, bardziej doświadczeni spadochroniarze (mają na sumieniu około 2000 skoków), którzy wyskoczą przed nami, na wysokości 3000 metrów.

Chyba za dobrze znoszę lot, bo pilot postanawia mnie trochę "rozruszać". Na hasło Komara - "trzymać się!" - wyłączył silnik i samolot zaczyna bezwładnie spadać. Wszystko i wszystkich na pokładzie "Antka" unosi do góry. Niezła zabawa, nie ma co...

No to jeszcze raz...

Raz, dwa, trzy...

Jakoś przeżyłam. A teraz obserwuję, jak kursanci przygotowują się do wyskoku. Skoczyli. Tak po prostu... Twardziele.

A my wznosimy się jeszcze wyżej. Komar każe mi usiąść na swoje kolana. Myślę sobie: "przystojny mężczyzna, ale przecież ja jestem mężatką, a Paweł wszystko filmuje...". Ale na nic dylematy mężatki - bez niego przecież nie wyskoczę. No i to jest argument dla męża.

Komar z pomocą Pawła przypina mnie do swojej uprzęży. Na nos wciska za duże okulary, przy zakładaniu których psuje mi się fryzura. Dzikus - zero szacunku dla moich minut spędzonych przed lustrem...

Pierwszy podnosi się Paweł. "Wszyscy już wyskoczyli, teraz nasza kolej" - stwierdza. Wstajemy i my. Ponieważ istnieje spora różnica między moim i Komara wzrostem, a ja jestem podczepiona do jego brzucha, całą winę za bardzo wolne podchodzenie do otwartych na oścież drzwi samolotu próbuje zrzucić właśnie na to.

Ale wreszcie staję na krawędzi. Paweł już jest prawie w powietrzu. Trzyma się jedną ręką samolotu i filmuje. Widok ziemi z wysokości 3000 metrów sprawia, że na usta ciśnie mi się mocno niecenzuralne słowo. A tak się miałam pilnować...

Słyszę: "raz..., dwa.., trzy...!" i czuję, że już nie muszę uginać kolan zgodnie z instrukcją - same się uginają...

Skaczemy!!!

Z głową w chmurach

Myślałam, że spadanie wygląda tak, jak na kreskówkach - lecisz tyłkiem w dół. A tu nie czuć nawet przeciążenia. Wysokość? Jest już tak cholernie wysoko, że zupełnie przestaje mi to przeszkadzać. Szybuję więc sobie jak ptak.

Zanim jednak zaczynam czerpać z tego szybowania przyjemność, upływa kilkanaście sekund, podczas których uczę się na nowo oddychać, bo wiatr bardzo mocno uderza mi w twarz...

I gdy jest już naprawdę wspaniale, nagle czuję, jak Komar łapie mnie za ręce i je prostuje. Chyba z tego wszystkiego nie poczułam klepania po ramionach. Otwiera się spadochron. Teraz to dopiero jest super!

Komar daje mi linki od spadochronu, żebym sobie posterowała. Fantastyczne.

Ale żeby nie było za dobrze - nagle to on przejmuje stery. Zaczyna nami kręcić. Jestem przerażona i wrzeszczę w niebogłosy...

Na szczęście (daję słowo - czułam, jak żołądek podchodził mi do gardła), sytuacja się stabilizuje. I teraz już spokojnie, przez 10 minut, ucinając sobie miłą pogawędkę, spadamy ku ziemi. Mamy piękną pogodę - wyraźnie widać wszystko to, co u dołu. Hangar, który na dole wydawał się tak wielki, wygląda jak kostka domina. Malusieńskie samochody i kropeczki, które wraz z upływem czasu (i wysokości), okazują się być ludźmi...

Lądujemy miękko.

Piętnaście klapsów w tyłek

Pierwsze, co spotyka mnie po powrocie do hangaru, to telefon, najpierw od szefowej, po chwili od szefa. "Żyjesz? Jesteś cała i zdrowa?". Ha, ci to mają wyczucie czasu...

W czasie, gdy raportuję szefowi stan mojego ducha, ekipa spadochronowa przygotowuje mi niespodziankę. Coś w rodzaju rytuału przejścia. "Jak miło z ich strony" - myślę sobie.

Nagle Komar każe mi się nachylić. I w ten oto sposób od każdego zbieram porządnego klapsa w pupę. A że zebrało się w sumie chyba z piętnastu facetów, trochę zabolało...

Chwilę później Komar wręcza mi certyfikat, pytając przy tym: "I co, skok ze spadochronem jest lepszy od seksu?". Nawet nie wie, jak bardzo trafia tym pytaniem w sedno. Ponieważ pracuję w redakcji Faceta, miałam sprawdzić, czy rzeczywiście skok ze spadochronem jest lepszy od seksu (moi koledzy woleli rozważania teoretyczne, ja wzięłam się za praktykę).

"No cóż, zależy, kto z kim sypia" - odpowiadam, wydaje mi się, że rezolutnie. Ale w głębi ducha myślę sobie, że emocje, faktycznie, były porównywalne, tylko gra wstępna trochę mniej konwencjonalna...

Magdalena Tyrała

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje