Reklama

Reklama

Tylko bez eksperymentów - rozmowa z Januszem Muniakiem

Żyję od 67 lat. I to bez przerw. Muzyka to jest jedyna gimnastyka, jaką ja w życiu uprawiam.

Dariusz Łukaszewski: Nie ogląda Pan telewizora?

Janusz Muniak: - Oglądam. I widzę dziwność, która ma mnie zadziwić: wypadki samochodowe widzę oraz lotnicze, mielenie o tych przepychankach politycznych, żenujących, aferzystów widzę podniesionych do rangi ikon popkultury, i wiele tych interesujących rzeczy, które mają mnie zainteresować poprzez zadziwienie, przez oddziaływanie na moje najniższe instynkty albo na moją wrażliwość, którą ja akurat mam już zagospodarowaną. Ale jak ktoś nie ma, to się umasawia, łykając tę dziwność, inność, i w efekcie staje się inny w taki sam sposób, jak wszyscy; czyli robimy się tacy sami, masowi, przeciętni.

Reklama

DŁ: Wieszczy Pan schyłek jazzu?

Janusz Muniak: - Bez przesady. Wszystko ma swój początek i koniec - jak długo można się bawić w idiotów. Od wielu, wielu lat trwają dyskusje, czy jazz jest, czy już się skończył, zaś jeśli jest, to jaki on jest, czy to jeszcze jazz. Ten gatunek uśmiercano już wiele razy. Takie dyskusje do niczego nie prowadzą. Jest tak, jak jest, a będzie, jak będzie, jak ludzie będą chcieli, to będzie, a jak nie będą chcieli, to będzie, gdy znów zechcą. Jest wielu młodych muzyków, całe zastępy zdolnych, tak że grać ma kto, chodzi o to, żeby był odbiorca. Ale jak się ludzi karmi odpadami z Ameryki, śmieciami, to sztampa z tego tutaj powstaje, jeszcze większe kretyństwo niż tam. Zresztą jazz nigdy nie był sztuką masową i jest to z drugiej strony dobre, że nie jest masowy.

DŁ: Jan Klata, bardzo znany reżyser, powiedział, że Ameryka zamieniła w Polsce kulturę na rozrywkę...

Janusz Muniak: - No, w dużej mierze tak, i to na rozrywkę marnego lotu.

DŁ: Ale jazz to przecież Ameryka! Duke Ellington, Charlie Parker, Dizzy Gillespie, Sonny Rollins czy Miles Davis...

Janusz Muniak: - Bo to nie Ameryka jest winna... Wie pan, ja w tej chwili nie widzę - choć ona się podobno objawia w pewnych momentach - tej naszej mądrości narodu. Całkiem możliwe, że jestem głupi, ale ja w tej chwili tej mądrości nie dostrzegam.

DŁ: Gdzie jest ta ściana, w którą się trzeba puknąć czołem, po stoczeniu z tej równi pochyłej, żeby się otrząsnąć?

Janusz Muniak: - Tych puknięć już było parę, ale widocznie za słabe to były puknięcia. To idzie falami, to zidiocenie i powrót do świata rozumu, więc to, co mamy teraz dookoła, się skończy, te dzikie chichoty z kretyńskich dowcipów wypluwanych na wyścigi przez telewizor. Ludzie się muszą najeść, aż zwymiotują.

DŁ: Pan ma swój własny klub w Krakowie.

Janusz Muniak: - I głównie na podstawie moich obserwacji zachowań w tym klubie to wszystko mówię.

DŁ: To jest restauracja, knajpa, pub?

Janusz Muniak: - Klub jazowy, po prostu. Gdzie gra się muzykę jazzową, codziennie.

DŁ: Nie ma Pan kłopotów z artystami, skąd ich Pan bierze do codziennego grania?

Janusz Muniak: - To się zrobiło perpetuum mobile, o czym marzyłem od dziecka, samo się kręci, do tego stopnia, że nawet czasem nie wiem, z kim będę grał. Wokół tego miejsca wytworzyła się spora grupa ludzi, którzy jakoś sami się organizują. Bywa, że przychodzą koledzy tak licznie, że tych rur nie można pomieścić na scenie.

DŁ: Gdzie to jest konkretnie? Zareklamujmy to miejsce.

Janusz Muniak: - Floriańska 3, Kraków, Jazz Klub u Muniaka, zapraszam czytelników tego wywiadu. Oby tylko wycieczka Angoli nie wpadła, bo rujnują wszystko dookoła i trzeba ich przeganiać, a czasami się nie zdąży, bo potrafią wejść spokojnie, a dopiero po wypiciu piwa zaczynają demolować. Nie mam nic przeciwko piwu, ale stylowi tanie samoloty i piwo, który zamienia wycieczki w hałaśliwy motłoch.

DŁ: Każdy może zagrać w klubie Muniaka?

Janusz Muniak: - Z tym miejscem jest związana bardzo duża grupa muzyków, i nie ma roku czy miesiąca, żeby nie dołączył jakiś nowy, młody, genialny. Dostaję masę demo, maili z propozycjami, ale muszę przyznać, że traktuję je tak, jak się takie rzeczy traktuje na Zachodzie - wkładam do pudełka. Na maile nie odpowiadam, bo każdy myśli, że jest dobry, czy najlepszy, więc jak odpiszę uprzejmie, że dziękuję, ale nie, to zawsze następuje pytanie: a dlaczego? I mi ręce opadają, jak mam tłumaczyć rzeczy oczywiste, i dlaczego ja właściwie mam się tłumaczyć... Więc nie wdaję się w taki dyskurs, żeby się nie więcej nie narażać na określenie, że Muniak jest cham.

DŁ: Nie żal Panu, że może kogoś przegapia, jakiegoś geniusza?

Janusz Muniak: - Proszę pana, ja tyle w życiu już przegapiłem, że już się przyzwyczaiłem.

DŁ: Podobno Muniak nie lubi muzyki eksperymentalnej?

- A jak pan idzie do dentysty czy do szewca, to lubi pan eksperymenty? Ja wybieram towar, sprawdzoną i gwarantowaną jakość. Muzyka eksperymentalna czy awangardowa to jest, moim zdaniem, błędne określenie, bo niczego nie określa; do tego da się załadować wszystko. Muzyka musi mieć smak, czar, a do tego potrzebne są umiejętności. Nie da się wysmakować utworu przypadkiem, do tego potrzeba kunsztu, mistrzostwa, tu nie ma miejsca na eksperymenty. Jak u dentysty.

Całą rozmowę z Januszem Muniakiem możecie przeczytać w magazynie kulturalnym Morele i Grejpfruty lub w serwisie www.moreleigrepfruty.com

Morele

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje