Moje najlepsze tegoroczne zakupy stoją na tarasie - i żałuję tylko jednego
Jest taki moment w roku, gdzieś między pierwszym ciepłym wieczorem a końcem kwietnia, kiedy wychodzisz na taras z kubkiem w ręku i nagle rozumiesz, że tu właśnie chcesz spędzać czas. Nie w salonie, nie przed telewizorem. Tu, na zewnątrz, gdzie powietrze jest inne i wszystko jakoś zwalnia.

Przez lata ten moment trwał u mnie kwadrans. Potem wracałam do środka, bo po prostu nie było gdzie usiąść wygodnie. Plastikowe krzesło nie zaprasza do zostawania. Taras bez prawdziwych mebli to tylko podłoga pod gołym niebem. Zawsze mówiłam sobie "kiedyś to ogarnę" - i to "kiedyś" przychodziło każdego maja, żeby odejść w październiku razem z ostatnimi ciepłymi dniami.
W tym roku to się zmieniło. I okazało się, że zmiana była prostsza i mniej kosztowna, niż myślałam przez te wszystkie lata odkładania.
Dlaczego u innych chce się siedzieć, a u siebie nie?
Znasz to uczucie, kiedy jesteś w ogrodzie koleżanki i dwie godziny mijają, zanim zdążysz się zorientować? Rozmowa się toczy, nikt nie wstaje, nikt nie patrzy na zegarek. Dzieci bawią się gdzieś w tle, ktoś dolewa wina, świeczka się dopala. I jakoś nie ma żadnego powodu, żeby wstać.
A u siebie po godzinie masz już dość. Kręgosłup protestuje, siedzenie robi się twarde i zaczynasz myśleć o tym, co jeszcze trzeba zrobić w domu.
Przez długi czas myślałam, że to kwestia roślin, lampek albo samej przestrzeni - że mój taras jest po prostu za mały albo za mało zielony. W końcu zrozumiałam, że to żadna z tych rzeczy. To zawsze były meble. Konkretnie - to, czy są naprawdę wygodne, czy tylko wyglądają jako tako na zdjęciu w sklepie internetowym.
Dobry narożnik ogrodowy robi dla tarasu dokładnie to, co dobra sofa dla salonu. Organizuje przestrzeń, nadaje jej charakter i zaprasza do siedzenia. Nie do przysiadania na chwilę z myślą, że za chwilę i tak się wstanie. Do prawdziwego, długiego siedzenia z kawą, z winem, z ludźmi, których lubisz - albo zupełnie samej, z książką i spokojem, na który przez cały tydzień czekałaś.

Czego szukać, żeby nie żałować po pierwszym sezonie?
To pytanie, które warto zadać sobie zanim wyda się pieniądze. Bo rynek mebli ogrodowych jest dziś ogromny i łatwo skusić się na coś, co wygląda świetnie w sklepie, a po trzech miesiącach na słońcu i deszczu zmienia kolor, traci kształt albo po prostu przestaje być przyjemne w użyciu. Znam to z autopsji - tańszy zestaw z poprzedniego sezonu przeżył jedno lato i jeden wyjątkowo mokry wrzesień. Drugi sezon zaczynał się od szukania nowych poduszek i zastanawiania się, dlaczego rama już tak skrzypi.
Pierwsza rzecz, na którą patrzę teraz przy każdym zakupie ogrodowym, to tkanina. Outdoorowe tkaniny są dziś naprawdę zaawansowane - odporne na promieniowanie UV, na wilgoć, łatwe do czyszczenia i zaskakująco przyjemne w dotyku. To nie jest ten szorstki materiał, który klei się do ud latem. Dobra tkanina certyfikowana do użytku zewnętrznego po kilku sezonach wciąż wygląda jak nowa - tańsza traci kolor już po pierwszym lecie i żadne czyszczenie tego nie odwróci.
Równie ważna jest konstrukcja. Solidne drewno to materiał, który od wieków sprawdza się na zewnątrz - ciepły w dotyku, naturalny, nadający meblom ogrodowym zupełnie inny charakter niż plastik czy metal. Dobrze zaimpregnowana drewniana rama znosi deszcz i zmienne warunki polskiego klimatu bez uszczerbku, a z wiekiem zyskuje patynę, która tylko dodaje jej uroku. Kiedy inwestujesz w meble ogrodowe z prawdziwego drewna, wychodzisz na taras w maju z poczuciem, że masz coś trwałego - nie sezonowego.
Ale jest jeszcze jeden szczegół, o którym mówi się rzadko, a który zmienia absolutnie wszystko - głębokość siedziska. To właśnie ona decyduje o tym, czy na danym meblu chcesz siedzieć godzinami, czy tylko przez chwilę. Płytkie, twarde siedzisko zmęczy cię po trzydziestu minutach i wrócisz do środka. Głęboka, dobrze wyprofilowana sofa z grubymi poduszkami zatrzyma cię do zmroku. To ta różnica, którą czujesz w ogrodach znajomych i której przez lata nie umiałaś nazwać.
Jak to wygląda w praktyce?
Mój taras zmienił narożnik ogrodowy. Duży, w kolorze ciemnej szarości, z drewnianą ramą i grubymi poduszkami z tkaniny odpornej na warunki atmosferyczne. Postawiłam go w rogu, który wcześniej stał pusty i był marnotrawstwem miejsca. Nagle przestrzeń nabrała sensu - jest strefa, do której się idzie, a nie tylko przechodzi.
To, co mnie zaskoczyło najbardziej, to nie wygląd - tego się mniej więcej spodziewałam po zdjęciach. Zaskoczyła mnie wygoda. Poduszki są naprawdę grube, siedzisko głębokie, a drewniana konstrukcja jest solidna, stabilna i ani trochę nie ugina się pod ciężarem. Siadam i zapominam, że mam coś do zrobienia. A to, w moim przypadku, jest największy komplement, jaki mogę wystawić jakiemukolwiek meblowi.
Do narożnika dołożyłam sofę trzyosobową z tej samej kolekcji. I tu właśnie zaczęło się to, o czym mówię znajomym przy każdej okazji: taras przestał być dodatkiem do domu, a stał się jego częścią. Tą częścią, w której teraz spędzamy więcej czasu niż w salonie. Wieczorami, kiedy temperatura pozwala, wynosimy tam dosłownie wszystko - kolację, kawę, rozmowy, które nie mają końca.
Spójność kolekcji robi tu ogromną różnicę. Kiedy narożnik, sofa i fotel pochodzą z tej samej linii, taras wygląda jak przemyślany projekt, a nie przypadkowe zestawienie rzeczy z różnych sklepów i różnych sezonów. Wszystko do siebie pasuje - proporcjami, kolorem, charakterem. I to właśnie ten efekt, którego nie da się osiągnąć kupując meble "po trochu" przez kilka lat.
Takie właśnie meble znajdziesz w kolekcji Bahama od Trada - polskiego producenta, który robi je z drewna i certyfikowanych tkanin outdoorowych, dostępne jako osobne elementy albo gotowy zestaw 3+2+1 dla tych, którzy chcą zagospodarować większy taras za jednym razem. Całość do zobaczenia na trada.eu.

Jeden detal, który zmienia odbiór całego ogrodu
Jest jeszcze jedna rzecz, o której mało kto mówi przy okazji mebli ogrodowych, a która ma ogromne znaczenie - kolorystyka. Ciemna szarość, którą wybrałam, okazała się strzałem w dziesiątkę z jednego prostego powodu: nie wymaga dopasowywania reszty tarasu. Pasuje do zieleni roślin, do drewnianej podłogi, do białej elewacji i do ceglastego muru. Jest neutralna w najlepszym znaczeniu tego słowa - nie dominuje, ale też nie znika.
Kolory głębokiego antracytu, ciepłego beżu czy stonowanej szałwii działają w ogrodzie dokładnie tak samo jak w salonie - są ponadczasowe, eleganckie i nie znudzą się po roku. Warto o tym pomyśleć już przy zakupie, bo meble ogrodowe dobrej jakości służą latami i nie warto wiązać się z kolorem, który za dwa sezony będzie wydawał się przestarzały.
To, czego żałuję
Żałuję tylko jednego: że nie zrobiłam tego wcześniej.
Trzy sezony, w których taras był miejscem do przechodzenia, a nie do zostawania. Trzy lata porannych kaw przy oknie w kuchni zamiast na zewnątrz, gdzie powietrze smakuje zupełnie inaczej. Tyle wieczorów skróconych przez twardy plastik i brak miejsca, żeby wyciągnąć nogi i po prostu odetchnąć.
Meble ogrodowe przez długi czas traktowałam jako coś, na co przyjdzie czas - po remoncie, po innych zakupach, po tym kiedy "wszystko inne" będzie już załatwione. A tymczasem okazało się, że to właśnie one były tym "wszystkim innym". Tą jedną zmianą, która pociągnęła za sobą resztę. Odkąd taras stał się miejscem, w którym chce się być, korzystam z niego codziennie. Latem, wiosną, jesienią przy kurtce i kocu - bo dobre meble nie mają sezonu, mają tylko użytkowników, którzy w końcu docenili, co mają.
Jeśli masz taras albo ogród i wciąż odkładasz temat mebli na "kiedyś" - to jest właśnie ten moment. Lato przychodzi szybciej, niż myślisz. I lepiej przywitać je tam, gdzie naprawdę chcesz być.
Artykuł sponsorowany







