Reklama

Reklama

Porody domowe: Z roku na rok coraz popularniejsze

​Według szacunków GUS, w ciągu ostatniego roku w Polsce urodziło się niespełna 344 tysiące dzieci, ponad 99 proc. z nich przyszło na świat w szpitalach. W ostatnich latach, zwłaszcza podczas pandemii, powoli, acz systematycznie, wzrasta popularność porodów domowych. W 2021 roku kilkaset ciężarnych zdecydowało się powitać swoje noworodki w domowym zaciszu. Kto może rodzić w domu, czy jest to bezpieczne rozwiązanie oraz dlaczego ten trend wciąż budzi tak duże kontrowersje?

- Mam czwórkę rodzeństwa - opowiada Małgosia, która urodziła się końcem lat siedemdziesiątych w jednym z miast wojewódzkich na południu Polski. - Moja mama miała tak złe i traumatyczne doświadczenia z porodu, że moje rodzeństwo zdecydowała się urodzić w domu. Jej siostra była lekarką, na posterunku była także położna, a pod domem czekała karetka pogotowia. To był początek lat osiemdziesiątych, ale na szczęście wszystko przebiegało bez problemów.  Mama była spokojna o zdrowie swoje i moich sióstr. Na początku lat 90. przeprowadziliśmy się do Krakowa i dwóch najmłodszych braci mama urodziła w szpitalu, opłaciwszy wcześniej położną. Jak sama wspominała, to były już zupełnie inne czasy i standardy niż te obowiązujące 15 lat wcześniej.     

Reklama

Kobiety chcą rodzić w domu z różnych powodów - mają obawy, że ich plan porodu nie będzie respektowany, chcą w tym ważnym momencie mieć zapewnioną intymność i  rodzić we własnym tempie, wsłuchując się w swoje ciało. Często są też przekonane, że doskonale poradzą sobie bez zmedykalizowanej procedury, stosowanej często w szpitalach. Tak wspomina to wydarzenie mama 3 dzieci, przedsiębiorczyni i blogerka,  Sylwia Luks:

- To był mój trzeci poród, ale pierwszy domowy. Chociaż już przy pierwszym dziecku myślałam o tej formie, ale, podobnie jak przy drugim, miałam przeciwskazania. Widziałam, jak ogromny wpływ miało na mnie i na przebieg porodu pojawienie się w szpitalu, jego zapach, pośpiech, procedury medyczne. Moje wcześniejsze porody odbyły się w klinikach prywatnych i dobrze je wspominam. Wiedziałam jednak, że może być jeszcze lepiej.

- Chciałam dać sobie i dziecku lepszy start, zagwarantować spokój, którego w szpitalu trudno doświadczyć - kontynuuje Sylwia. - Marzyłam o tym, aby poród przebiegał swoim tempem, chciałam urodzić w wygodnej pozycji, bez nacięcia, ale z ochroną krocza. Przy zgaszonym świetle, ulubionej muzyce, wśród bliskich mi osób, bez pospiechu, w wierze w kobiecą intuicję i moc, moc mojego ciała, ale także i psychiki. Bez zbędnych procedur medycznych. - Moje poprzednie porody trwały kolejno 21 oraz 11 godzin,  a domowy jedynie 4 - wspomina. - Rodziłam w basenie na stojąco, zawieszona na chuście i podtrzymywana  przez męża. Wystarczyły 3 skurcze i Zoe była z nami. Grawitacja zrobiła swoje, było to nieporównywalne do tego, kiedy rodziłam w pozycji leżącej w szpitalu.

Przed pandemią często to właśnie traumatyczne doświadczenia pierwszego porodu sprawiały, że kobiety decydowały się rodzić w domu.  Położne zajmujące się tego typu porodami wskazują także na lęk przed brakiem możliwości  wsparcia osoby towarzyszącej i potencjalną możliwość rozdzielenia z dzieckiem zaraz po jego przyjściu na świat. Podczas pandemii część oddziałów położniczo-ginekologicznych, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, zawiesiła swoją działalność. Poród domowy stał się zatem alternatywą dla popularnych szpitalnych porodów rodzinnych.

 - Podczas pierwszego porodu doświadczyłam całego szeregu nieprzyjemnych zdarzeń - mówi Paulina Walczak-Matla, autorka bloga Rodziną w świat. -  Oksytocyna, której nie chciałam, została mi podana w kroplówce, pod pretekstem uniknięcie odwodnienia. Próbowano użyć próżnociągu, który nie zadziałał, bo personel nie potrafił go uruchomić. Lekarz wyciskał ze mnie dzieckoa "Straszono" mnie cesarką, komentowano , że nie potrafię rodzić. Koszmar.

- Po takim pierwszym razie uznałam, że na drugi dobrowolnie się już nie piszę - wyjaśnia Walczak-Matla. - Do tego doszła pandemia, a potem zakaz porodów rodzinnych oraz różne nieprzyjemnie historie z porodówek związane z koronawirusem, które czytałam na grupach dla kobiet w ciąży. Z każdą taką kolejną opowieścią upewniałam się, że decyzja o porodzie domowym jest słuszna.  Chciałam, żeby drugi raz nie był traumatyczny i żebym została godnie potraktowana. Chciałam mieć wpływ na przebieg porodu i zależało mi, aby wszystko odbyło się w bezpiecznych warunkach, z szacunkiem względem mnie, mojego dziecka i męża, który był obecny przy porodzie.

Ponad 99 proc. dzieci rodzi się w naszym kraju w szpitalach, mniej niż 1 proc. przychodzi na świat poza tymi placówkami. Pod tym względem Polska nie odbiega zbytnio od średniej europejskiej, gdzie odsetek ten waha się między 1 a 2 proc.. Jest jednak pewien wyjątek - Holandia, w której 30 proc. kobiet rodzi dzieci w swoich domach, w asyście położnych, 10 proc. małych Holendrów i Holenderek przychodzi na świat w tzw. domach narodzin, a 60 proc. w szpitalach. To także w Holandii odsetek cesarskich cięć i interwencji medycznych jest dużo niższy niż europejska średnia. Ten ewenement ma swoje korzenie w fachowej opiece przedporodowej świadczonej przez tamtejsze położne. Co więcej, koszty porodu w szpitalu nie są refundowane, jeśli pacjentka nie ma do niego wskazań medycznych, w przeciwieństwie do kosztów porodów domowych i opieki położnej w trakcie ciąży i po jej zakończeniu.      

Dlaczego kobiety rodzą w domu?

Średnia unijna dla porodów przez cesarskie cięcie wynosi 25 proc. Jak wynika z danych Ministerstwa Zdrowia, w Polsce natomiast rocznie już ponad 43 proc. dzieci przychodzi na świat w ten sposób. Mimo, iż formalnie o operacyjnym rozwiązaniu decyduje lekarz, nierzadko pacjentki słono płacą za to, aby takowa decyzja zapadła.

- Tak, zapłaciłam za cesarkę i wcale się tego nie wstydzę - mówi Kinga, mama 5-letniego Antosia. - Bałam się o siebie i o dziecko, przerażała mnie cała ta fizjologia oraz opowieści o wyzwiskach, śmieszkowaniu i poniżaniu pacjentek. Umówiona na konkretną godzinę przyjechałam do szpitala, wszystko wydarzyło się szybko, sterylnie i profesjonalnie. Po 3 dniach wróciłam z synem do domu bez porodowej traumy jak moje sąsiadki. 

System opieki okołoporodowej w Polsce, mimo że w teorii ustandaryzowany, wciąż niedomaga. Opowieści o braku znieczulenia, przedmiotowym traktowaniu rodzących, braku szacunku, nierespektowania planu porodu i traumatycznych przeżyciach powtarzają się zbyt często, by być jednostkowymi przypadkami. Polki wolą przejść zabieg operacyjny, aby uniknąć horroru na porodówce.

Na drugim biegunie znajdują się porody domowe, gdzie kobieta we własnym tempie, wsłuchując się w swoje ciało, unikając medykalizacji, w skupieniu i na własnych zasadach wita na świecie dziecko. A jeśli ma taką potrzebę, powitać wraz z nią może je także rodzeństwo malucha, partner, partnerka czy rodzice. Znane otoczenie redukuje stres i pozytywnie wpływa na rodzącą. Bez szpitalnego światła, obcych, często drażniących, ostrych zapachów i pośpiechu, poród domowy jawi się jako najlepsza możliwa alternatywa dla szpitalnego fotela.    

- Miałam dwie cudowne położne, którym ufałam i z którymi czułam się bezpiecznie - opowiada Paulina Walczak-Matla. - Dzięki nim, własnemu przygotowaniu do porodu i pewności co do swojej, a właściwie naszej decyzji, czułam duży spokój. Nawet przez moment nie miałam obawy, że jestem w domu, a nie w szpitalu. Wręcz przeciwnie: cieszyłam się, że nikt mnie nie pogania, bo zaraz kończy zmianę i dobrze by było, żebym szybko urodziła, nie straszy cesarką, nie traktuje z wyższością, nie poniża. Niestety, takie rzeczy nadal zdarzają się w warszawskich, renomowanych szpitalach. Aż ciarki przechodzą na myśl, co się może dziać w mniejszych miejscowościach.

Koszty porodów domowych

Od ponad 10 lat w Polsce obowiązuje rozporządzenie Ministra Zdrowia o tzw. standardzie okołoporodowym, stwierdzające, że kobieta ma prawo wyboru miejsca porodu i może on odbyć się w domu. Ustawa z dnia 05.07.1996 roku o zawodach pielęgniarki i położnej precyzuje, że położna posiada wystarczające kompetencje, między innymi do przyjmowania porodu siłami natury oraz do opieki, zarówno nad rodzącą, jak i noworodkiem w okresie poporodowym. Wciąż brak natomiast przepisów regulujących zasady dotyczące finansowania tego rozwiązania.  Dlatego osoby decydujące się powitać swoje nowonarodzone dziecko w warunkach domowych, muszą liczyć się z poniesieniem dodatkowych kosztów.

Podczas porodu domowego nie jest wymagana obecność lekarza. Koszty związane są głównie z opłaceniem położnej i wahają się między 3 500 zł a 5 500 zł - w dużej mierze zależą od regionu oraz doświadczenia osoby towarzyszącej rodzącej. Jest to kwota, która pokrywa prowadzenie praktyki położonej, najczęściej w cenę wlicza się także koszty opieki przed porodem oraz tzw. wizyty patronażowe. Położna zaopatrzona jest w potrzebne narzędzia, środki opatrunkowe oraz leki, które bez zalecenia lekarza może podać pacjentce. Jeśli pojawią się jakiekolwiek komplikacje, natychmiast wzywana jest karetka.

Dla kogo jest poród domowy?

Poród domowy nie dla każdej pacjentki jest dobrym rozwiązaniem. Kto kwalifikuje się do porodu domowego? Po pierwsze, kobieta, która jest przekonana do takiego rozwiązania. Podejmując decyzję powinna kierować się własnym poczuciem sprawczości, a nie modą lub sugestią innych osób. Po drugie, pacjentka, której ciąża przebiega prawidłowo, brak u niej jakichkolwiek przeciwwskazań do rodzenia poza szpitalem.

- W całym zachodnim świecie występują te same przeciwwskazania do porodu domowego - wcześniejsze cesarskie cięcia, doświadczenia komplikacji okołoporodowych, ciąże wysokiego ryzyka, choroby matki i dziecka dyskwalifikują to rozwiązanie - mówi Jolanta Petersen ze stowarzyszenia Dobrze Urodzeni, położna, która praktykowała, m.in.,  w Danii i na Grenlandii.

Zwolennicy i zwolenniczki porodów domowych wskazują na komfort kobiety, szybszą rekonwalescencję, dobro dziecka oraz systemowe obniżenie kosztów (jak w przytoczonej już Holandii), przeciwnicy i przeciwniczki mówią o świadomym narażaniu zdrowia i życia matki i dziecka w przypadku powikłań.

- Statystyki pokazują, że bezpieczeństwo porodów domowych jest na poziomie porównywalnym z porodami w szpitalu - mówi Jolanta Petersen,  które zbiera dane współpracując z położnymi. - Zwykle, jeśli konieczny, transfer do szpitala spowodowany jest brakiem postępu porodu.

Powrót do natury w różnych aspektach naszego życia staje się zauważalnym trendem także i w tak delikatnej materii jak poród. Monitorowany czy nie, ze znieczuleniem czy bez. Najważniejsze, aby przebiegał tak, by w ostatecznym rozrachunku miał swoje szczęśliwe zakończenie.  

Czytaj więcej:

Połknęłam tabletkę i było po wszystkim

"Cokolwiek z tego będzie, nie ma już odwrotu"

Jak wygląda prawo do aborcji w Polsce na tle innych państw?

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje