Reklama

Reklama

Połknęłam tabletkę i było po wszystkim

Choć w Polsce obowiązuje jedno z najbardziej restrykcyjnych praw antyaborcyjnych w Europie, każdego roku ok. 100 tys. kobiet przerywa ciążę. „Obrazowo mówiąc, gdyby wszystkie kobiety, które miały aborcję od czasu wyroku Trybunału Konstytucyjnego, stanęły w rzędzie i chwyciły się za ręce, utworzyłyby szereg o długości 100 km. Celem zakazu aborcji jest jednak to, by one w tym szeregu nigdy nie stanęły. Zakaz nie likwiduje aborcji, ale zamyka nam usta” – mówi Natalia Broniarczyk z Aborcyjnego Dream Teamu.

Wchodzę na waszą stronę, klikam w zakładkę "aborcja domowa" i czytam: Weź koc i termofor, przygotuj przekąski, coś do picia, możesz puścić sobie film. I jeszcze ten skrót: "M&Ms’y". Nie pigułki, nie środki poronne, nie mifepriston oraz misoprostol, tylko potocznie "M&Ms’y". Wszystko brzmi bardzo bezpiecznie. Zupełnie nie tak, jak zwykło się myśleć o aborcji.

Natalia Broniarczyk: - Brzmi bezpiecznie, bo jest bezpieczne. Światowa Organizacja Zdrowia rekomenduje aborcję farmakologiczną kobietom w niechcianych ciążach, jako metodę pierwszego wyboru, którą można przeprowadzić w domu, samodzielnie, bez nadzoru medycznego. Dodatkowo, o czym WHO  nie wspomina -  w krajach, takich jak Polska, ten aspekt ma kluczowe znaczenie - aborcja farmakologiczna daje poczucie prywatności. Nie trzeba podawać szczegółowych danych, nie trzeba informować o swojej decyzji partnera, nie trzeba jechać za granicę.  To, co dzieje się po połknięciu tabletek, u większości osób przypomina ból menstruacyjny. Wiele z nich mówi zresztą swoim bliskim, że ma pierwszy dzień okresu, więc boli je brzuch. Takie małe kłamstwo działa, nikt nie zadaje pytań.

Reklama

Piszecie, że cały proces wygląda tak: kobieta zamawia leki, po kilku dniach otrzymuje przesyłkę wraz z instrukcją, zabieg przeprowadza sama, w domu. Czym w takim razie różni się aborcja farmakologiczna w Polsce od aborcji w kraju, w którym przerywanie ciąży jest legalne? Brakiem recepty?

- Powiem ci, jak procedura wygląda np. w Anglii. Tam, w czasie pandemii, Królewska Akademia Ginekologiczna zarekomendowała, by wszystkie usługi zdrowia reprodukcyjnego, które mogą odbywać się bez kontroli personelu medycznego, odbywały się w domach. Wśród owych usług znalazła się i aborcja. W efekcie 61 proc. wszystkich zabiegów przerywania ciąży do 12. tygodnia odbywało się w domu, przy minimalnym kontakcie ze ochroną zdrowia, sprowadzającym się zwykle do rozmowy z pielęgniarką czy położną. Tabletki dostarczano pocztą, razem z instrukcją i numerem telefonu "na wszelki wypadek".

Bardzo technicznie.

- Z polskiej perspektywy może się tak wydawać, nie ma jednak naukowych powodów, dla których ta procedura miałaby się odbywać w inny sposób. Aborcja farmakologiczna jest nadmiernie uregulowana, co wynika nie z wiedzy medycznej, a z uprzedzeń i kulturowego braku zaufania do kobiet. Czy one sobie poradzą? Czy potrafią same przyjąć tabletki? Czy przyjmą je dobrze? Czy nie zrobią sobie krzywdy?

Bo to w domu, bo to bez kontroli...

- Określenie "bez kontroli" uważam tutaj za kluczowe. Jest jeszcze jedna procedura medyczna, która również dotyczy kobiet i która również, jeśli jest realizowana w domu, budzi kontrowersje. To poród. Nawet jeśli dziewczyna rodziła już wcześniej, nawet jeśli jest zdrowa, zna swoje ciało, wie co robi,  zawsze znajdzie się grupa osób mówiąca, że naraża zdrowie swoje i dziecka.

Kilka lat temu przeprowadziłyście wywiady z 30 kobietami, z różnych krajów, które poddały się aborcji farmakologicznej. Jedna z nich mówiła tak: "Słyszałam, że jest to bardzo niebezpieczne. Kończy się wykrwawieniem, nie raz śmiercią. Często później nie można zajść w ciążę. To bardzo inwazyjne przedsięwzięcie".  Od początku rozmowy mówisz, że to bezpieczny zabieg. Nie wierzę jednak, że zawsze wszystko idzie dobrze.

- Tabletki powodują krótkotrwałe skutki uboczne takie jak: podwyższona temperatura, dolegliwości żołądkowe, wymioty. Takie objawy, w połączeniu ze stresem, mogą sprawić, że ktoś po prostu chce jechać do szpitala. Wiele kobiet ma wtedy poczucie, że pakuje się prosto w paszczę lwa, bo przecież zaraz wszystko wyjdzie na jaw.

A nie wyjdzie?

- Dla lekarzy to jest chleb powszedni - aborcja farmakologiczna wygląda tak samo jak poronienie, zdarzające się raz na cztery ciąże. W efekcie pacjentka, która przyjęła tabletki, trafia na oddział i razem z kilkunastoma innymi kobietami czeka na korytarzu, aż lekarz zawoła ją do gabinetu, zbada i powie, że ciąża została zakończona, po czym odeśle do domu z zaleceniem, że ma się oszczędzać i nie podejmować wysiłku fizycznego.

- To jest większość. Jest i mniejszość, ok. 2 procent kobiet, które kilka dni po aborcji zaczynają odczuwać ból, gorączkę, a ich krwawienie staje się niepokojące - brązowawe, o brzydkim zapachu. Takie objawy mogą oznaczać, że macica nie jest w stanie sama się oczyścić. Wtedy rzeczywiście należy zgłosić się o pomoc do szpitala, gdzie lekarz wykona łyżeczkowanie lub poda dodatkowe tabletki.

Jeśli dany produkt nie jest powszechnie dostępny, ktoś zwykle próbuje na nim zarobić. Mamy czarny rynek aborcji farmakologicznej?

- Mamy. Jest to część większej nielegalnej branży - te same osoby, które oferują tabletki poronne sprzedają też viagrę, sterydy, antydepresanty i wiele innych specyfików. Gdyby wpisać w wyszukiwarkę "tabletki poronne" wyskoczy mnóstwo stron, proponujących dostawę już następnego dnia, kurierem, pod drzwi.  Autorzy tych ofert, jak to nielegalni handlarze, są różni, jedni mniej, inni bardziej nieuczciwi. Ci "mniej nieuczciwi" próbują tylko zarobić - oferowane przez nich tabletki kosztują od 400 do tysiąca złotych, podczas gdy organizacje feministyczne dostarczają je za 75-90 euro, a kwota ta nie jest sztywną ceną, ale datkiem na działalność, którego wysokość można negocjować. Ci "bardziej nieuczciwi" nie tylko zarabiają, ale również oszukują, wysyłając kobietom nie środek poronny, a paracetamol, po czym przestają odbierać telefon.

- Na tego rodzaju usługi trzeba uważać jeszcze z jednego powodu: handlarze nie chronią danych swoich klientek. Jeśli zostaną złapani przez policję,  osoby, które zostawiły im swoje maile, nazwiska, adresy, mogą potem zostać wezwane w charakterze świadka. Co prawda za zamawianie tabletek na własny użytek nie grożą im sankcje, jednak dla wielu osób wizyta na komisariacie i opowiadanie o aborcji, nie jest komfortowym doświadczeniem.

Jeszcze jeden cytat ze wspomnianego badania: "Potrzebowałam aborcji, więc zaczęłam szukać, dowiadywać się jak mogę dostać tabletki... okazało się, że jest mnóstwo ludzi sprzedających tabletki przez Internet, wielu nawet obiecuje dostawę pod drzwi, wiesz? Albo wysyłają kuriera, albo proszą o depozyt i wysyłają tabletki pocztą. Mnóstwo, mnóstwo ludzi". To słowa Brazylijki, ale zastanawiam się, czy pod sformułowaniem "mnóstwo, mnóstwo ludzi" mogłaby podpisać się i Polka?

- Tak, ale z kilkoma zastrzeżeniami. Po pierwsze,  aby z tej mnogości ofert skorzystać, trzeba mieć w portfelu kilkaset złotych. W kraju,  w którym pół miliona kobiet ma problem ze zdobyciem pieniędzy na tampony i podpaski, nie jest to takie oczywiste. Po drugie, dostęp do leków to jedno, a trzeba też pamiętać o atmosferze, jaka towarzyszy przerywaniu ciąży. Często dostajemy wiadomości od kobiet, które piszą, że np. mąż przegląda ich maile, że w domu jest jeden komputer, z którego korzysta cała rodzina, że rano obudziły się zlane potem, bo przypomniały sobie, że nie wylogowały się z poczty, że partner pyta, dlaczego ze wspólnego konta zniknęło kilkaset złotych.

Tabletki względnie dostępne, procedura znana, lekarze przyzwyczajeni, policja bezsilna, a  Aborcja bez Granic, podaje, że od ubiegłorocznego wyroku Trybunału Konstytucyjnego 34 tys. kobiet przerwało ciążę. Zakaz aborcji w Polsce to fikcja?

- Zakazy aborcji zawsze są fikcją. Nie sprawiają, że aborcji nie ma, tylko że osoby, które  ją robią, wstydzą się, zaciągają długi, są oszukiwane, padają ofiarami nadużyć. To prawo jest nie tylko fikcją, ale jest też pełne hipokryzji, bo całkowicie ignoruje społeczne potrzeby i realia.

Te 34 tys. to kobiety, które skorzystały z pomocy Aborcji bez Granic. Jednak są przecież ciąże przerywane bez wsparcia tej organizacji. Pokusiłabyś się o podanie przybliżonej łącznej liczby aborcji w Polsce?

- Porównując Polskę i kraje o podobnym profilu kulturowym i demograficznym, biorąc pod uwagę jej wielkość i liczbę osób w wieku reprodukcyjnym szacuje się, że rocznie ciążę przerywa u nas ok. 100 tys. osób. Część osób kupuje tabletki od wspomnianych handlarzy, inne mają dostęp do leków, ponieważ znają pracowników farmacji czy ochrony zdrowia, albo same są zatrudnione w tych sektorach. Jeszcze inne korzystają z usług prywatnych gabinetów.

- Mówiąc o skali aborcji w Polsce warto przywołać jeszcze jedną liczbę - zabiegi aborcji które były wykonywane przed wprowadzeniem zakazu w 1993 r. Wtedy każdego roku wykonywano 100-150 tys. aborcji. Gdyby zakaz dział, po jego wprowadzeniu powinniśmy odnotować przyrost urodzeń. Tymczasem nic takiego się nie stało, a przecież Polki ani nie przestały uprawiać seksu, ani nagle nie zaczęły się skuteczniej zabezpieczać. 

100 tys. kobiet rocznie.  Z jednej strony duża grupa, z drugiej, grupa całkiem niewidoczna w przestrzeni publicznej.

- Obrazowo mówiąc, gdyby wszystkie kobiety, które miały aborcję od czasu wyroku Trybunału Konstytucyjnego, stanęły w rzędzie i chwyciły się za ręce,  utworzyłyby szereg o długości 100 km.  Celem zakazu aborcji jest jednak to, by one w tym szeregu nigdy nie stanęły. Zakaz nie likwiduje aborcji, ale zamyka nam usta. Przez niego mamy wrażenie, że jesteśmy same ze swoim doświadczeniem, że nasze matki, siostry, koleżanki, nigdy nie podjęłyby podobnej decyzji. Wstydzimy się, mamy wrażenie, że jesteśmy egoistyczne, niemoralne, nieodpowiedzialne. Tymczasem, jeśli ktoś tutaj jest nieodpowiedzialny to politycy, którzy decydują, że wszystko, co związane z aborcją, będzie działo się w sekrecie i bez wsparcia państwa.

Po tym, jak decyzją Trybunału Konstytucyjnego zdelegalizowano przesłankę embriopatologiczną, wasz telefon ponoć dzwonił cały czas.

- Zaraz po wydaniu wyroku odbierałyśmy ok. 300-400 połączeń dziennie. Wiele osób dzwoniło tylko po to, by sprawdzić, czy numer, który widziały na transparentach, naprawdę  działa. Były jednak i takie, które potrzebowały realnej pomocy i to na już. Bo na przykład odwołano im termin, jeszcze kilka dni wcześniej legalnego zabiegu.

Najsłynniejsza sprawa: kobieta, której dzień po publikacji orzeczenia ws. aborcji odmówiono legalnego usunięcia ciąży. Sprawa trafiła do Europejskiego Trybunału Spraw Człowieka.

- Takie rzeczy działy się nawet przed publikacją. Już samo wydanie orzeczenia podziałało paraliżująco.

Dziś telefon wciąż dzwoni?

- Dzwoni. Przewrotnie powiedziałabym tak:  wyrok trybunału i towarzyszące mu protesty sprawił, że może nie tyle więcej kobiet decyduje się na aborcję farmakologiczną, co więcej  aborcji odbywa się w bezpiecznych warunkach. Osoby otrzymują tabletki z pewnego źródła, pomoc finansową, poradę i co bardzo ważne, wsparcie emocjonalne. Poczucie że ktoś ich wysłucha, powstrzymując się od oceny.

Do czasu wyroku Trybunału Konstytucyjnego ok. 800 ciąż rocznie było przerywanych legalnie, z powodu wad płodu. Co stało się z tego rodzaju przypadkami?

- W tej chwili 70-90 osób miesięcznie wyjeżdża z nami za granicę na aborcję drugiego trymestru. ¾ z nich to kobiety, które jeszcze w październiku ubiegłego roku miały prawo do legalnej aborcji ze względu na przesłankę embriopatologiczną. To zupełnie inny rodzaj pacjentek, niż te, z którymi dotychczas pracowałyśmy. One często chciały być w ciążach, a teraz doświadczają żałoby i potrzebują wsparcia psychologicznego. Mówią o tym również lekarki z holenderskich klinik, do których najczęściej trafiają nasze podopieczne. Słyszymy od nich, że dotychczas większość pacjentek marzyła, żeby " być już po". Teraz zaś pojawiły się takie, które trzeba potrzymać za rękę przed zabiegiem, spędzić z nimi trochę czasu. Od czasu wyroku Trybunału Konstytucyjnego holenderska ochrona zdrowia obciążona jest pacjentkami z Polski nie tylko w sposób logistyczny, ale również emocjonalny. Za sprawą politycznych decyzji eksportujemy nasze problemy za granicę.

Ja myślę jeszcze o takiej scence: szpital w obcym kraju, oczekiwanie na zabieg, pacjentka chciałaby porozmawiać, ale nie może, bo nie zna języka. We własnym kraju pewnie byłoby łatwiej.

- Byłoby, a po zabiegu można by od razu iść do domu, a nie wsiadać w taksówkę na lotnisko. Te powroty do kraju bywają bardzo trudne. Kobiety mówią czasem, że czują się jak przestępczynie.

To, jak się domyślam są najbardziej dramatyczne przypadki. A pozostałe kobiety, które do was dzwonią? Też potrzebują rozmowy?

- Tutaj zachodzą spore zmiany. Jeszcze 3-4 lata temu wiele z nich czuło potrzebę wytłumaczenia swojej decyzji. Mimo, że my nigdy nie pytamy o powód, wyjaśniały, że np. straciły pracę, albo że mało zarabiają, że posypał im się związek, że są dobrymi mamami, ale nie czują się na siłach, by mieć kolejne dziecko. W ostatnich latach, szczególnie po wyroku, pojawiła się zaś grupa osób, które podchodzą do sprawy bardzo praktycznie: dzwonią i mówią: Dzień dobry, oferta jest aktualna? Równolegle dały o sobie znać  pandemiczne historie. Kobiety mówią nam: w normalnych warunkach chciałabym urodzić, ale teraz? Jak ja mam żyć? Z obniżoną pensją albo w ogóle bez pracy? W jednym mieszkaniu z rodzicami, babcią i dzidziusiem? Mamy poczucie, że potrzebują się wygadać, bo dla tego rodzaju powodów jest bardzo małe społeczne przyzwolenie. Argumenty ekonomiczne są uważane za błahe, mniej poważne, wydumane.  A tymczasem są ważne. Każdy powód jest ważny.

Jest też grupa kobiet, która nie korzysta ze wsparcia feministycznych organizacji i liczy na pomoc służby zdrowia. Z jednej strony dochodzą do nas wiadomości o lekarzach, którzy narażają życie matki, czekając aż płód obumrze. Z drugiej informacje o tych, którzy zezwalają na aborcję z powodu zagrożenia dla zdrowia psychicznego pacjentki. Da się z tego wyciągnąć z tego jakąś średnią? Ocenić, która postawa przeważa?

- Niestety, historia pani Izy z Pszczyny uruchomiła lawinę opowieści kobiet, które zostały nie właściwie potraktowane na oddziałach ginekologicznych, nie tylko w kontekście przerywania ciąży, ale w ogóle. Fundacja Rodzić po Ludzku nie raz mówiła o tym, jak wiele psychologicznej przemocy jest w polskiej ginekologii, jak często lekarze nadużywają swojej pozycji, by straszyć, upokarzać, dyscyplinować.

- Co do zaświadczeń o zagrożeniu dla zdrowia psychicznego osoby w ciąży,  mogę opowiedzieć taką historię. Jakiś rok temu zadzwoniła do mnie pracownica dużego szpitala mówiąc, że dostała od ordynatora polecenie zgromadzenia informacji na temat tego, jak przesłanka embriopatologiczna, może wpływać na stan psychiczny ciężarnej. Odpowiedziałam jej wtedy, że takich danych nie mamy. Mamy za to bardzo dużo danych mówiących o tym, jak niechciana ciąża wpływa na kondycję kobiety. Z badań wynika, że zmuszanie kogoś do jej kontynuowania dwukrotnie zwiększa ryzyko wystąpienia zaburzeń emocjonalnych. Jak więc może wzrastać owo ryzyko, gdy stwierdzono poważne wady płodu?

Nie wiem, ale tu pewnie nie trzeba badań, wystarczy empatia.

- Albo własne doświadczenie - chyba każda osoba, która może zajść w ciążę , choć raz w życiu nerwowo wyczekiwała miesiączki i analizowała w głowie scenariusze: co się stanie, jeśli okresu nie będzie.

W liceum mówiło się: to będzie koniec świata.

- I dla wielu osób niechciana ciąża to rzeczywiście jest koniec świata. Dlatego chciałabym zaapelować do lekarzy, by pojęcie "zdrowia" interpretowali tak, jak zaleca WHO - szeroko, włączając w to pojęcie zarówno dobrostan fizyczny, jak i psychiczny. Przesłanka, dopuszczająca legalność aborcji w przypadku zagrożenia zdrowia i życia kobiety wciąż obowiązuje. Lekarze jednak z powołaniem się na nią często czekają do ostatniego możliwego momentu. Moja koleżanka porównała to kiedyś do sytuacji, w której widzimy, że w otwartym oknie stoi małe dziecko. Czekamy, aż maluchowi osunie się nóżka, czy może od razu ściągamy go z parapetu? Polscy lekarze widocznie wolą czekać.

Być może z polskich przepisów zniknie i ta przesłanka. Na posiedzeniu Sejmu 1-2 grudnia rozpatrywany będzie obywatelski projekt ustawy, zrównujący aborcję z zabójstwem i zakładający karanie kobiet, które przerwały ciążę nawet 25 latami więzienia. Jest się czego bać?

- Trudno jest mi traktować tę propozycję poważnie. Po pierwsze, tego rodzaju rozwiązania procedowane są nie pierwszy raz. Po drugie, jest to rozwiązanie tak skrajne, że mam nadzieję iż politycy zdają sobie sprawę, że jego przyjęcie pewnie odbije się na sondażach. Nie jest to też pomysł popularny - w Polsce tylko 8 proc. obywateli popiera bezwzględny zakaz aborcji oraz karanie kobiet. A i tak nie wiadomo, czy 25 latami więzienia.

- Z drugiej strony jednak, nie uważam, że tego rodzaju pomysły można lekceważyć. Myślę, że ich autorom chodzi nie tyle o wprowadzenie zmian w prawie, co o sianie zamętu, stygmatyzowanie i straszenie kobiet. To już odnosi efekty. Odbieramy telefony z pytaniami: czy moje dane są u was bezpieczne? Czy wy przestaniecie działać? Czy zostanę wezwana na policę? Procedowanie tego rodzaju zapisów jest niczym innym niż podsycaniem niepokoju i kpiną z kobiet.

Kiedy w 2016 roku po raz pierwszy mówiono o zaostrzeniu przepisów antyaborcyjnych na ulice wyszły setki tysięcy kobiet. Dziś, gdy proponuje się całkowitą delegalizację aborcji w panuje względna cisza. Energia się skończyła?

- Cykliczne procedowanie nowych, antyaborcyjnych projektów to działanie na wypalenie. Ludzie są zmęczeni nie tylko dyskusją wokół aborcji, ale życiem w Polsce w ogóle: sytuacją na granicy, pandemią, politycznymi sporami. Historia pani Izy z Pszczyny możne na moment znów ożywiła emocje, ale dla wielu osób dyskusja o prawach reprodukcyjnych jest tematem zastępczym. Poza tym wiele osób, które walczą o legalną aborcję, to te same osoby, które pomagają migrantom, wspierają społeczność LGBTQ, organizują korepetycje dla dzieci i robią wolonatryjnie tysiąc innych rzeczy w lokalnych społecznościach. My naprawdę jesteśmy już zmęczeni przejmowaniem na siebie obowiązków, należących do państwa.

Skąd człowiek wie, jak tworzyć aborcyjne państwo w państwie?

- W naszym przypadku każda z dziewczyn tworzących Aborcyjny Dream Team przeszła wcześniej jakąś aktywistyczną drogę: ja działałam w feministycznych organizacjach i byłam edukatorką seksualną,  Justyna tworzyła forum maszwybor.net, Kinga jest dyrektorką Woman Help Woman - organizacji wysyłającej tabletki do krajów penalizujących aborcję, Karolina to prawniczka. Poza tym, każda z nas miała za sobą aborcję farmakologiczną. Uznałyśmy więc, że naszym moralnym obowiązkiem jest dzielić się tą wiedzą.

- Miałyśmy też głębokie przekonanie, że nic nigdy się nie zmieni, jeśli nie będzie osób odważnie wkładających kij w mrowisko, zmieniających narrację. Zaczęłyśmy więc mówić coś, co dziś może jest akceptowalne, ale jeszcze kilka lat temu wywoływało duże kontrowersje: że aborcja jest ok, że nie musi być dramatem, że nie "jakieś tam kobiety robią aborcję", ale robią ją nasze koleżanki, sąsiadki, współpracowniczki. Że każda z nas może kiedyś potrzebować aborcji.

 Ponosicie za to konsekwencje?

- Prawne - nie. My udzielamy informacji, co nie jest nielegalne. Życie można jednak uprzykrzać nam na inne sposoby, na przykład jeżdżąc po Warszawie antyaborcyjna ciężarówką z naszym wizerunkiem, albo nazywając nas mafią aborcyjną. Nas trochę to bawi, ale nasze rodziny już nie. Dla nich jest źródłem stresu. Chociaż bywa też zabawnie.

W czasie tej rozmowy jeszcze się nie śmiałyśmy. Może nadszedł ten moment.

- Na przykład taka historia: zostałyśmy wezwane na komendę w sprawie wpisu na Facebooku. Najpierw miał przesłuchać nas policjant, ale kiedy zorientował się, o czym będzie mowa, oddał sprawę koleżance. Ona zadała pytania, wysłuchała, spisała zeznania. A po wszystkim wyjęła z torebki prywatny notes i spytała: to jak się te tabletki nazywają? Nie dla mnie,  dla koleżanki pytam. To pokazuje, jak powszechna jest potrzeba aborcji.

Wszyscy mówią, że legalizacja aborcji jest tylko kwestią czasu. Brak sankcji prawnych nie oznacza jednak braku sankcji społecznych. Myślisz, że Polacy powiedzą kiedyś: "aborcja jest ok"?

- Dopóki będzie istniał patriarchat, dopóty aborcja będzie stygmatyzowana.

Czyli się naczekamy.

- Ale niekoniecznie biernie. Akceptacja aborcji to z jednej strony cel, a z drugiej proces. Antyaborcjonistom zależy przede wszystkim na tym, żebyśmy były same i żebyśmy się wstydziły. Wstyd to potężna broń, skuteczne narzędzie kontroli społecznej. Można jednak neutralizować go na proste sposoby. Nie potrzeba bilboardów, reklam, kampanii społecznych. Wystarczy napisać na chodniku "aborcja jest ok", albo powiedzieć koleżankom, ot tak, bez okazji: jeśli którakolwiek z was będzie kiedyś potrzebować aborcji, to wiedzcie, że ja was nie ocenię. 

Zobacz również:

Babcie miały watę i było dobrze

Aborcja za granicą, a prawo. Ginekolog: Kobiety znikają z naszej opieki

Holandia opłaci Polkom aborcję

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: aborcja | ciąża

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje