Reklama

Reklama

Chłopcy już gaworzą

Nasze małe gaduły

Reklama

Mimo większych problemów z poruszaniem się, to właśnie Jeremi jako pierwszy pokonuje barierę między nieporadnym "gruchaniem" czy "głużeniem" a prawdziwym gaworzeniem. Jego "ga-ga", "ta-ta" czy "ba-ba" to dla nas wielka radość - nasz starszy syn Mikołaj miał i ma do dziś spore problemy logopedyczne... Jeremi z upodobaniem korzysta z nowej formy ekspresji. Gaworzy na nasz widok, zagaduje Ignacego podczas wspólnych wędrówek po dywanie w salonie - czasami buzia mu się nie zamyka. Ignacek nadal jest cichy, spokojniejszy, bardziej zdystansowany. Ale nie mijają nawet dwa tygodnie, a i on zaczyna wypowiadać wyraźne "pa- -pa" i "na-na". Z czasem rozgaduje się na tyle, że podczas jakiejś ważnej misji - np. wyprawy po wyjątkowo pożądaną zabawkę - zaczyna sam siebie dopingować, mówiąc po cichutku "a te, a te" czy "a da, a da".

Niania pinie poszukiwana

Niki dawno już postanowiła, że wróci do pracy, gdy bliźniaki skończą roczek. I choć mija dopiero siódmy miesiąc ich życia, postanawiamy rozejrzeć się za opiekunką. Szybko okazuje się, że zadanie nie będzie łatwe. Rynek pracy się zmienił, oczekiwania finansowe niań wzrosły, natomiast liczba osób szukających takiej pracy spadła. "Wszystko przez tę Unię Europejską" - wściekam się, przeglądając żałośnie skromne oferty w internecie. Zaczynamy od serwisu niania.pl, z pomocą którego przed laty znaleźliśmy panią Asię - świetną opiekunkę dla Mikołaja. Teraz jednak nie ma w nim żadnych ciekawych ofert. Próbujemy więc szukać na innych stronach, dawać ogłoszenia na forach internetowych. Bez efektu. W końcu dajemy sobie spokój z nowymi technologiami i wracamy do klasycznych rozwiązań: drukujemy ogłoszenia i rozwieszamy je na okolicznych słupach i tablicach. Wkrótce zaczyna dzwonić telefon i, niestety, w większości przypadków na tym się kończy. Jedne panie nie chcą się podjąć opieki nad dwójką dzieci, dla innych nasze bliźniaki są zbyt małe ("No, gdyby tak miały dwa-trzy latka..."), jeszcze inne proponują, że zajmą się nimi, ale we własnym domu ("A gdzie będą spały?" - pytamy. "No, mam taką kanapę w salonie..."). Wreszcie zapraszamy kilka najbardziej obiecujących kandydatek na rozmowy. Jedna prezentuje się dobrze, ale żąda tak wysokiego wynagrodzenia, że nie możemy sobie na to pozwolić. Druga jest tańsza, lecz na pytania udziela odpowiedzi, które jeżą nam włosy na głowie. "Co pani zrobi, gdy któryś z maluchów rzuci się z płaczem na podłogę w sklepie, bo będzie chciał w ten sposób wymusić kupienie słodyczy czy zabawki?" - pyta Niki. "Moja mama poradziła mi, żeby wziąć taką cienką witkę i bić nią po gołych nogach" - odpowiada potencjalna niania. W tej sytuacji pojawienie się pani E. traktujemy jak uśmiech losu. Dobrze wypada podczas rozmowy, bierze Ignacka na ręce (a ten nie płacze, choć to obca osoba!), zgadza się na nasze warunki finansowe. Co prawda jest młoda i nie ma zbyt długiej listy referencji, ale podobnie było z opiekunką Mikołaja, a przecież nie zawiedliśmy się na niej. Czy podobnie będzie z panią E.? Już wkrótce się przekonamy.

Dowiedz się więcej na temat: maluchy | Niania | bliźniaki | chłopcy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje