Reklama

Reklama

A dziewczynki jest coraz mniej

Kiedy przychodzi moment, gdy wszystko zaczyna się kręcić wokół niejedzenia? Część z nich mówi, że nie pamięta. Pozostali potrafią podać dokładną datę, kiedy anoreksja stała się częścią ich życia. I niewiele zabrakło, by je zakończyła.

"Jadłowstręt psychiczny (anoreksja z grec. anorexia nervosa: an = "brak, pozbawienie", orexis = "apetyt") - zaburzenie odżywiania polegające na celowej utracie wagi wywołanej i podtrzymywanej przez osobę chorą. Jednocześnie zaburzony jest obraz własnego ciała i występuje lęk przed przybraniem na wadze. Największe zagrożenie zachorowaniem dotyczy wieku między 14. a 18. rokiem życia" - podaje Wikipedia.

Reklama

Łatwiej jest mówić o anoreksji tym, którzy zajmują się nią zawodowo, trudniej opowiadać o własnych przeżyciach. To wymaga odwagi. Mówienia prawdy, szczególnie wtedy, gdy nie jest łatwa. Angelika się nie boi. Emilia też. Podobnie jak Kasia i Paulina. Być może za dużo przeszły, by czuć strach. Bo kiedy dochodzisz do miejsca, w którym granica między życiem a śmiercią staje się płynna i udaje ci się wrócić na jasną stronę, uświadamiasz sobie, że będąc w ciemności nie byłaś sama. Że takich ludzi jest więcej - jeszcze są dziećmi, nastolatkami, albo niedawno weszli w dorosłość.

Dla nich właśnie powstał Nastoletni Azyl, czyli strona internetowa za pośrednictwem której młodzi ludzie z problemami, nie tylko z anoreksją, mogą znaleźć wsparcie.

- Na początku była to zupełnie inna strona, nosiła nazwę "Przyszła Pani Psycholog". Wychodziłam z terapii i chciałam podzielić się wnioskami z niej. Pisanie w zeszycie szybko mi się nudziło, zapominałam o tym. Postanowiłam skorzystać z dzisiejszej technologii i tak powstał Nastoletni Azyl. Opowiedziałam o nim pani Iskierce - została opiekunką strony. Chwilę później zaczęłam szukać osób, które chciałyby mnie wesprzeć. Teraz jest nas czwórka - opowiada Angelika Friedrich. 

Dziewczyny pilnują, żeby zamieszczać na stronie rzeczy, które są bezpieczne i swoim pisaniem nie wyrządzić nikomu krzywdy.

- Staramy się każdy post kończyć tak, żeby było wiadomo, że nawet gdy czujemy się źle, chcemy walczyć. Wiemy, że to jeden dzień, albo pewien czas, w którym jest nam gorzej, ale w przyszłości będzie lepiej - mówi Angelika. Wspiera je Sabina Iskierka, psycholożka, psychoterapeutka i trenerka umiejętności psychospołecznych.

- Celem Azylu było stworzenie miejsca dla osób, które doświadczają różnych trudności psychicznych. Miejsca, w którym z jednej strony mogą się wypowiedzieć, a z drugiej otrzymać wsparcie, informacje. Najważniejsze jest rozbudzanie świadomości wewnętrznej i świadomości, że problemy psychiczne dotyczą wielu młodych ludzi - wyjaśnia terapeutka.  

Gdy pomoc zawodzi

Angelika nie od razu trafiła do odpowiedzialnego terapeuty. Najpierw zawędrowała do osoby, która zamiast wsparcia dała jej dodatkowy bagaż obciążeń. I poczucia winy. Twierdziła, że wszystko się naprawi, wystarczy wierzyć w Boga. Posiłkowała się historiami z Biblii i usiłowała narzucić pacjentce swoje zdanie. Potrafiła powiedzieć: "Popatrz na mnie, ja wyglądam chudziej".

Emilce też nie było łatwo. By trafić do odpowiedniej terapeutki przeszła przez gabinety dziewięciu fachowców, którzy - jak sama mówi - "może byli dobrzy, ale nie dla niej". Do psychiatrów też szczęścia nie miała. Pierwszy, do którego trafiła w wieku 12 lat, przepisał jej leki, których dziecko nie powinno brać.

Po czym poznać, że terapeuta jest dobry? - Pani, do której teraz chodzę, pomaga mi zrozumieć i zaakceptować emocje, które we mnie są. Czuję, że dużo z tego wynoszę. Poza tym spotkania mnie nie stresują, nie boję się mówić tego co myślę, ani nie czuję się oceniana - mówi Emilka. Wcześniej na temat pewnych rzeczy milczała. Słyszała nawet, że "nie wygląda na osobę z zaburzeniami odżywiania". Jedna z pań potrafiła odebrać telefon w trakcie sesji i tłumaczyć synowi, gdzie ma obiad, który może sobie odgrzać. Jej zdaniem właściwy terapeuta to taki, przy którym czujemy się dobrze. Powinien być empatyczny, powinno mu zależeć na pacjencie - wtedy można zaufać. Natomiast nie można się bać.

Kiedy dieta wymyka się spod kontroli

- Osoba, która ma zaburzenia odżywiania, nie kontroluje tego, nie zdaje sobie sprawy, że ta dieta nie jest OK, czy ten blog nie jest OK. Ciężko jest określić początek, kiedy zaczyna dziać się coś złego. Ja takiego początku nie zauważyłam - mówi Angelika.

Emilka opowiada, że ze słowem "anoreksja" zetknęła się po raz pierwszy gdy miała 6 lat. Przeczytała je u brata w encyklopedii.

- W przedszkolu i na początku szkoły często byłam samotna. Dopiero w II klasie podstawówki znalazłam przyjaciół. Gdy byłam mała, miałam kilka kilogramów nadwagi, ale nie uważam, żebym była gruba. Zabolało mnie natomiast jak pediatra powiedziała wprost, że jestem gruba. Myślę, że zdecydowanie brakowało jej empatii, jednak była uznawana za dobrą lekarkę, więc rozumiem, że rodzice mnie do niej zabierali. Wiem, że chcieli dobrze - opowiada Emilka.

Kiedy zaczęło być źle? 

- W V klasie nie miałam już nadwagi, jednak nadal czułam się niewystarczająco dobra. Rok później zaczęłam pierwsze głodówki, ale nie straciłam znacząco na wadze. Dopiero w I gimnazjum, kiedy trafiłam do innej klasy niż chciałam, zaczęła rozwijać się anoreksja. Sama nie wiem, kiedy okazało się, że nie umiem już normalnie jeść. Gdy poszłam na imprezę rodzinną przerażało mnie zjedzenie kawałka tortu i odstąpienie od diety na jeden dzień - wspomina Emilka. I dodaje: "Myślę, że takie zachowania pokazują, że już coś jest nie tak. Wtedy też mama zaczęła zwracać na mnie bardziej uwagę, jednak pomimo jej próśb, nie byłam w stanie przestać." 

Z czasem jedzenia było coraz mniej. Dziewczynki też było mniej, chudła coraz bardziej. Nauczyciele zaczęli zauważać, że coś jest nie tak. Rozmowy nie pomagały. Kiedy waga Emilki spadła do 40 kilogramów, mama zabrała córkę do psychiatry. Tego, który przepisał niewłaściwe leki.

Angelika czuła, że ma problem. O pomoc zwróciła się do znajomych i przyjaciół. Oni zresztą już coś podejrzewali. Czujnością wykazał się też wychowawca. Na szkolnej wycieczce zauważył, że oddawała talerz pełen jedzenia. Pedagog wezwała mamę na rozmowę. Gdyby nastolatka nie trafiła na uważnych nauczycieli, wszystko mogłoby potoczyć się inaczej.

- Angelika w tym czasie wyglądała już bardzo źle - wspomina Sabina Iskierka. Doskonale pamięta, kiedy piętnastolatka do niej trafiła. Od tamtej pory minęły trzy lata.

Robić to dla siebie

- Ważne jest, żeby iść na terapię dla siebie, a nie dla rodziców, którzy do tego zmuszają. Potrzebowałam zrozumieć, że to ja muszę chcieć się leczyć. Niestety, w niektórych przypadkach zmuszenie do leczenia jest potrzebne - tu chodzi o życie drugiego człowieka. Osoba chora na anoreksję nie myśli racjonalnie i dopóki ktoś nie pomoże jej tego poukładać, różne niebezpieczne rzeczy mogą się podziać. Nie dostarczając sobie odpowiednich składników odżywczych cierpi nasze zdrowie fizyczne - mówi Angelika.  

Emilka z kolei dostała ultimatum: albo szpital, albo współpraca. Bardzo nie chciała tego pierwszego. Zaczęła więc współpracować z dietetyczką, która oprócz wsparcia, układała jadłospis tak, żeby przyrost wagi był stopniowy i jednocześnie łatwiejszy do zaakceptowania. Do tego doszły leki, przepisane przez właściwego psychiatrę. Powoli oswajała się z jedzeniem.  

Nie jest łatwo rozpocząć terapię, zwłaszcza, że specjalistów zajmujących się anoreksją jest jak na lekarstwo.

- Anoreksja jest bardzo poważną i groźną chorobą. W żadnym wypadku nie należy jej lekceważyć, gdyż może się to skończyć utratą życia. Angelika, kiedy trafiła do mnie była już w bardzo złej kondycji - wspomina Sabina Iskierka.

Ludzie nie rozumieją zaburzeń psychicznych. Anoreksja jest spektakularna ze względu na jej widzialność. "Ona nie je" - myślą sobie, ale nie przychodzi im do głowy, że ona choruje na niejedzenie. Anoreksja jest bardzo poważną chorobą. Śmiertelną.

Dowiedz się więcej na temat: anoreksja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje