Reklama

Reklama

Bliźnięta w oknie życia

10 lat temu historia nowo narodzonych chłopców poruszyła opinię publiczną. W tamtym okresie idea zakładania "okien życia" była gorąco dyskutowana. Dziś już prawie nikt nie wątpi w sens ich istnienia.

Jest ich dwoje!

Pierwszy taki przybytek w Polsce otwarto w 2006 roku dzięki staraniom Kurii Metropolitalnej i Caritas Archidiecezji Krakowskiej. Komentarze towarzyszące temu wydarzeniu były różne, ale na szczęście większość głosów było głosami aprobaty.

Cztery lata później, w sierpniowy wieczór w krakowskim domu zakonnym sióstr nazaretanek przy ul. Przybyszewskiego rozległ się dzwonek. Nieczęsty to sygnał. Do tamtej pory można go było usłyszeć trzynaście razy, bo tyle dzieci zostało umieszczonych w "oknie życia". Nazaretanki wiedziały, co to oznacza, ruszyły z miejsc. W pomieszczeniu, do którego prowadzi podłużne okienko, znajdowały się dwa maluchy - bliźnięta.

Reklama

Wcześniej do rodzimych "okien życia" trafiały zawsze pojedyncze noworodki, dlatego informacja o nowo narodzonych chłopcach odbiła się w kraju szerokim echem. Bliźnięta były zadbane, czyste, ładnie ubrane. Ich ciała nosiły ślady pierwszych szczepień, a miejsca po kikutach pępowin wyglądały na prawidłowo zabezpieczone.

Nie znaleziono przy malcach żadnego listu, choć rodzice noworodków trafiających do "okien" niekiedy czują potrzebę, by napisać kilka słów. Siostry zajęły się dziećmi i powiadomiły Klinikę Neonatologii Szpitala Uniwersyteckiego. Stwierdzono, że chłopcy są okazami zdrowia i ustalono, że urodzili się tydzień wcześniej właśnie tam. Otrzymali imiona Piotr i Paweł, znaleźli dom.

Po pierwsze, dyskrecja

Historia "okien życia" jest długa. Pierwsze powstawały we Włoszech, na wzór okna w rzymskim Kościele Świętego Ducha, w którym kobiety mogły zostawiać noworodki już w 1198 roku. Dzięki tej inicjatywie udało się uratować dziesiątki małych Włochów - wcześniej zdesperowane, osamotnione i piętnowane matki, nie widząc innej możliwości, wrzucały dzieci w odmęty Tybru.

Dziś rodzic nie musi się obawiać, że głośny dźwięk przyokiennego dzwonka zaalarmuje całą okolicę i zbiegną się ludzie. Bardzo dyskretny sygnał usłyszą wyłącznie osoby pracujące na miejscu. Nikt też nie będzie gonić oddalającej się matki czy ojca. Zakonnice (lub pracownicy świeccy) zawiadamiają policję oraz placówki szpitalne, z którymi współpracują. Reagują natychmiast, przeważnie rzucają wszystko i biegną, ale robią tak dlatego, by dziecko tymczasowo powierzone ich opiece nie musiało czekać na pomoc ani chwili dłużej i od razu zaznało troski. W pokoju z oknem jest ciepło, ale dba się o to, by żadne dziecko nie przebywało tam dłużej niż to konieczne.

Dzieci po badaniach w szpitalu trafiają zwykle do pogotowia opiekuńczego, stamtąd do ośrodków adopcyjnych, które wszczynają procedurę adopcji poszukując im nowych rodziców. Chętnych nie brak - po tak małe dzieci ustawiają się wręcz kolejki oczekujących. W międzyczasie, maluchy o których pochodzeniu nie wiadomo nic, otrzymują tożsamość. Jeśli służbom udaje się skontaktować z matką, gwarantując jej w dalszym ciągu pełną anonimowość, pytają, czy nie zmieniła zdania, bo zdarza się i tak. Gdy okaże się, że jest zdecydowana, że woli oddać dziecko, sąd wyraża zgodę na adopcję.

Nie każda kobieta zdaje sobie sprawę, że korzystniejszym rozwiązaniem jest pozostawienie dziecka w szpitalu (ma sześć tygodni na zmianę decyzji) - wówczas wszystko się upraszcza, procedury trwają dużo krócej, a dziecko ma szansę trafić do adopcji już po około trzech miesiącach. Matka nie ponosi żadnych prawnych konsekwencji swojej decyzji.

Mimo że dzięki "oknom życia" udało się w Polsce uratować ponad setkę dzieci, mnogość tych przybytków oraz brak regulacji prawnych zaniepokoił Komitet Praw Dziecka ONZ, który w 2015 nawet wzywał do zastąpienia "okien" innymi rozwiązaniami, np. porodem anonimowym, wariantem stosowanym m.in. w Niemczech.

Dochodziło też do zadziwiających sytuacji - do "okien", pomyślanych jako miejsca ratowania noworodków, trafiały kilkumiesięczne niemowlęta albo nawet niemal dwuletnie dzieci. Policja nie ściga jednak rodziców, którzy zdecydowali się na tak desperacki krok, o ile te dzieci są zadbane i nie zachodzi podejrzenie, że były ofiarami przemocy.

Zobacz również:

*** #POMAGAMINTERIA Pięć rodzin, pięć dni i piętnaście wymagających treningów. Obóz Muay Thai, którego pierwsza edycja odbyła się w zeszłym roku, jest szansą dla młodzieży w spektrum autyzmu na poznanie smaku zdrowej rywalizacji, wygranej, a czasem także porażki. Jak mówią organizatorzy: "To, że nasi podopieczni nie utrzymują kontaktu wzrokowego z rozmówcą, nie znaczy, że nie mają nic do powiedzenia. Sport uczy nas szacunku do siebie i każdego rywala. Jeśli tego nie zrozumiesz, oddalasz się od mety". Organizacja tegorocznej edycji wciąż stoi pod znakiem zapytania, jednak dzięki ludziom dobrej woli szanse na wyjazd z każdym dniem rosną. I ty możesz pomóc! Sprawdź szczegóły! 

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy