Reklama

Reklama

Codzienność jest mało atrakcyjna

- Potrzebujemy ludzi nawet po to, żeby nas wkurzyli w autobusie, to daje pretekst do rozmowy z kimś bliskim. Dziś nawet nie mamy się na kogo wkurzać. Marnujemy za dużo energii na obawy o przyszłość. Jak długo można się nieustannie obawiać? – pyta pedagog szkolny, mgr Ewa Wójcikiewicz ze Szkoły Podstawowej w Mstowie.

Ewa Koza, Interia.pl: Z jakimi problemami dzieci przychodziły do pani przed pandemią?

Reklama

Ewa Wójcikiewicz: W normalnym trybie nauki dominują typowe dla małoletnich problemy wynikające z dojrzewania emocjonalno-społecznego. Zdarzają się konflikty w grupach rówieśniczych, incydentalnie zaczepki czy przepychanki. W starszych grupach pojawiają się smutki i rozterki związane z pierwszymi miłościami. Czasem dzieci przychodzą porozmawiać, bo nie rozumieją, że mamy prawo do odmiennych opinii, różnych emocji i wizji świata. Bywa, że nie radzą sobie z nieporozumieniami w domu. Okres dojrzewania jest dla niech trudny, również w kontekście relacji z rodzicami.  

Co się dzieje teraz, kiedy funkcjonują w trybie on-line?

- Częściej ja kontaktuję się z dziećmi, niż one ze mną. Szczególnie dbam o utrzymanie relacji z tymi, o których wiem, że mają trudniej. Uczniowie wyciszają kontakt. Jeszcze wiosną, w trakcie lockdownu,  miałam z nimi bardzo dobrą, żywą, choć zdalną, relację. W tym memencie reagują sporadycznie. Nie wykazują zainteresowania rozmową, zamykają się w swoim świecie. Chcą sobie radzić na własną rękę, często z pomocą internetu. Problemy zgłaszają zaniepokojeni rodzice.

- Jeśli proponuje uczniom spotkanie, zdalne oczywiście, nie widzę zainteresowania z ich strony. Nawet nie otwierają linku z przesłanymi informacjami. Wolą zostać sami, bezkarni we własnym myśleniu. Nie chodzi o to, że robią coś złego, bo większość nie, ale budują swój autonomiczny świat i próbują się w nim odnaleźć. Najsmutniejsze, że te dzieci stopniowo się od nas odsuwają.

- Jestem w stałym kontakcie z dziewczynką, która ostatnio bardzo przeżywała, że źle poszła jej klasówka. W tle słyszałam matkę "przecież to tylko jeden sprawdzian, jeden stopień, poradzisz sobie, poprawisz to". Zastanawia mnie, ilu uczniów ma w domu takie wsparcie, a ilu zostaje z takimi problemami samych. Pojawia się grupa dzieci przekonanych, że nie muszą rozmawiać o problemach, a rozwiązać je samodzielnie. 13-14-latki z wieloma zagadnieniami przestają zgłaszać się do dorosłych. Próbują o wielu sprawach, choćby intymnych, decydować sami. Nie umieją o nich mówić.

Nauczanie zdalne nie jest dla dziecka komfortowe?

- Dochodzą nowe problemy, na przykład społeczno-emocjonalne, których młody człowiek nie umie odczytać. Gafy w trakcie spotkań na platformach i komunikatorach, które dzieci długo przeżywają. Praca z użyciem programów do nauki zdalnej nie daje im poczucia komfortu. Mają świadomość, że siedzą przed monitorami, a za plecami stoją lub siedzą na kanapie mama, tata, babcia, albo siedzą na kanapie i słuchają. To nie są warunki, w których dziecko może się skoncentrować na omawianym zagadnieniu i swobodnie uczyć, tak jak dzieje się to w klasie, w której jest nauczyciel i grupa rówieśników. Zdarza się, że uczeń nie ma w domu swojej przestrzeni, a czasem, nawet jeśli ma swój pokój, rodzice celowo przychodzą na niektóre lekcje, by go zdopingować. Nie biorą udziału w zajęciach, siedzą z tyłu, niewidoczni, ale są. Przychodzą, bo chcą być pewni, że ich pociecha pracuje. Dzieciaki mówią o tym rówieśnikom. Rodzicowi nie zawsze mają odwagę powiedzieć: "mamo, tato, wolałbym zostać sam". Może warto zastanowić się czy ktoś z nas, dorosłych, chciałby pracować pod taką obserwacją?

- Nie wszystkie rodziny w Polsce mają tak komfortowe warunki, żeby każdy uczeń miał swój pokój i konieczny do nauki sprzęt. Mam kontakt z dwoma braćmi, którzy pracują w jednym pokoju. Rozmawiając ze mną chłopiec musi wyłączyć na chwilę mikrofon, bo inaczej słyszę nauczyciela, który prowadzi zajęcia z jego bratem. Zdarza się, że w pokoju jest jeszcze babcia, albo rodzic, który chce zmotywować synów. Dla dziecka to duży dyskomfort. Przecież ma świadomość, że udzielając odpowiedzi, może strzelić gafę, którą usłyszy nie tylko klasa i nauczyciel, ale też osoby postronne. Młody człowiek czuje się obserwowany. Z kadrą nauczycielską nazwaliśmy to "permanentną hospitacją". To nie jest dobre dla dzieci. 

Chciałam zapytać, czy w ostatnich tygodniach dzieci odważniej proszą o pomoc, ale chyba nie ma to sensu.

- Raczej wychowawcy wyłapują i zgłaszają problem. Jeśli chodzi o grupę zawodową - jest dobrze, mamy ze sobą stały kontakt. Nie zostawiamy problemów, tylko dlatego, że dzieci uczą się z domu. Po pomoc zwracają się też rodzice, jestem z nimi w kontakcie. 

- Jedna ze spraw, z którą zgłosiło się dziecko, dotyczyła cyberprzemocy. Chłopak napisał do mnie, bo kolega go obrażał. Jednak kontakt zainicjowany przez ucznia jest rzadkością. Regularne telefony miałam tylko od jednej dziewczynki. Jeśli są to sprawy techniczne, kłopoty z logowaniem, cyberprzemocą - dzieci odezwą się szybciej. Gdy problem dotyczy spraw osobistych, nie jest już tak łatwo. Im dłużej pozostajemy w trybie nauki zdalnej, tym bardziej dzieci wyciszają kontakt.

- Jeśli fizycznie spotkają się na przerwach, po lekcjach, szybciej przyjdą porozmawiać. Potrzebna jest interakcja, wtedy nawiązują się inne relacje między dziećmi: ten mi coś pokazał, tamten zaimponował, kolejnemu czegoś zazdroszczę. Zmysł wzroku, słuchu i fizyczna obecność drugiego człowieka jest bardzo ważna dla każdego z nas. Dziś dzieci są wyizolowane. Na zewnątrz mogą wychodzić tylko po 16-tej, pod opieką rodzica. Przecież o tej godzinie w grudniu jest już zupełnie ciemno. Wiosenny lockdown miał zupełnie inny wydźwięk. Dzień robił się coraz dłuższy, dzieci nawet będąc na podwórku, widziały się przez ogrodzenie. Teraz częściej widują się przez ekran komputera.

Czy dzieci zgłaszały pani obawy związane z pandemią?

- Rzadko. Nawet gdy był obowiązek noszenia maseczek, zdarzało się, że bagatelizowały sprawę. Kiedyś na przerwie zauważyłam, że dmuchały na siebie. Coś w stylu "ja się nie boję, przecież to ściema". Różnie jest, przecież słyszą rozmowy rodziców. Predyspozycje osobowe też mają wpływ na funkcjonowanie dziecka w nowej, nie do końca jasnej, sytuacji.

- Dzieci raczej podchodzą do sprawy spokojnie, są przekonane, że dla nich to nie jest wielkie zagrożenie, chyba, że spotkały się już z chorobą w rodzinie, wtedy można zauważyć różnicę. Te dzieci nosiły maseczki, dbały o dezynfekcję, ignorowały komentarze: "po co ci ta maseczka?". Po prostu wiedziały, że to ważne.

- Wszystko buduje się na bazie doświadczeń. Jeśli dziecko radzi sobie z problemami - utwierdza się w przekonaniu, że da sobie radę. Jeśli dany sposób działania przynosi wymierny skutek, idzie dalej. Pląta się, ma trudności - mając siłę - prosi o pomoc, najpierw osoby najbliższe, z którymi ma dobry kontakt. Jeśli są to tematy krępujące, z którymi dziecko nie umie sobie poradzić - szuka osoby bezpiecznej.

- Dziewczynki w szkole czasem przychodzą zapytać czy nie mam podpaski, bo zaczęła im się miesiączka, a nie zabrały ze sobą. Dziecko wie, że samo sobie nie poradzi. Niekoniecznie może zapytać koleżankę, bo nie wie, jaki będzie odzew, może usłyszeć: "jak to, nie stać cię, nie wzięłaś, nie myślisz?" Przychodzi do mnie. Rozmawiam z nią, jak sobie z tym radzi, czy dba o siebie. Jest przestrzeń do dyskusji.

Smutne, że z takiego poziomu otwartości i zaufania wyrasta teraz mur milczenia.

- Środki masowego przekazu karmią się rekordami, statystyką, a codzienność stała się mało atrakcyjna. Dziecku łatwiej otworzyć komputer, przeczytać nagłówki, bo rzadko kiedy prześledzi cały artykuł. Młodzi ludzie karmią się tym, co napisano wielkimi literami, dramatami i katastrofami. Ile jest artykułów w stylu: "drogie dzieci, dzisiaj coś dla was, spójrzcie, proszę, na świat, zobaczcie, że jest piękny i możemy się cieszyć. Jest wirus, musimy zmierzyć się z nową sytuacją i żyć. Nie możemy wyjść do kina czy teatru, ale możemy obejrzeć z rodzicami film familijny, który dobrze się kończy. Nie science fiction, gdzie latają śmiercionośne potwory. Nie karmmy się cały czas tym, co jest dla nas złe, odbiera energię, przeraża i przygniata. Szukajmy normalności, żyjmy tradycja. Ucieszmy się z nadchodzących świąt. Nie z promocji w marketach, ale pięknej polskiej tradycji Bożego Narodzenia"?

- Musimy pokazywać dzieciom świat takim, jakim jest, nie wygładzać go, Mówić, że są problemy, ale robić to naturalnie i nie wywoływać w dziecku lęku. Mamy tego wszyscy za dużo. Trzeba pokazywać im, że jest piękny świat, który trochę się schował się za wspomnianym murkiem. Musimy to zrobić razem, nauczyciele, pedagodzy, rodzice i całe społeczeństwo, bo mamy piękne, zdrowe dzieci. Te z niepełnosprawnością są jeszcze piękniejsze i do nich powinniśmy uśmiechać się znacznie częściej.

Dowiedz się więcej na temat: pedagog

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje