Reklama

Reklama

Czy każdy musi być najlepszy?

Dzieci coraz częściej padają ofiarą nadmiernych oczekiwań ze strony dorosłych.

"Mamo boli mnie brzuch" - córka rano przychodzi do łóżka rodziców. Mama ją przytula, przygotowuje termofor z gorącą wodą, szuka kropli żołądkowych, choć myśli sobie: "Może lepsze byłyby "dobre" bakterie. Oby to tylko nie była grypa żołądkowa." 

Reklama

Córeczka zostaje w domu. Przy następnej podobnej sytuacji, mama zaczyna się niepokoić - bo mamy tak już mają. Gdy zdarza się to trzeci raz, zaczyna się zastanawiać: "Może pójść do lekarza? A gdzie Cię boli? To może najpierw zrobimy usg?"

Oczywiście badanie nic nie wykazuje. I przy kolejnym bólu brzucha rano w poniedziałek przed szkołą, mama - bo jak każda kobieta ma w sobie coś z Sherlocka Holmesa - zaczyna kojarzyć fakty. "Dlaczego brzuch boli ją przed szkołą, a nigdy nie zdarza się to w weekendy, dlaczego gdy zostaje w domu, po dwóch godzinach po bólu nie ma śladu, dlaczego?" Ponieważ jest kobietą wykształconą, słyszała o nerwicy szkolnej. 

I tak oto wszystkie fakty zaczynają łączyć się w jej głowie i jedyny wniosek na wyjściu - ale na razie w postaci hipotezy - to: "Czy jest możliwe, aby moje dziecko miało nerwicę szkolną?". I zaczyna się baczna obserwacja i "matczyne szpiegostwo".

Czasami sami tego nie zauważamy jak zupełnie mimochodem wtłaczamy własne dzieci w jakieś "tory", w jakiś sposób myślenia o świecie. Niekoniecznie musi to wyglądać tak, że sadzamy dziecko na krześle i prosto w oczy mówimy mu "Zosiu, Kasiu, Franku - chcę żebyś był najlepszy!". No nie, raczej tak to się nie odbywa. Częściej przekaz jest bardziej "zakamuflowany". 

Po powrocie ze szkoły pytamy "Jak poszło na sprawdzianie? Jaką dostałeś(aś) ocenę?". Przy "czwórce" unosimy ze zdziwienia brwi, przy "trójce" - pytamy: "A dlaczego? Co się stało?" I dalej: "A co dostali inny? A co dostał Heniek, Staś...?" Skutki naszej presji (choć może się nam wydawać, że przecież żadnej specjalnej presji nie stosujemy) bywają opłakane. Może się nam wydawać, że przecież dbamy w ten sposób o przyszłość naszych dzieci, one mogą to zaś odczytać jako konieczność wybicia się ponad rówieśników. 

Zaczynają uważać wszystkich wokół za rywali i potencjalne przeszkody do sukcesu. Skutki łatwo przewidzieć: alienacja i agresja, zawiść wobec zwycięzców i pogarda dla przegranych, oglądanie świata w kategoriach wygrana - przegrana, brak kształtowania umiejętności współpracy. W konsekwencji poczucie wartości staje się chwiejne, bo skoro sukces potwierdza tylko zwycięstwo nad innymi, to wartość można czuć tylko od czasu do czasu.

Badanie przeprowadzone w latach osiemdziesiątych przez A. Norem-Hebeisena i D. Johnsona wśród uczniów szkół średnich pokazało, że ci, którzy przystępowali do rywalizacji "charakteryzowali się poczuciem własnej wartości bardziej uzależnionym od ocen i wyników". Czyli tak naprawdę ich samopoczucie zależało od świata zewnętrznego, od ocen, jakie otrzymywali i o ile były one pozytywne, czuli się dobrze, a jeśli negatywne ich psychika cierpiała.

Motywowani byli lękiem. A lęk przed niepowodzeniem to zupełnie coś innego niż pragnienie sukcesu. Radzenie sobie ze skutkami własnych niepowodzeń, zabiera nam tyle czasu, że brakuje nam już energii na zrobienie czegoś, co prowadzi do sukcesu. I gdy presja zewnętrzna znika, znika chęć też do robienia określonych rzeczy (np. uczenia się).

I tu dochodzimy do paradoksu. Nasze "przykręcanie śruby" wcale nie musi przynieść efektów! Im bowiem mocniej naciskamy na dziecko, np. żeby odrobiło zadanie domowe, ono często chroni swoją autonomię poprzez jawny bunt albo jakiś rodzaj oporu: zapomina, odkłada na potem, znajduje coś innego do roboty, marudzi. 

Z drugiej strony nacisk na dobre stopnie, może spowodować, że faktycznie dziecko zacznie je "zdobywać", ale "koszty" mogą pojawić się po drodze, czy to psychiczne, czy somatyczne (z ciała).

Jeśli zdarzają się nam podobne sytuacje, zastanówmy się, czy "nie za mocno przykręcamy śrubę". Bo będzie jak ze stalowym prętem. Możemy go zginać, on się poddaje, poddaje, ale tylko do pewnego momentu i ... pęka. I wcale nie znaczy to, że wygraliśmy. Stres w dziecku rośnie, rośnie i zaczyna przejawiać się w różnych dziwnych formach, jak np. w objawach somatycznych, jak ów ból brzucha naszej ukochanej córeczki, dla której chcieliśmy przecież jak najlepiej.

Dla Interia.pl: autorki bloga PsychologiaPrzyKawie.pl



***Zobacz materiały o podobnej tematyce***




Dowiedz się więcej na temat: rywalizacja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje