Reklama

Reklama

Czym zastąpić kij i marchewkę, aby dziecko wyrosło na szczęśliwego człowieka?

Rodzimy się wolni i pełni marzeń. Droga przez życie, obstawiona zakazami i nakazami, ogranicza naszą wolność i zabija pasję. Kto zatem stawia zakazy i nakazy, mówi co wypada i nie wypada, co warte nagrody a co zasługuje na karę. W pierwszej linii są to rodzice i rodzina w drugiej – szkoła, społeczeństwo, media itd. Chcąc pomóc w życiu młodemu człowiekowi często niszczymy w nim to co najcenniejsze.

A przecież każdy rodzic chce szczęścia swego dziecka, a może tylko projekcji własnego wyobrażenia o tym jak powinno wyglądać szczęśliwe życie...  

Reklama

Nasze ambicje vs wrażliwość i marzenia dziecka  

Pragnieniem większości rodziców jest wychowanie dziecka na porządnego, uczciwego człowieka, który w życiu osiągnie pewien poziom (im wyższy tym lepszy) i będzie żył dostatnio. Doskonale wpasuje się w struktury i wtopi w społeczeństwo. Będzie ogólnie lubiany i poważany. Wielu dorosłym marzy się również, że ich pociecha zostanie osobą sławną lub autorytetem w jakiejś dziedzinie. Jest to oczywiście projekcja własnych marzeń i mylnych wyobrażeń na temat tego co da szczęście dziecku. Stworzona jest jednak w większości wypadków z dobrej woli.

Po zaprojektowaniu świetlistej przyszłości swego maleństwa rozpoczyna się etap kształtowania młodego człowieka. Etap trwający tak naprawdę całe życie, w którym po drodze młody człowiek zamieni się w dorosłego, a rolę rodzica przejmą struktury, w których będzie funkcjonował. Gdzie w tym całym dążeniu do zapewnienia szczęścia naszemu dziecku jest jego radość, pasja i to co faktycznie daje mu szczęście?

Czasem nigdzie, a czasem (jeżeli rodzic wykazuje się pewną wrażliwością) w jakiejś części. Zakłócanej jednakże  poprzez nieumiejętne wspieranie i ograniczoną uważność dorosłych. Jak więc sprawić, żeby pociecha w dorosłym życiu była spełnionym, dobrym człowiekiem? Jak wychowywać? Karać czy nagradzać? A może istnieje złoty środek wychowania...

Metoda kija i marchewki  

Zrób porządek to dostaniesz nagrodę. Odrób lekcje to będziesz mógł się pobawić. Wyprowadź psa a pójdziemy na lody. A może być jeszcze gorzej... Jak  nie wyrzucisz śmieci to dostaniesz karę albo jak nie będziesz grzeczny to nie pojedziesz do Tosi na urodziny. Można? Można. Ale zdecydowanie nie powinniśmy. To nie jest motywowanie i sposób na wychowanie szczęśliwej osoby. Co więc nami kieruje, że chcąc czegoś od dziecka (i dla jego dobra) stosujemy swoisty szantaż i próbujemy przeprowadzić niecną transakcję. To najkrótsza droga do celu, jakim jest posłuszeństwo dziecka i wykonanie przez niego pewnej, korzystnej (z naszego punktu widzenia) dla niego czynności.

Cel ten okupiony jest jednak poważnymi konsekwencjami. Po pierwsze dziecko traci autonomię i zaczyna działać pod dyktando, jak Pinokio na sznurkach. Taki długotrwały proces wychowawczy doprowadzi do zaniżonego poczucia własnej wartości i uzależnienia decyzji od woli innych a w przyszłości wychowa nam sfrustrowanego, bojącego się życia człowieka. Po drugie unicestwia komunikację rodzica z dzieckiem. W transakcji to nagroda staje się ważna, staje się komunikatorem. Dziecko przestaje budować relację z nami, dla niego celem staje się to co dostanie. My przestajemy istnieć jako autorytet, przewodnik życiowy czy przyjaciel.

Po trzecie i chyba najsmutniejsze: metoda kija i marchewki zabija kompetencje dziecka bo przecież przestaje robić coś bo lubi i przestaje rozwijać się gdyż robi tylko minimalną część, która jest potrzebna do osiągnięcia nagrody lub uniknięcia kary. W takim razie kij czy marchewka?   


Dowiedz się więcej na temat: wspieranie dziecka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje