Reklama

Reklama

Do operacji Filipka zostało niewiele czasu

Los wystawiał Filipka i jego najbliższych na prawdziwie masakrujące ciosy. Chłopczyk nie walczy z jedną chorobą, a z całą ich listą. Jego mama już kilkakrotnie słyszała, że to koniec. Gdy pojawiła się nadzieja na operację ostatniej szansy w USA i udało się zebrać potrzebną kwotę, okazało się, że trzeba doliczyć jeszcze gigantyczne koszty specjalistycznego transportu.

Tak złożona wada serca to właściwe wyrok. Serce jednokomorowe, nieprawidłowy spływ żył płucnych, nadciśnienie płucne, brak przepływu krwi z lewego płuca do serca... To chyba zbyt wiele jak dla sześciolatka, prawda?

Reklama

Operacja ostatniej szansy, trudna i skomplikowana zaplanowana jest na 7 października. Przeprowadzi ją zespół fachowców z Boston’s Children Hospital. Nigdzie indziej nie odważono się podjąć tej próby. Mama Filipa słała zapytania do klinik na całym świecie i wszędzie spotykała się z odmową. Na szczęście bostońscy lekarze mają doświadczenie w przeprowadzaniu tego typu zabiegów. Koszty? Astronomiczne, wielka suma do zebrania "na już". W odpowiedzi na apel mamy nadeszła pomoc od wielu ludzi dobrej woli, w tym też od czytelników Interii.

Gdy wydawało się, że szczęśliwe zakończenie jest w zasięgu ręki, okazało się, że transport chłopca do Stanów Zjednoczonych nie będzie możliwy w ramach regularnych połączeń. Linie lotnicze nie mogą podjąć ryzyka i odmówiły przewiezienia tak chorego pacjenta. Słowem, konieczny jest specjalistyczny transport medyczny (odpowiednio przystosowany samolot, a w nim zespół medyków), aby Filip mógł bezpiecznie dolecieć do celu.

Koszty transportu znacznie przewyższają koszt samej operacji - do kwoty zbiórki trzeba było doliczyć ponad milion złotych. W chwili powstawania tego artykułu brakowało jeszcze ponad 260 tysięcy złotych. Dużo? Bardzo. Ale w porównaniu z pierwotną kwotą to już "kropla", lecz bardzo potrzebna. Czasu jest coraz mniej. Nie chodzi tylko o zbliżający się termin operacji - wycieńczone serce chłopca ma coraz ciężej. Każde kolejne uderzenie, każdy oddech należy rozpatrywać w kategoriach cudu.

O tym, że będą problemy, mama Filipka dowiedziała się w 24. tygodniu ciąży. Wtedy usłyszała o diagnozie i trzech koniecznych operacjach, jakim chłopiec zostanie poddany, gdy już przyjdzie na świat. Usłyszała też, że dziecko żyje teraz, będąc w brzuchu, ale nie znaczy to, że będzie żyć po narodzinach. To był cios. Przecież każda przyszła mama czeka na narodziny, a nie na śmierć swojego dziecka! Tuż po narodzinach malec był reanimowany. Pierwszy, ale nie ostatni raz...

Z trzech zaplanowanych operacji zrobiło się siedem, a to przecież jeszcze nie koniec. Ta najważniejsza jest dopiero przed nim. Dodatkowo, malec w swoim krótkim życiu zdążył być poddany przeszło dwudziestu zabiegom. Do każdego z nich niezbędna była narkoza, co oznaczało kolejne obciążenia dla organizmu i zagrożenie atakiem padaczki. Pewnego razu to, co było zagrożeniem stało się faktem, mały pacjent przeżył taki atak. Potwornie długi, bo dwugodzinny.

Doszło do tego, że szpitalną rzeczywistość chłopiec poznał lepiej niż własne podwórko. Nie oznacza to jednak, że ją oswoił. Cierpliwie znosił bolesne zabiegi, wkłucia, podawanie leków, ale w końcu tego wszystkiego zrobiło się zbyt dużo. Dziś każda perspektywa hospitalizacji przeraża malca, który w swoim sześcioletnim życiu wycierpiał więcej aniżeli większość dorosłych. Podczas jednej z operacji jego wycieńczone serce spuchło tak bardzo, że przez pewien czas nie można było zamknąć klatki piersiowej. Widok ten rozdzierał inne serce - matczyne.

Teraz Filip nie ma sił na zabawę, dom stał się jego azylem i więzieniem jednocześnie - każda infekcja mogłaby okazać się dlań zabójcza. Cóż, już wcześniej okazało się, że sporadycznie spotykani rówieśnicy zaczynali od niego stronić. Odróżniała go od nich nie tylko ogromna blizna, ale przede wszystkim niemożność wspólnych harców. Sześciolatkowie tego nie rozumieją...

Chłopiec codziennie przyjmuje 16 lekarstw mających wspomóc pracę serca. W tym roku przedłużające się zapalenie płuc dodatkowo wycieńczyło jego organizm. Po blisko pięciomiesięcznym pobycie w szpitalu malec zapomniał, jak się chodzi - jego nogi nie chciały go nieść. Musiał i tego nauczyć się od początku.

Mama małego pacjenta raz jeszcze musi poprosić o pomoc - serce Filipka nie może się zatrzymać!

Możesz pomóc klikając TUTAJ

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje