Reklama

Reklama

Grzechy śmiertelne

Stawanie pod pręgierzem i wysłuchiwanie wyzwisk w rodzaju: "ty pedofilu!" jest dla duchownych z powołania koszmarem i efektem pomówień rzucanych w imię jakiejś absurdalnej zbiorowej odpowiedzialności. Ich pretensje powinny spływać pod jeden adres - hierarchów, bo to oni odpowiadają za taki stan rzeczy - mówi Radosław Gruca, dziennikarz śledczy, autor książki "Hipokryzja".

Środowiska, które żądają rozliczenia z pedofilii w większości nie są przyjazne Kościołowi, ale Radosław Gruca, katolik, syn watykanisty, wymyka się nieco schematom. "Nie jest tak łatwo wrzucić mnie do worka wrogów Kościoła" - przyznaje.

Reklama

Aleksandra Bujas, Interia.pl: Lektura "Hipokryzji" chwyta za gardło. Jej antybohaterowie, czyli niektórzy hierarchowie kościelni, twoim zdaniem w tej chwili siedzą już na beczce prochu. Ona w końcu wybuchnie?

Radosław Gruca: - Wybuchnie na pewno. Hierarchowie to ludzie niemłodzi. Nie myślą o tym, co będzie za dziesięć lat, ich horyzont sięga emerytury, kiedy to zostaną biskupami seniorami, a wtedy nie będą już odpowiadać za nic. Ostatnio po śmierci abp. Juliusza Paetza, metropolita poznański abp Stanisław Gądecki dopiero po naciskach od wielu wpływowych katolików zatrzymał pogrzeb w Katedrze. Zamiast tego pochowano go na parafialnym cmentarzu. Abp Gądecki mówił wtedy, że ma nadzieję, iż "ta sytuacja uzdrowi Kościół". To fatalne, bo sprawa Paetza była pierwszą ujawnioną historią przestępstw seksualnych w Kościele z tak ważnym duchownym. Minęło 20 lat i nigdy nawet nie przeproszono jego ofiar, nie nazwano po imieniu, że dopuszczał się molestowania i nadużyć władzy. Zamiast tego mamy abp. Gądeckiego, który jest wyraźnie zadowolony, bo Paetz umarł, nie miał wielkich honorów przy pochówku i jest jakby po problemie. To kolejny gest podgrzewający bunt wśród wiernych.

- Wcale nie lepiej zachowują się inni. Przykładem jest chociażby zachowanie arcybiskupa Sławoja Leszka Głodzia, metropolity z Gdańska. Człowiek rażący swoim bogactwem i traktowaniem podległych mu księży, który film Sekielskich skwitował aroganckim stwierdzeniem, że nie ogląda byle czego. Co z tego, że musiał przepraszać, skoro jego decyzje w pełni potwierdzają to, że tragedie ofiar księży pedofilów ma za nic. To właśnie on odmówił zbadania oskarżeń o pedofilię kierowanych przez ofiary prałata Henryka Jankowskiego. Nic go nie nauczyło obalenie pomnika prałata przez wściekłych Gdańszczan, choć już przed obaleniem monumentu malowano na nim na czerwono słowo "pedofil". Samym wiernym kończy się cierpliwość.

- Decyzje takie jak jego cofają procesy oczyszczania Kościoła z pedofilii i zajęcia się ofiarami, ale jednocześnie sprawiają, że ta nieunikniona eksplozja będzie jeszcze większa.

Skąd u części duchownych, nawet tych szeregowych, uczciwych i sumiennych, reakcje odwracania wzroku, skoro w ostatecznym rozrachunku dzięki rozliczaniu z pedofilii Kościół może tylko zyskać?

- Staram się zrozumieć takie zachowania, co nie oznacza, że usprawiedliwiam niepodejmowanie działań. Dla duchownych z powołania, których programem na życie jest Ewangelia, stawanie pod pręgierzem i wysłuchiwanie wyzwisk w rodzaju "ty pedofilu!" jest koszmarem i efektem niesłusznych pomówień, w imię jakiejś absurdalnej zbiorowej odpowiedzialności. Pretensje tych księży powinny spływać pod jeden adres - hierarchów, bo to oni odpowiadają za taki stan rzeczy.

- W szczególnie trudnej sytuacji są klerycy oraz młodzi księża, którzy niedawno przyjęli święcenia i są częścią hierarchii, a właściwie znajdują się na jej samym dole. Oni muszą się podporządkować. To wielki dylemat, bo powinni widzieć krzywdę i na nią reagować, a z drugiej strony - pokładać ufność w Bogu, wierząc, że Bóg jest bliższy sercu władz kościelnych niż jakieś merkantylne interesy.

Duchowni (i nie tylko) niezadowoleni z faktu, że Tomasz Sekielski zrobił film o pedofilii w Kościele, proponują mu, by raczej zajął się środowiskiem dziennikarskim i to o nim kręcił dokumenty.

- Takie osoby chciałbym poinformować, że pierwszy duży film Tomasza Sekielskiego "Władcy marionetek" był też o dziennikarzach. Szkoda, że ludzka pamięć jest taka krótka. A obraz ten, obok mechanizmów polityki, pokazał działanie mediów - jak się ich używa i kiedy dziennikarze zawodzą. Ta produkcja to właściwie samooskarżenie środowiska dziennikarskiego. Uważam, że dziennikarze jako grupa zawodowa również są współodpowiedzialni za nierozliczenie pewnych spraw.

Bo najcięższy dziennikarski grzech to...?

-  Porzucanie niektórych tematów w pogoni za kolejnym newsem. Jedenaście lat temu napisałem tekst od którego powinno się zacząć finalizowanie wydalania księdza Andrzeja Dymera ze stanu kapłańskiego. Chcę doprowadzić tę sprawę do końca, choć to uciążliwe, mozolne i niewdzięczne - ludzie nie zdają sobie sprawy, jak bardzo. Pewne procesy uruchomiły się dopiero teraz, po publikacji książki, ale jeszcze to nie jest ten efekt, na który czekam.

Po publikacji twojego tekstu "Szkoła uwodzenia według księdza Dymera" ziemia trzęsła się przez chwilę. Mocniej zatrzęsła się po premierze "Nie mów nikomu", ale można odnieść wrażenie, że to chwilowe zrywy.

- Największą winą za to obarczam polityków. Sojusz tronu z ołtarzem jeszcze nigdy nie był tak silny. Najwyższą cenę zapłaci za to Kościół, niestety. Każda władza próbuje się jakoś z Kościołem układać, ale też każda władza przeminie. A to trzęsienie ma w tej chwili zupełnie inne epicentrum. Dziś koncentruje się wokół rzekomej wojny ideologii LGBT z wartościami konserwatywnymi, w domyśle - z Kościołem. To jakaś kompletna bzdura.

Zasłona dymna?

- I tworzenie sztucznego wroga. W konsekwencji nie dość, że nie rozwiązujemy jednego problemu, to generujemy kolejny. Do walki z jakąś rzekomą "tęczową zarazą" wzywa arcybiskup Jędraszewski, wykazujący się największą hipokryzją spośród wszystkich antybohaterów mojej książki, jako naoczny świadek skandalu z Juliuszem Paetzem w roli głównej. Marek Jędraszewski, wówczas biskup pomocniczy, miał zniechęcać kleryków do mówienia o molestowaniu, a nawet namawiać do obrony czci i godności arcybiskupa Paetza.

- Tak chętny do wystąpień w mediach i z ambony abp Jędraszewski nawet po śmierci abp Paetza milczy, a to dla mnie najlepszy dowód, że nie ma nic na swoje usprawiedliwienie. Jego milczenie każe mi postawić sobie pytanie, czy wielka kariera jaką zrobił w polskim Kościele, nie nabrała tempa z powodu jego haniebnej roli w pierwszej aferze seksualnej w naszym kraju.

Przypomnijmy tę sprawę.

- Arcybiskup Paetz, były metropolita poznański, został oskarżony o wykorzystywanie seksualnie kleryków i księży. Ci, którzy się na to nie godzili, mogli spodziewać się represji. Skala zjawiska była taka, że nie dało się tego ukryć. Środowiska kościelne biły na alarm, pisały do kurii - to nic nie dawało. Nie pomogły listy do nuncjusza apostolskiego. Lawina ruszyła dopiero, gdy Wanda Półtawska, przyjaciółka Jana Pawła II, pojechała do niego i osobiście odczytała mu list autorstwa księdza rektora Tadeusza Karkosza. Dzięki temu powołano komisję, która zbadała przypadki molestowania i je potwierdziła.

- Dziś arcybiskup Jędraszewski walczy z "tęczową zarazą", wcześniej, nadużywając władzy, chronił homoseksualnego arcybiskupa Juliusza Paetza, krzywdzącego podległych mu ludzi. Nasuwa się pytanie, jakie wpływy w Kościele ma opisywana przez mnie "lawendowa mafia"? Są homoseksualni hierarchowie, którzy chcąc ukryć swoją rozwiązłość, łamią podstawowe reguły kapłaństwa - gotowi ukrywać pedofilów, gdyż wszyscy są złączeni tajemnicą. Nie wiem, kim trzeba być, żeby rozumować w ten sposób: "Milczymy i poświęcamy cierpienie dzieci i innych ofiar w imię dobra wyższego" - bo tu nie ma żadnego dobra wyższego! Milczą, by nie wyszło na jaw, że są hipokrytami, a niektórzy z nich - mężczyznami niepotrafiącymi sobie poradzić z celibatem.

Inne tajemnice niechcące ujrzeć światła dziennego też można tak ukrywać?

- Chociażby nieprawidłowości finansowe i inne poważne przestępstwa, w których zakładnikami są niczemu niewinni szeregowi księża. Patologia jednej tajemnicy nakłada się na kolejne. Sam papież Franciszek z tym walczy, walczy też z myśleniem o Kościele jako o korporacji. Jednak takie rozsądne głosy, jak jego czy prymasa Polski są ledwie słyszalne.

- To, co pokazuję w książce, cały ten brud, stanowi zaledwie promil całości. Kolejne publikacje na ten temat posuwają do przodu dyskusję, ale niestety mogą też spowodować, że oddanych ludzi Kościoła będzie ubywać.

Wszystko to boli też wiernych.

- Kolejne skandale obyczajowe z udziałem duchownych są bolesne i trudne dla wszystkich deklarujących się jako wierzący. Chcemy być w Kościele, ale jednocześnie nie możemy odwracać wzroku od piętrzących się problemów. Mój ojciec, wieloletni korespondent z Watykanu, mówił o "świętym Kościele grzesznych ludzi". Jan Paweł II, w którego świętość szczerze wierzę, był wyjątkowy. Jednak stało się tak, że jego świętość w Polsce popłynęła w dół, na innych kapłanów. Zaczęli być traktowani jak jego przedstawiciele i ulegli pokusie korzystania ze statusu półbogów. Gdzie tu skromność, pokora? Raczej buta i pycha.

W niektórych regionach kraju duchowni zawsze mieli status bogów z Olimpu.

- Zbierając materiały do książki zjeździłem Podkarpacie wzdłuż i wszerz, tam wręcz mówi się: "U nas rządzą kaptury". Nawiasem, wielu spośród księży-pedofilów to osoby bardzo przedsiębiorcze, które budując swoją pozycję w lokalnym środowisku korzystają też ze swoich talentów biznesowych. Taki był ks. Henryk Jankowski, taki jest ks. Andrzej Dymer i były proboszcz z Tylawy. Ten ostatni to podręcznikowy przykład pedofila-drapieżcy. On akurat molestował w dziewczynki, a nie chłopców. Władał niepodzielnie całą parafią przez 30 lat.

Słowem, miał rząd dusz.

- I znał wszystkie wstydliwe tajemnice mieszkańców jako jedyny spowiednik. Chrzcił, udzielał ślubów i ostatnich namaszczeń. Był więc obecny podczas wszystkich przełomowych momentów w życiu parafian, a jednocześnie przez 30 lat obmacywał dziewczynki na lekcjach religii. Wkładał im ręce w majtki, a na powitanie język do gardeł. Mało tego, wyczytałem w dokumentacji ze sprawy sądowej, że wspierał finansowo rodziny, które na noc wysyłały mu dzieci na plebanię. Przez lata kolejne roczniki uczennic doświadczały tego samego.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje