Reklama

Reklama

Karmienie piersią to nic przyjemnego!

Nie każda młoda matka musi się zachwycać karmieniem piersią. Czasem warto przyznać przed sobą samą, że nam to zupełne nie odpowiada. Wszyscy będą wówczas na wygranej pozycji. Prezentujemy ciekawy fragment zaprzyjaźnionego bloga dla mam.

Rozmawiałam ostatnio z koleżanką o moim blogu i ta powiedziała, że mogłabym napisać coś o karmieniu niemowlęcia. W końcu ja przeszłam szybko na mleko modyfikowane i może przydałby się taki mały aplauz karmienia mieszanką. Przydałby się?

Reklama

Zacznijmy od tego, że miłych wspomnień z karmienia piersią nie miałam. Nie podawałam czule piersi, jak to widzimy na reklamach. To, co robiłam, przypominało raczej przeraźliwą szamotaninę, żeby uwolnić cycek ze stanika, a potem już po prostu chodziłam z uwolnionymi zwisami, bo żaden, ale to żaden stanik niby "do karmienia" za cholerę nie pasował. A staników takich miałam pięć.  

Nie dało też rady siadać w pięknym fotelu i spokojnie podawać dziecku cyca. To znaczy dałoby, bo w praktyce dzieciak jadł cały czas. Godzinę, dwie, trzy, cztery. W sumie non stop. Tylko że nie ciamkał spokojnie. O nie. On ciamkał i darł się przy tym, jakbym go trucizną poiła.

I to nie jest też tak, że czułam się w domu zamknięta, bo lubię siedzieć w domu  - zresztą jakoś wytrzymałam ponad pół roku zamknięta i udupiona w lesie z własną matką i tylko kilka razy zwariowałam od tego - także spoko, siedzenie z niemowlakiem w chałupie nie było takie złe. 

I to żarcie. Miałam na lodówce wielką listę od położnej, czego jeść nie mogę. Po miesiącu zmieniłam ją na listę, co jeść mogę. Na liście były chleb i woda w zasadzie. 
No i na koniec. Nie sądziłam, że zapalenie piersi jest gorsze od porodu i nigdy już nie zjem kapusty. Nawet od gołąbków mnie odrzuca.
Dopiero butla mnie uwolniła. Pamiętam, jak cudownie się poczułam, kiedy nakarmiłam syna butelką. Zjadł! Nie wrzeszczał! Wszyscy święci i łańcuchy od roweru! Zasnął na półtorej godziny! W dzień! 
Ulga, z jaką przyjęłam mieszankę, pewnie była tak wielka jak Matki Sanepid. Nie miałam już żadnych obolałych od ciamkania cycków, dzieciak zaczął wreszcie na wadze przybierać, a nie tylko chudnąć i chudnąć, a ja wreszcie mogłam zdjąć ten paskudny karmiący stanik i spalić na balkonie. 

Dopiero z butelką poczułam się Matką. Może nie tą z reklamy - te nie istnieją, o czym powinno się zresztą mówić w szkole rodzenia. Ale Matką taką, co się uśmiecha, co gilga, co pieści, co pokazuje świat za oknem i z uśmiechem na spacery chodzi. I wreszcie - matką, która może wreszcie pospać, najpierw godzinę, potem dwie, w końcu pięć.

Ale, wracając do propozycji mojej koleżanki, tak jak nie mogę napisać aplauzu karmienia piersią, tak samo nie mogę zachwycać się karmieniem mieszanką. I jedno, i drugie ma swoich zwolenników i przeciwników, a ja po żadnej stronie stanąć nie mogę, bo sposób karmienia dziecka powinien należeć do wyłącznej decyzji matki i ojca, nie powinien być wywierany jakąkolwiek presją i nie powinno się go poddawać jakiejkolwiek ocenie. 
Jeśli kobiety chcą i lubią karmić piersią - czemu mają być atakowane reklamami puszek mleka w proszku i obrzucane idiotycznymi spojrzeniami facetów, a co gorsza, innych matek?
Jeśli kobieta chce karmić mieszanką - dlaczego ma się dołować, czytając na opakowaniu mleka w proszku, że nie daje dziecku tego, co najważniejsze? Przecież daje mu siebie! Niesfrustrowaną, zadowoloną i spokojną mamę, która czuje większą bliskość ze swoim niemowlęciem właśnie dzięki tej cholernej puszcze.
Konkludując. Aplauzu dla konkretnego sposobu karmienia nie będzie. Aplauzem obdarzę za to wszystkie matki, które nie boją się karmić swoich dzieci w taki sposób, jaki je uszczęśliwia.
Bo szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko. I koniec.

Fragment pochodzi z bloga "Matka jest tylko jedna"

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje