Reklama

Reklama

Matki, które mogą wszystko

Wczesne wspomaganie

Reklama

Mateusz był rehabilitowany od czwartego miesiąca życia. Najpierw do domu przychodziła pani fizjoterapeuta, która ćwicząc z Mateuszem, pokazywała Luizie, jak sama ma z nim pracować. Potem zaczęli jeździć na zajęcia pedagogiczne. Gdy miał rok, skierowano chłopczyka na rehabilitację w nowo otwartym Maltańskim Centrum Pomocy Niepełnosprawnym Dzieciom i Ich Rodzinom w Krakowie. Ośrodek rozpoczynał działalność, więc dostali dużą ilość zajęć. Trzy razy w tygodniu rehabilitacja ruchowa, a oprócz tego opieka logopedy, psychologa i pedagoga. Do neurologopedy jeździli do Katowic - po raz pierwszy, kiedy Mateusz miał cztery miesiące.

Opieka wykwalifikowanych specjalistów i ciężka praca Mateusza przyniosły znakomite efekty.

"Pamiętaj, masz go wszędzie zabierać"

Tak powiedziała Luzie lekarka, mama dziewczynki z zespołem Downa. - "Tak, jakbyś go zabierała, gdyby nie miał zespołu" - opowiada Luiza. - Zresztą zawsze go zabierałam. Raz tylko zapytałam panią psycholog, jak mam się zachowywać u nas, na osiedlu. Powiedziała: "Im będziesz bardziej naturalna, tym bardziej ułatwisz innym odnoszenie się do Mateusza. Jeśli zobaczą, że dla ciebie to nie jest problem, to i dla nich nie będzie". Bardzo pomogło też całej rodzinie małżeństwo polsko-holenderskie. Sąsiad, imigrant z Holandii, przychodził na plac zabaw ze swoją córką - pokazał wszystkim na osiedlu, że Mateusz jest takim samym chłopcem, jak inne dzieci. Brał na zjeżdżalnię, na ręce, bawił się z nim, mówił do niego. - Bawił się ze swoją córką, angażując do tej zabawy Mateusza. To był sygnał dla wszystkich: on jest normalnym chłopcem, potrzebuje tego wszystkiego, co inne dzieci. Zrobił dużo więcej niż niejeden terapeuta - wspomina mama.

Wysoko i pod górę

W Centrum Maltańskim po dwóch latach musieli zwolnić miejsce dla innych dzieci. Skończyła się tylko fizjoterapia, bo zajęcia logopedyczne i pedagogiczne zostały. Ale oprócz rehabilitacji rodzice szukali dla Mateusza jakiegoś sportu, który byłby dla niego przyjemnością. Chłopiec kocha pływanie, ale za względu na problemy medyczne nie może chodzić na basen. Rehabilitant podpowiedział wspinaczkę. I to był strzał w 10 - chodzi już na nią trzeci rok. Wspinaczką też zainteresował się Olek, chodzą więc na ściankę razem.

- Teraz jest najlepszy czas w moim życiu, ponieważ jestem wewnętrznie spokojna o Mateusza. Oczywiście, że się o niego martwię, co będzie, gdy mnie zabraknie, gdy się pochoruję, jak sobie poradzą chłopcy w tym wszystkim - tłumaczy Luiza. - Ale nie boję się o niego tak, jak bałam się, kiedy się urodził. Jest we mnie dojrzałość. Mateusz jest fajnym chłopcem, dużo rozumie, ma swoje potrzeby i te potrzeby trzeba szanować. Mateusz chętnie chodzi do szkoły, czuje się ważny, ma swoich kolegów. Marzył, żeby któryś z nich zaprosił go do swojego domu, tak, jak zapraszają Olka, starszego brata. Gdy tak się stało, nie mógł się doczekać, więc mama bez trudu nauczyła go kalendarza, by sam sprawdzał, jak dużo czasu pozostało do uroczystości. Luiza boi się, gdy pomyśli, jak Mateusz będzie się czuł, kiedy zostanie odrzucony, ale dodaje, że o to martwią się też mamy zdrowych dzieci.

- Zespół Downa nie ma tu znaczenia. Dzieci doświadczają odrzucenia, bo np. nie mają nowej lalki Barbie, albo innej zabawki - tłumaczy. I dodaje: "Dzieci z zespołem Downa rodzą się zarówno 20-latkom, jak i matkom, które skończyły 35. rok życia. Jeśli matki chcą być terapeutkami swoich dzieci, to niech będą, jeśli chcą się realizować zawodowo, to niech się realizują, a terapeutami niech będą specjaliści. Ich wybór, to po pierwsze. A po drugie, chciałabym, żeby patrzyły na swoje dziecko nie przez pryzmat wady genetycznej, tylko pamiętały, że to jest dziecko, część nas. I że ma ono takie potrzeby, jak każde inne". 

Dowiedz się więcej na temat: macierzyństwo

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje