Reklama

Reklama

Matki, które mogą wszystko

Jeden dzień zmienia wszystko

Reklama

Ewelina przez rok patrzyła na zegarek w każdą niedzielę w południe. Robiła to bezwiednie. Nie wie dlaczego. Ten dzień, ta godzina zmieniły w jej życiu wszystko. Jedna córeczka miała 2 lata, druga 7, gdy ich tato zginął w wypadku samochodowym. Był piękny słoneczny dzień. Tak naprawdę nie wiadomo co się stało. Wyjechał i już nie wrócił. Zakładam, że gdy wychowuje się samemu dzieci jest ciężej, bo brak oparcia. - Nie jest tak - tłumaczy Ewelina. - W związku rozwiązujemy problemy wspólnie, na bieżąco. Będąc sama, też muszę je rozwiązać, tylko nie mogę na nikogo zrzucić winy. Mam oparcie, bo mam wielu przyjaciół. Mam rodziców, którzy mi bardzo pomogli. A wsparcie psychiczne rodziców jest nie do przecenienia. Bo chociaż nie mogą pomóc finansowo, to kiedy trzeba zajmują się dziewczynkami. Ojciec Eweliny odbiera dzieci z przedszkola i szkoły, dzięki czemu ona może pracować. Nie musi myśleć, że są głodne po zajęciach, albo same.

- W firmie również bardzo mi pomogli. Mogłam pracować tylko na jedną zmianę, co w moim przypadku jest bardzo dobrym rozwiązaniem - opowiada Ewelina.

-  Kiedy Tomka nagle zabrakło, okazało się, że nawet ludzie, którzy mnie nie znali pokazali tak wiele serca, że nie jestem w stanie tego opisać słowami. Dlatego też Ewelina uważa, że nie trzeba się rozczulać, że trzeba otworzyć się, pokazać. - Jeżeli ktoś nie chce być sam, to nie będzie sam - twierdzi.

Pierwsze dni

- Na początku, gdy tracimy kogoś, kogo kochamy, człowiek przeżywa szok. Nie dopuszczamy do siebie bolesnej rzeczywistości, że tej drugiej osoby nie ma - opowiada Ewelina. - Przez pierwszy miesiąc to w ogóle do mnie nie docierało. Dalej czekałam, żeby wrócił do domu, dzieci czekały. Później jest okres pustki, gdzie tak naprawdę dociera do człowieka, że jest sam - wspomina. Żeby nie zwariować, Ewelina wyszukiwała sobie mnóstwo różnych zajęć. Zaczynały się o 6 rano, a kończyły o 20, albo później. Wymyśliła też, że zrobi prawo jazdy, bo jest z dwójką dzieci sama. Przychodziła do domu i padała ze zmęczenia. Po miesiącu wróciła do pracy. Musiała też wyprowadzić się z mieszkania, które wcześniej wynajmowali. Wróciła z dziewczynkami do swoich rodziców.

- Ta przeprowadzka, jak się okazało, była dobra dla dzieci. Nie pozwolę nigdy, żeby zapomniały o swoim tacie, ale zmieniły otoczenie, a dziadek, który jest wspaniałym człowiekiem, poniekąd zastąpił im ojca. Dzieci potrzebują mężczyzny, bez dwóch zdań i nie da się zupełnie bez facetów ich wychować  - twierdzi Ewelina. Tłumaczy też, że trzeba sobie pozwolić na czas żałoby, totalnej pustki. -  To jest przerażające: płakanie po nocach, pytanie: "Dlaczego mnie to spotkało". Później uświadamiamy sobie, że to nie ja pierwsza, nie ostatnia - wyznaje.

Muszę funkcjonować normalnie

Dzień po pogrzebie zdała sobie sprawę, że nic nie pamięta. Nie tylko szok, ale i leki uspakajające, które wypisał lekarz, tak na nią podziałały. Powiedziała sobie wtedy: "Kobieto, otrząśnij się, musisz żyć normalnie, masz dwójkę dzieci". Wyrzuciła lekarstwa i już nigdy po nie nie sięgnęła. - Wiem, że czasami to komuś pomaga, ale ja czułam do siebie żal, że nie byłam na tyle świadoma, żeby właściwie przeżyć pogrzeb - opowiada.

- W pierwszym okresie wszyscy są wokół ciebie, kiedy tak naprawdę potrzebujesz tylko garstki ludzi - tłumaczy. Mówienie: "Kobieto będzie dobrze, młoda jesteś" - doprowadzało mnie to do szału. Warczałam wręcz, że będzie dobrze, jak ja sama zrobię tak, żeby było dobrze. Bo nikt nie przeżyje za mnie życia. Uważam, że jestem twarda, a takie egzemplarze jak ja rzadko się zdarzają. Chociaż każda z nas jest twarda, bo tylko od nas to zależy, jak będzie. Jeżeli chcemy, żeby było dobrze - będzie dobrze. Mijają dwa, trzy miesiące, wszystko przygasa, emocje opadają. Zostają prawdziwi przyjaciele i rodzina. To jest niewielka ilość ludzi.

Ewelina nie znosi użalania się nad sobą. Uważa, że tak naprawdę jedynym nieszczęściem jest albo ciężka choroba, albo śmierć. Inaczej nie ma problemu, którego się nie da rozwiązać, jeśli się faktycznie chce.

Jak mówić dzieciom, co się stało?

Nie wiedziała, jak powiedzieć dzieciom, co się stało. Poprosiła o pomoc przedszkolnego psychologa. Gdy wróciła ze szpitala, nie była w stanie powiedzieć starszej córeczce, Emilce, że tata nie żyje. Powiedziała tylko, że miał wypadek. Pani psycholog wezwała do gabinetu mamę, siostrę mamy, dziadka Emilki i samą Emilkę. Zaczęła mówić, że stało się coś bardzo złego i że mama ma jej coś do powiedzenia.

- Powiedziałam, że w samochodzie, który miał wypadek był również tatuś i że on nie żyje. Emilka płakała, ale przyjęła do wiadomości, że tata był i nie ma go, jest w niebie. Z Anielką było gorzej. Potrafiła przez półtora miesiąca stać w oknie i płakać: "Tato, tatusiu, gdzie jesteś!". Ewelina nie myślała nawet, że z młodszym dzieckiem będzie dużo ciężej.

- To było dla mnie strasznym przeżyciem, bo nie wiedziałam, jak pomóc córeczce. Były noce, kiedy nie przespała ani minuty, płacząc: "Tatusiu, gdzie jesteś!". Dopiero przeprowadzka do dziadków okazała się momentem zwrotnym. Anielka, niesamowicie związana z tatą, nawet wizualnie jest do niego podobna. Ewelina podkreśla, że między nimi byłą wyjątkowa więź.

- Ona do dzisiaj ze szczegółami potrafi powiedzieć, jakie spodnie miał. To jest dla mnie dziwne, bo zazwyczaj w tym wieku wspomnienia zanikają. Dokładnie go pamięta, potrafi idealnie narysować, po swojemu, jak pięciolatek. Anielka była wcześniakiem. Bardzo chorowała, więc pierwsze dwa lata spędzili w szpitalach. Po śmierci Tomka przestała chorować. Wcześniej non stop były zapalenia płuc. Dziecko po dwóch godzinach zaczynało się dusić, musiało mieć podany tlen. - Po śmierci Tomka jakoś tak się stało, że choroby się uciszyły. Mówię, że czuwa nad nami. Jest ktoś, kto nas pilnuje - opowiada Ewelina. Tomek został pochowany w swojej rodzinnej miejscowości. Tam mieli działkę, tam chcieli budować dom, kochał to miejsce.

Dzień Taty 

Tomek był wielkim amatorem ziemniaków, mogły być w stu milionach potraw. Dziewczynki je uwielbiają. Nie lubił kaszy - dziewczynkom na szczęście smakuje, podobnie jak mamie. Tomek zmarł w styczniu. Kilka miesięcy później, kiedy w przedszkolu Emilki były organizowane występy z okazji Dnia Mamy i Taty, dzieci śpiewały piosenkę dla taty. Emilka nie śpiewała. - Kiedy zapytałam ją dlaczego i zaczęłam tłumaczyć, że przecież tata jest wszędzie - w sercu, w niebie, mimo że nie ma go fizycznie, to on tak naprawdę jest i będzie zawsze - odpowiedziała, że nie chciała śpiewać, bo go nie widziała. Teraz to inaczej przyjmuje, wie, że zawsze jest w jej sercu. Jest normalnie. Anielce nieraz jest przykro, że inni tatusiowie przyprowadzają do przedszkola swoje dzieci. Mama tłumaczy, że ma dziadka, który też jest mężczyzną. Jest cierpliwy, wyrozumiały i rozpieszcza swoją wnuczkę. 

Wspólny dom

Jak wszyscy młodzi ludzie, mieli plany związane ze swoim domem, mieli nawet działkę. Zresztą działka została do dzisiaj. - Mówili: "Sprzedaj, bo nie ma drogi dojazdowej". A ja mówię: "Chwila, to jest dzieci, jeżeli będą już dorosłe, będą chciały sprzedać ok, jest ich. Ale na razie dopóki są małe, ja tu rządzę" - śmieje się Ewelina. - Poza tym niedaleko mieszka brat Tomka. Dzieci go lubią, mają towarzystwo innych dzieci. To jest miejsce, gdzie można uciec, pomyśleć sobie - mieliśmy tu mieszkać. A jeżeli nie możemy, to przynajmniej wykorzystam to miejsce tak, jak chcę. 

Ewelina zawzięła się i remontuje domek campingowy, który tam stał. Na razie udało jej się wykończyć środek. Mogą jeździć tam w weekend, czy na parę dni w lecie. - Jest ogrzewanie, jest kominek, są podłogi - mówi Ewelina. I dodaje: "Jestem uparta, jestem niesamowicie uparta. Jak obiorę cel, to może nie po trupach, ale dążę do niego, bardzo. Myślę, że kiedyś w przyszłości będzie tam normalna studnia, toaleta, a dzieci przynajmniej wiedzą, że jest to miejsce, gdzie chcieliśmy żyć".

Co by powiedziała innym mamom?

- Pewien rozdział mojego życia został zamknięty. Sama piszę nowy. Był rozdział, gdzie żyłam z Tomkiem, tworzyliśmy rodzinę, teraz jest nowy: jestem ja i dzieciaki. Tak naprawdę liczę na to, że będzie dobrze. I będzie dobrze, tylko na wszystko trzeba sobie dać czas - mówi odważnie. Ewelinie nie jest łatwo powiedzieć, że będzie dobrze. - Potrzebny jest czas na żałobę, trzeba sobie dać czas na złość, bo w pewnym momencie jesteśmy złe, wręcz na tych partnerów: "Dlaczego mnie zostawiłeś? Zostawiłeś mnie samą na tej Ziemi, morduję się, wszystko przez ciebie". Później są wyrzuty sumienia, ale trzeba dużo, dużo czasu, żeby było normalnie. Inaczej, ale normalnie - tłumaczy.

Z opracowań dotyczących żałoby wiem, że z psychologicznego punktu widzenia trwa ona dwa lata. Czy tak jest? - Faktycznie tak jest - potwierdza Ewelina. - Po dwóch latach zaczęłam się budzić normalnie. Nie myślę codziennie o tym, co się wydarzyło, nie ma tych niedziel, spoglądania o 12:00 na zegarek. - Co mamom takim jak ja można powiedzieć? - zastanawia się.

- Przede wszystkim dzieci są w tym momencie najważniejsze i nawet dla nich musicie się pozbierać. Bo dzieci straciły ojca i nie mogą stracić również matki. Dodaje, że nie można się tak bardzo litować nad sobą. To co się stało, już nie wróci. Ewelina śmieje się, że w jej wieku występują "panienki po recyklingu". Jest dużo kobiet, które się rozwiodły, doświadczyły przemocy w rodzinie, a byli mężowie do dziś je prześladują. - U nas jedyną rzeczą, jaką sobie trzeba uświadomić, jest to, że musimy dać radę same - mówi. I każe pamiętać, że zawsze jest jakaś przyszłość.

- Po prostu życie się toczy dalej. Pracuję, wychowuję, krzyczę, złoszczę się, kocham na maksa, tak, jak każda z nas. Robi sobie z córkami babskie wieczory. Łóżko, popcorn, chipsy, film. To dzieje się oczywiście tylko w weekend, kiedy córki mogą decydować, o której chcą iść spać. I tak sobie zasypiają w łóżku razem. Tylko kręgosłup mamy ma się gorzej, bo dziewczynki coraz większe.

Dowiedz się więcej na temat: macierzyństwo

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje