Reklama

Reklama

Matki, które mogą wszystko

Zdrowe dziecko to szczęście

Reklama

Podobno nic dwa razy się nie zdarza. W przypadku Katarzyny prawdziwsze jest zdanie, że nieszczęścia chodzą parami. Zaraz po urodzeniu zmarło jej pierwsze dziecko, a potem, w takich samych okolicznościach jeszcze raz przeżyła śmierć swojego maleństwa. Razem z mężem zdecydowali się na adopcję.  - Mogłam próbować innych sposobów, ale stwierdziłam, że nie ma to najmniejszego sensu. Ten czas i pieniądze można zainwestować w dziecko, które tego potrzebuje - Kasia nie bała się nigdy, że nie pokocha dziecka, którego sama nie urodziła. Jej obawy dotyczyły tylko tego, czy dziecko będzie zdrowe. Po tym, co przeżyła, chciała jedynie, żeby nie było zagrożenia życia.

- To było dla mnie najważniejsze. Nie wiedzieliśmy, jaka to będzie rodzina, z której adoptujemy dziecko, pragnęłam jednego: by było zdrowe - wspomina. Katarzyna nie chciała tworzyć fałszywego wyobrażenia na temat dziecka, fantazjować na temat tego, jakie będzie. Miała się zjawić  w ośrodku adopcyjnym. Pojechała razem z mężem. Dostali podstawowe informacje o rodzinie oraz to, w jakich okolicznościach chłopczyk został pozostawiony.

Tych informacji nazbierało się sporo, a często zdarza się tak, że nie ma żadnych. Do dokumentów były dołączone dwa zdjęcia chłopczyka. - Mam je do tej pory. Taki mały, uśmiechnięty człowieczek. Zakochałam się od razu. Cały czas patrzyłam na nie. Dwa dni czekałam do momentu, kiedy mieliśmy się z nim zobaczyć. Nie mogłam się doczekać, już chciałam go wziąć w ramiona. Z niecierpliwością czekała na spotkanie, ale też starała się zbyt wiele nie oczekiwać. Wiedziała, że to malutkie dziecko i jego reakcja może być różna.

Nim Bartek trafił do swojego nowego domu, załatwiali wszystkie formalności i zgodę na preadopcję. Gdy go adoptowali, miał 5 miesięcy. Poznała go dwa tygodnie wcześniej. Przez ten czas wdrażała się do roli mamy, uczyła się opieki nad nim, poznawała jego rytuały. - Jak się zobaczyliśmy, rozpadłam się ze szczęścia na kawałki. Pierwsze wzięcie na ręce też było niesamowitym przeżyciem - wspomina. I dodaje: "Matki biologiczne też biorą po porodzie dziecko w ramiona, też go nie znają. Tutaj miałam w ramionach większe dziecko, dziecko doświadczone przez los, które pewne doświadczenia miało za sobą". 

Gdy patrzy na swe dziecko

- Myślę, że nie ma żadnej różnicy w odbiorze biologicznego dziecka i adoptowanego. Jak jestem zła, to jestem zła, jak jestem szczęśliwa i dumna, to jestem szczęśliwa i dumna - opowiada.

- Zapominam o tym. Wiem, że to jest dziecko adoptowane, ale dla mnie nie ma żadnej różnicy. Po prostu kocham go, jest wspaniałe. Kasia mówi wprost, że mieli dużo szczęścia. Stara się dawać synkowi jak najwięcej miłości, a on ją odwzajemnia.

Trudne początki

Kasia przestąpiła próg domu, w którym czekał na nią Bartuś. Cieszyła się wizją pięknego macierzyństwa. W końcu jest ono czymś naturalnym, z czym kobieta się rodzi. Kiedy dwa tygodnie później w ich domu zjawił się synek, miała zapalenie tchawicy i krtani, czuła się bardzo źle. Potem zobaczyła, że macierzyństwo to trudna, niezwykle wymagająca praca.

- Myślę, że przechodziłam wszystko to, co kobieta, która rodzi dziecko, tylko, że moje było dużo większe. Dostałam takiego małego człowieczka, który ważył ponad 7 kilogramów. Nagle przestał istnieć mój świat - był tylko świat Bartka. Wszystko kręciło się wokół synka. I o ile w pierwszych dniach Kasia była tym zachwycona, to każdy następny był trudniejszy. Zderzyła się z prawdziwą rzeczywistością, zobaczyła, że macierzyństwo to jedna z najtrudniejszych ról. - To był dość trudny czas, ale teraz wiem, że podobnie przeżywa go wiele biologicznych matek - wspomina. Przyszedł depresyjny nastrój i myśli, czy dobrze zrobiła decydując się na adopcję. Nie wiedziała czy jest na tyle silna, by dać sobie radę. Miała jednak wokół siebie bliskie osoby - mamę i życzliwe koleżanki, które ją wspierały. Mówiły, że to jest normalne, że tak się czuje, bo ma prawo być zmęczona, zdenerwowana, bo nie wszystko musi zrobić idealnie.

- Jestem z natury perfekcjonistką i w roli matki też chciałam być perfekcyjna. Potem zaczęło docierać do mnie, że mogę sobie odpuszczać parę rzeczy, że pielucha nie musi być zapięta idealnie. Zanim Bartuś zamieszkał w domu Katarzyny, pielęgnacji uczyła ją mama zastępcza. Kasia starała się robić wszystko, jak najdokładniej według instrukcji. Jak coś jej nie wyszło, była sfrustrowana. Potem zaczęła zauważać, że nic się nie dzieje, jak przy pielęgnacji sypnie za dużo, bądź za mało talku. Albo, że mleko dała 15 minut później, bo wszystkie posiłki zapisywała skrupulatnie w zeszycie.

- Nie było to związane z faktem adopcji Bartka. Myślę, że przeżywa to każda kobieta, która ma podobne do  mnie podejście i chce być we wszystkim perfekcyjna. Jej wizja zostaje później zweryfikowana przez codzienność - mówi. Kasia uważa, że nie była przygotowana na to, że macierzyństwo jest tak trudnym zadaniem. Ale z czasem zaczęła zauważać, że trzeba zmienić podejście do narzuconych przez społeczeństwo i siebie wymagań i oczekiwań. Wtedy wszystko wróciło do normy.

- Rozdrażnienie po nieprzespanej nocy mijało, wystarczył jeden uśmiech na synka twarzy - wspomina. Teraz wszystko się ustabilizowało. Jeśli pojawiają się jakieś wątpliwości czy problemy, Kasia rozwiązuje je. Kiedy trzeba, rozmawia o tym z bliskimi. - Jestem pełnowartościową mamą, a Bartek jest pełnowartościowym moim synem - mówi z przekonaniem.

Jawność

O adopcji mówili otwarcie od początku, gdy Bartek pojawił się w ich rodzinie. Nie ukrywali przed nim niczego, chcieli żeby wiedział. Jak chłopczyk skończył trzy lata, sam zapytał czy był w brzuszku Kasi. A ona chciała, żeby znał swoją tożsamość. Chciała, żeby dowiedział się od nich, nie od obcych ludzi. - To pytanie było punktem wyjścia do rozmowy. Oczywiście tłumaczyłam to w sposób zrozumiały dla trzylatka. Powiedziałam: "Nie byłeś w moim brzuszku, ale byłeś od początku w moim serduszku". Tak dla synka Kasia stworzyła całą opowieść o tym, jak się poznali. Opowiada mu też o pielęgnacji, o śmiesznych sytuacjach, o trosce, która zawsze była.

- Chcę w ten sposób zmiękczyć temat adopcji. I pokazać, to, co najważniejsze. Nasze zaangażowanie, naszą miłość i wspólne doświadczenia - opowiada. Katarzyna chce uczyć swoje dziecko, że adopcja to coś wielkiego i pięknego. I że jej syn może czuć się z tego dumny.

- Chcę już teraz budować w nim takie przekonanie. Żeby nikt w przyszłości nie zranił go, nie sprawił, by poczuł się choć przez chwilę gorszy.

***

Imię ostatniej bohaterki i jej synka zostało zmienione. 


Dowiedz się więcej na temat: macierzyństwo

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje