Reklama

Reklama

Milion dobrych uczynków

Dziecko ma się do końca życia. Jeśli przychodzi do nas bezdomny człowiek, to nawet już po godzinie rozmowy można się zorientować, czy miał dobrą matkę, bo z ojcami bywa różnie. To widać i słychać. Człowiek może się bardzo pogubić, ale jeśli miał pewną formację w dzieciństwie, pewne zasady do których może powrócić - jest szansa, że powróci - mówi siostra Małgorzata Chmielewska.

Monika Szubrycht: - Dlaczego widok siostry zakonnej, do której dzieci mówią "mamo" bulwersuje, a widok kobiety, która krzyczy na swoje dziecko lub daje mu klapsa jest akceptowany?

Reklama

Siostra Małgorzata Chmielewska: - Myślę, że tych dwóch rzeczy nie można porównywać. W przekonaniu ludzi, zresztą całkiem słusznym, osoba w habicie ślubowała życie w celibacie, a więc nie powinna mieć dzieci. To jest logiczne. Ludzie nie znając sytuacji mogą być zdziwieni, mają do tego prawo. Robiliśmy sobie na warszawskich ulicach takie happeningi, kiedy szłam z tłumem moich przybranych dzieci i nie tylko - umawiały się i krzyczały wszystkie naraz: "Mamo!". Ludzie się obracali. Ale to były żarty.

- Dzieci, które wychowałam, nie były przeze mnie adoptowane. Z różnych powodów. Także dlatego, że nie chciałam ich stawiać w sytuacji posiadania tego samego nazwiska, bo trzeba wziąć też pod uwagę ich sytuację osobistą - w szkole, w środowisku dziecięcym i młodzieżowym, gdzie fakt sieroctwa i tego, że jest się przybranym dzieckiem siostry zakonnej nie był dla ich otoczenia rzeczą normalną. Już samo sieroctwo i to, że byli inni sprawiało, że byli przedmiotem dokuczań, jeśli nie fizycznej agresji. A fizyczna agresja była wtedy, kiedy w grę wchodził rasizm.

- Rozumiem, że ludzie się dziwią, bo to nie jest całkiem normalne, choć w historii Kościoła bywało, że założycielkami zgromadzeń - w Polsce co najmniej dwóch: Zmartwychwstanek i Sióstr Niepokalanek - były kobiety, które miały dzieci, bo były wdowami. Zmartwychwstanki założyły matka z córką. Ksiądz z naszej wspólnoty w Peru jest przybranym ojcem mniej więcej 40 chłopców, bo tyle mieści jego sierociniec. Formalnie, żeby nie był to sierociniec - ze względów prawnych, ale i praktycznych - jest rodziną zastępczą dla tych 40 chłopaków z ulicy. Wszyscy wiedzą, że to nie są jego dzieci.

- Natomiast jeśli chodzi o klapsa... Ludzie się nie oburzają, bo dla nas klaps jest normalną metodą wychowawczą, ale nie jest tak, że ludzie się nie reagują, gdy widzą, że ktoś publicznie bije dziecko. Wielokrotnie byłam świadkiem takich scen. Nawet niedawno w sklepie, gdzie mama szarpała dziecko, a ludzie patrzyli na to z dezaprobatą. Gdy zobaczyła nasze spojrzenia, uspokoiła się, nie trzeba było nawet reagować.

Czyli symboliczny klaps może być usprawiedliwiony?

- Jestem absolutną przeciwniczką bicia dzieci, ale czasami patrzymy na sytuację jednostronnie. Np. mogę zakładać, wracając do sytuacji ze sklepu, że matka była po całonocnym, pielęgniarskim dyżurze. Zakładam, że była kompletnie wykończona, a mała chciała dziesiątą tabliczkę czekolady i dostała histerii, żeby wymóc na mamie ten zakup. To też zrozummy, że czasami człowiek już nie ma siły. Reaguje ostro, bo już nie wytrzymuje.

- Jak mówię - jestem absolutną przeciwniczką bicia dzieci, natomiast klaps pokazuje czasami naszą bezradność. My dorośli nie jesteśmy aniołami. Mamy swoje nerwy, swoją odporność, a nasze dzieci też nie zawsze są aniołami.

- Bywa, że dziecko próbuje, na co może sobie pozwolić. Wychowanie bezstresowe, czyli bez pewnych norm i zasad, które oczywiście w miarę dorastania dziecka trzeba zmieniać, jest szkodliwe dla dziecka. Oczywiście oprócz zasad istnieje jeszcze miłość i miłosierdzie, w każdym wymiarze naszego życia.

- Dzieci od których nic nie wymagano - to mogą być dzieci z rodzin patologicznych, od których nikt niczego nie wymagał dlatego, że nikomu na tych dzieciach nie zależało - są kompletnie pogubione w życiu. Jeżeli wymagam czegoś od dziecka, od mieszkańca naszego domu, czy od kogokolwiek, to znaczy, że mi na nim zależy.

- Wychowankowie domów dziecka, którzy do nas trafiają, dopiero tutaj, w wieku dwudziestu, dwudziestu paru lat, zaczynają przechodzić okres dojrzewania. Dlaczego? Dlatego, że jak w domu dziecka coś wyprawiał, to go kierowali do psychiatryka, albo też dawali psychotropy i nikomu na nim nie zależało. Jemu się nie opłacało buntować, ponieważ dobrze wiedział, że ten bunt w nikogo nie uderzy.

- Bunt w przypadku dziecka, które czuje się kochane, jest jakby taką próbą, na ile mogę sobie pozwolić. Na ile jestem samodzielny, kim jestem? To jest okres, w którym nowy człowiek zaczyna być niezależny od rodziców, szuka swojego miejsca i swojej tożsamości.

- Jestem przeciwniczką klapsów, ale czasami nie dziwię się, że nerwy mogą ponieść. Ale można nie dać klapsa, a skrzywdzić dziecko. Krzywda może być różnoraka. To może być klaps, ale może też być kara, pogarda, poniżenie czy odrzucenie, które jest dużo bardziej bolesne.

Albo słowa, które ranią dziecko na całe życie.

- Albo słowa. Znam rodzinę, w której jedna z dziewczynek nigdy nie była maltretowana fizycznie, ale była absolutnie niszczona słowami.  Powiedziałabym, że czasami to wolałabym, żeby mama dała klapsa, niż niszczyła słowami. "Głupia, brzydka, niezaradna" itd. - to zniszczy na całe życie.

Pięcioro dzieci tak różnych - nie da się porównać Małgosi i Artura. Jak siostra radziła sobie w trudnych momentach wychowawczych? Pomagały książki? Przyjaciele? Sesje z psychologami? Bo jak Małgosia uciekła z domu, to...

- To wtedy rzeczywiście zrobiłam naradę z moimi przyjaciółmi, z których jeden był psychologiem, drugi psychiatrą. Byliśmy bardzo młodzi. Oczywiście pytałam, co oni na ten temat sądzą. Nigdy nie studiowałam żadnych podręczników pedagogiki, nie odbywałam sesji z psychologami i myślę, że większość rodziców tego nie robi.

- Wychowanie dzieci to jest nasza wielka nauka, nauka życia. Czasami się popełnia błędy, czasami się robi dobrze. Trzeba bez przerwy być czujnym i mieć na uwadze dalekosiężne dobro dziecka. Jakoś wyszło, ale to nie znaczy, że było łatwo. Czasami było bardzo trudno, ale wielu rodzicom nie jest łatwo. To, że moje dzieci nie były moimi rodzonymi dziećmi, to nie znaczy, że inni rodzice, którzy mają swoje biologiczne dzieci, nie mają problemów. Mają. I te problemy zawsze będą.

- Na pewno potrzebna jest ogromna cierpliwość, wyrozumiałość i słuchanie. Jeżeli dziecko nie mówi, to trzeba wsłuchiwać się w jego niemówienie. Nawet jeśli robi coś złego, musi mieć poczucie, że jest nadal kochane, co nie oznacza, że akceptujemy jego wybryki. Zawsze mówię, że nie można przeciąć smyczy. Nie może nam zniknąć z radarów. Czasami trzeba powiedzieć "stop" dla jego dobra.

- Dziecko ma się do końca życia. Jeśli przychodzi do nas bezdomny człowiek, to nawet już po godzinie rozmowy można się zorientować, czy miał dobrą matkę, bo z ojcami bywa różnie. To widać i słychać. Człowiek może się bardzo pogubić, ale jeśli miał pewną formację w dzieciństwie, pewne zasady do których może powrócić - jest szansa, że powróci. Natomiast jeśli ich nie miał w dzieciństwie, to nie ma do czego wracać.

- Nie trzeba rezygnować z zasad, co nie znaczy, że trzeba dziecku zrobić obóz wojskowy. Chodzi o poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. I wiedzę, że pewnych norm się nie przekracza. Wszyscy je przekraczamy, ale wiemy, że je przekraczamy. Normalny człowiek - mający sumienie i trochę zdrowego rozsądku - powraca.

Pytam o to wiele osób, ale każda z nich ma inną odpowiedź: Co zrobić, żeby być dobrą matką? Co znaczy mieć dobrą matkę?

- Ja też nie odpowiem na to pytanie wprost. Myślę, że dobra matka to ta, która zasiewa w sercu dziecka przekonanie, że dobro i miłość są najważniejsze. To, co matka powinna wlać w serce dziecka, to poczucie, że jest kochane. I że jego zadaniem życiowym jest kochać. Taka, która pozwala na wiele, ale jednocześnie na wiele nie pozwala. Matka kocha, ale nie akceptuje. To daje głęboki pokój, poczucie bezpieczeństwa i pewne zasady życiowe - zaradność, uczciwość, troskę o słabszych.

Żeby na starość dostała osławioną szklankę wody?

- Żeby ta mamusia na starość, zamiast dostać szklankę wody, nie wylądowała na wycieraczce. Poza tym człowiek, który ma wpojone te zasady, jest po prostu szczęśliwszy.

- Czego pragniemy? My ludzie wierzący tak naprawdę powinniśmy pragnąć zbawienia naszych dzieci. Co to jest zbawienie? Tu na ziemi - dobre życie. Życie przyzwoite, życie w wolności. W wolności od nałogów, od zbytniego przywiązywania się do rzeczy materialnych. To jest też szacunek dla siebie i dla drugiego człowieka. Jeśli matka ugruntuje ten szacunek w dziecku - dla niego samego, rodziców i dla innych - to już jest podstawa.

- Dzieci z domów dziecka i dzieci z rodzin, które były w jakimś sensie dysfunkcyjne, bardzo często nie mają poczucia własnej wartości. I w tym cały problem, one są we własnych oczach śmieciami. Poczucie własnej wartości, bez względu na to, czy jestem ładny czy brzydki, krzywy czy prosty, rudy czy blondyn, oznacza, że jestem najważniejszy w oczach mojej mamy i dla ludzi wierzących - w oczach Pana Boga. To daje wolność, bo zwalnia nas od walki o miejsce na tym świecie.

Jak to możliwe, że błądzi ktoś, kto miał dobrą matkę?

- Dlatego, że człowiek jest wolny, po prostu. Jest wolny i często źle wybiera. To, że ktoś miał dobrą mamę, nie oznacza, że nie popełnia w życiu błędów.

Ale ma lepszy start...

- Zdecydowanie, ale to jeszcze nie oznacza, że nie popełnia błędów. Ma natomiast do czego wrócić, ma pewien wewnętrzny kościec.

Kręgosłup moralny.

- Także i to. I wie, że błądząc - pijąc, kradnąc, robi źle i niejako traci na własnej wartości. Niedawno rozmawiałam z pewnym człowiekiem. Mówię mu: "Przecież masz taką wspaniałą matkę, jakim cudem mogłeś stać się tak potworną świnią?". Myślę, że ten człowiek - który ma pełną świadomość, że jego matka jest bardzo szlachetnym, dobrym człowiekiem - wie, że ma się do czego odnieść, że trzeba wrócić do tego, co matka mu dała i co w głębi serca kocha. Przecież kocha swoją matkę, bo trudno nie kochać dobrego i szlachetnego człowieka.

Wrócił ten człowiek? Czy ciągle wraca?

- Wraca. I takich historii jest mnóstwo. Moje najukochańsze dzieci też różne rzeczy wyprawiały. No i co z tego?

Miały dobrą mamę.

- Nawet mam jeden żywopłot pięknie posadzony, po tym, jak jeden z moich synów w wieku lat siedemnastu przyszedł do domu pijany w trupa, doczołgał się. Za karę miał sadzić żywopłot. Do dzisiaj pięknie rośnie. Potem, kiedy był dorosły, pytałam go: "Synku, może byś się tak spił, bo mam jeszcze parę żywopłotów do posadzenia?".

"Życie z Arturem jest jednocześnie i piekłem, i rajem. Życie z dzieckiem, które jest chore, czy ma moment kompletnego odlotu jest po prostu bolesne. W jakimś sensie można się z tym oswoić, ale nie można się z tym pogodzić. Ten typ tak ma". Siostra mówi tu o sobie?

- Mam doświadczenie życia z Arturem, więc to jest doświadczenie życia z człowiekiem, który jest po prostu inny. Który jest niepełnosprawnym intelektualnie autystykiem, do tego chorym na padaczkę.

Skoro wierzę, to przyjmuję wszystko. Tu jest oswojenie się z rzeczywistością, ale nie przyjęcie wszystkiego, co Bóg nam dał.

- I tak, i nie. W jakimś sensie się oswoiłam, ale nie ma u mnie zgody na cierpienie. I u Pana Jezusa też nie było, bo inaczej nie zawisłby na krzyżu. To jest taki paradoks. Bóg nie godzi się na ludzkie cierpienie i Bóg nie jest jego sprawcą. Choroba jest skutkiem grzechu, ale w znaczeniu całego stworzenia - o tym mówi św. Paweł. Natomiast nigdy nie można mówić, że spotkała cię kara, twoje dziecko jest niepełnosprawne, bo byłaś niegrzeczną dziewczynką. To jest totalny absurd.

- Zło i cierpienie jest z nami niestety od czasu grzechu pierworodnego, popsuło całą harmonię stworzenia. Nie godzę się więc na cierpienie. Bo jeśli się zgodzę, to przestanę robić wszystko, żeby go nie było. Natomiast świadomość, że jest ono nieodłączną częścią ludzkiej egzystencji, że możemy się go spodziewać, ale też zmniejszać na tyle, na ile się da - myślę, że to jest dojrzała postawa. Ten typ tak ma i tyle. Można zrobić wszystko, żeby zmniejszyć cierpienie Artura. Nie przykręcimy mu drugiej głowy, ale w tym, jaki jest może być szczęśliwy. I to jest cel naszego życia. On jest inaczej szczęśliwy, niż ja, bo jemu szczęście przynoszą dwie zapalniczki z kotkami.

- W społeczeństwie konsumpcyjnym staramy się wypchnąć cierpienie poza nasze pole widzenia. Wydaje nam się, że będziemy wiecznie młodzi, piękni, szczęśliwi, że będziemy mieli pieniądze, nigdy nie zachorujemy. To jest absolutną nieprawdą. Robimy wszystko, żeby przykryć istnienie tego cierpienia, wypychamy tych, którzy cierpią, bo nie lubimy na nich patrzeć.

- Vide najnowszy pomysł - zastrzegam, że nie wiem, czy prawdziwy, bo znaleziony w internecie - żeby sierocińców nie lokować koło domu starców, jest po prostu pomysłem prześmiesznym. Ja bym zrobiła zupełnie odwrotnie, połączyłabym te dwie rzeczy, bo dzieci będą miały wtedy babcię jakąś ukochaną, ciocię czy wujka. I co jest fantastyczne, ci starzy ludzie mieliby przybrane wnuczki - chęć do życia, młodość.

W Stanach istnieje takie przedszkole, które przez kilka godzin funkcjonuje wraz z domem starców.

- Jednym i drugim to robi znakomicie. W naszych domach nasze dzieci chowały się z mieszkańcami bezdomnymi, starszymi. Ukochana ciocia Jola, do dziś jest wspominana, świetnie gotowała, ale była uzależniona od alkoholu. Niestety po wielu latach dostała mieszkanie socjalne i zapiła się w nim na śmierć. Ale ciocia Jola była ukochaną ciocią Jolą. To naszym dzieciom nie zrobiło krzywdy.

- Oczywiście, nasze dzieci nie mieszkały w domach, w których byli ciężko chorzy i umierający, nawet technicznie nie byłoby to możliwe ze względu bezpieczeństwa sanitarnego. Ale to nie oznacza, że w naszych domach nie umierali ludzie. Nasze dzieci chodziły na ich pogrzeby, bo to byli mieszkańcy, z którymi w ten czy inny sposób dzieci były związane. Jasne, bezdomni mieszkańcy mogą być różni i mogą stanowić dla dzieci zagrożenie. Stosowaliśmy jednak odpowiednie środki bezpieczeństwa i żadnemu dziecku nigdy nic się nie stało.

Wracając do zapalniczek i do Artura. Tu, we Wspólnocie, Artur jest bezpieczny.

- Tego nigdy nie wiemy do końca. Równie dobrze może wsadzić palce w kontakt. Staramy się zapewnić mu bezpieczeństwo. W jakim sensie bezpieczny?

Nikt nie dokucza mu z powodu jego inności.

- Tak, to prawda.

Przypomniałam sobie historię jednego dziecka z autyzmem, któremu mama zawsze robiła na drugie śniadanie bułkę, mówiąc, żeby ją zjadł. Dzieci w szkole zabierały mu tę bułkę i pluły do niej - a chłopiec zjadał, bo przecież mama kazała.

- Okrucieństwo ludzkie, w tym okrucieństwo dzieci, nie zna granic. Mieliśmy przypadki w szkołach dokuczania dzieciom z naszych domów, także moim dzieciom, wcale nie niepełnosprawnym, tylko normalnym, z różnych powodów. Takich jak to, że mieszkają w domu dla matek z dziećmi, albo mama jest z Ukrainy, więc mówią z akcentem - to dzieje się w tej chwili. Kierowniczka naszego domu dla matek z dziećmi jest Polką z Ukrainy, w Polsce kończyła studia, tata jest z Ukrainy. Dzieci przez to przeszły dużo przykrości w szkole.

- Problem jest taki, że szkoła kompletnie nie wychowuje. Nie wychowuje do solidarności, empatii, współczucia, towarzyszenia osobom słabszym. Ale to nie jest tylko wina szkoły, to także wina rodziców. Rodzice szykują swoje dzieci do walki szczurów, do tego, żeby ich dziecko było najlepsze. Cały czas powtarzam naszym nauczycielkom z tutejszego przedszkola - tłumaczcie rodzicom, że nie chodzi o to, żeby ich dziecko było najlepsze. Nieprawda, że tragedią jest, jeśli potknie się przy recytacji wierszyka. Dziecko ma być w naszym przedszkolu szczęśliwe. Po prostu. Każde jest inne, więc nie ma, że moje jest lepsze, a twoje gorsze, moje mądrzejsze, a twoje głupsze. Niestety, traktujemy dziecko jako towar. Który musi być luksusowy.

Im więcej w niego włożymy, tym kiedyś więcej od niego dostaniemy.

- Oczywiście trzeba wkładać. My sami organizujemy zajęcia dla dzieci. Są zespoły muzyczne, indywidualna nauka gry na instrumentach, matematyka, plastyka. Niestety, wychowujemy dzieci nie do współpracy, tylko do konkurencji - w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych, gdzie dzieci już od małego pracują w ekipie. Jeśli jest jakiś konkurs to grupa odnosi sukces. U nas nie. U nas musi być indywidualnie i to jeszcze, żeby temu słabszemu, który przegrał, dokopać. Szkoła ma tu ogromne pole do popisu, ale jest obojętna na tego typu zachowania.

Dlaczego tak się dzieje?

- Dlatego, że sami nauczyciele często też tak myślą. Oczywiście, nie wszyscy - ale tak jest. Jeden z naszych chłopców - fantastyczny, bardzo inteligentny - przeszedł przez piekło w szkole, ponieważ ma zespół Aspergera. I to nie ze strony kolegów, bo akurat z nimi miał znakomity kontakt, ale ze strony nauczycieli. To wręcz ocierało się o znęcanie. Dopiero po dzikich awanturach udało się załatwić nauczanie indywidualne.

- Są nauczyciele naprawdę wspaniali, ale to dziś rzadkość i oni mają przechlapane w środowisku kolegów i koleżanek. Mogłabym opowiadać różne historie, które się działy tutaj albo w podwarszawskiej szkole, gdzie na maltretowanie, na znęcanie się nad kolegami, nie było żadnej reakcji. Dopiero, gdy wkroczyłam do akcji przy pani dyrektor, pani pedagog, przy rodzicach tych dzieci, które maltretowały i przeprowadziłam rozmowę, to wszyscy patrzyli na mnie i mówili: "Nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że tak można z dziećmi rozmawiać". Zapytałam: "Jak wy rozmawiacie?". Można i trzeba, tylko się nikomu nie chciało. Na tym polega cały problem. Zamieść pod dywan.

Nauczyciele chcą przekazać wiedzę z podręcznika. I oni, i rodzice boją się mówić o rzeczach ważnych, o rzeczach trudnych, o śmierci... -

... o seksie. Boją się mówić o wszystkim. Kiedy moja córka prawie została zgwałcona w gimnazjum, sprawę chciano zamieść pod dywan. Rodzice chłopców, którzy to zrobili, uważali, że się nic nie stało, to taka zabawa. Sprawa tego mobbingu ciągnęła się długo, a dziewczynki bały się przyznać. Prawie rozwaliłam biurko w gabinecie dyrektora i powiedziałam, że albo prokurator, albo rozmowa ze mną i z tymi chłopcami w obecności pedagoga szkolnego i rodziców. Reakcja była dokładnie taka sama, jak szereg lat temu w podwarszawskiej szkole: "Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że tak można z dziećmi rozmawiać". No to jak wy rozmawiacie? W ogóle nie rozmawiacie. I dotarło do nich, co zrobili. Bo nie chodziło mi o karanie kogokolwiek, ale o to, żeby uświadomili sobie, co zrobili.

Udało się?

- Tak, oczywiście. Tylko trzeba było poświęcić trochę czasu. I jeszcze zażądałam, żeby przyszedł ktoś z policji i uświadomił dzieciom, że to są czyny karalne.

- Niestety szkoła później zemściła się na mojej córce, bo narobiła im kłopotów. Myślę jednak, że gdyby nie było tej interwencji, z tych chłopców wyrośliby łajdacy. Uznaliby, że to jest dobre, skoro nikt nie reaguje. Powiedziałam wtedy dyrektorowi: "Pańska córka czy wnuczka za parę lat będzie się bała przejść przez wieś, jeśli dziś na to nie zareagujemy". I nie chodzi mi o to, żeby był prokurator, kurator i w ogóle. To nic nie da. Chodzi o to, żeby do nich dotarło. Bo to nie są źli chłopcy - to są głupi chłopcy, których nikt nie wychował. Dzisiaj to zresztą już dorośli mężczyźni. Jeden z nich u mnie pracuje.

- To była totalna głupota i w dodatku zbiorowa, bo żaden z nich indywidualnie by tego nie zrobił. Ale w tym wieku w grupie robi się idiotyzmy, jeden drugiego podpuszcza. Jeden chce drugiemu zaimponować. I wiedząc to, trzeba odpowiednio zareagować, nie można pozostać obojętnym.

Powtarza siostra, za Ewangelią, że zawsze mamy wybór. Czy na pewno? Dużo mówi się o roli kobiet w Kościele, że jest marginalizowana, ale być może, gdyby siostra była księdzem, nie mogłaby prowadzić rodziny zastępczej - mężczyzna miałby trudniej, byłby podejrzewany o najgorsze.

- Oczywiście. Ale jak wspomniałam, mamy księdza w Peru, który jest rodziną zastępczą dla czterdzieściorga. Trzeba wziąć pod uwagę tzw. opinię publiczną, ale nie do końca. Pamiętam, jak jeden ksiądz opowiadał mi historię, jak pod kościołem św. Anny zemdlała pewna kobieta. To była młoda dziewczyna, a on - młody ksiądz - bał się do niej podejść i ją ratować, żeby go ktoś nie posądził. I mówię mu: "Ty najzwyczajniej w świecie jesteś idiotą i bydlakiem".

- Są różne sytuacje. Ja też nie jestem w stanie wziąć wszystkich dzieci, które potrzebują wsparcia. Są sytuacje, w których absolutnie nie możemy przyjąć dziecka, ale możemy zrobić wszystko, żeby znaleźć rodzinę, która je przyjmie. Nie jesteśmy w stanie pomóc wszystkim, w każdej chwili naszego życia. Wyznacznik, jakim jest opinia publiczna w przypadku, kiedy chcemy być wierni Ewangelii, nie musi być decydujący.

Nawet nie powinien.

- Czasami może powinien. Jeżeli jestem w habicie, to muszę wiedzieć, że jest to pewien znak, więc nie mogę pójść do knajpy i się spić. Powinniśmy się liczyć z tym, że reprezentujemy Chrystusa. Ale też wiedzieć, że o samym Chrystusie mówiono, że jest z pijakami, prostytutkami itd. Nie bać się tego, jeśli rzeczywiście czynimy dobrze. O mnie też mówiono różne rzeczy i nadal się mówi...

- Z tego rzadko zdajemy sobie sprawę, ale tak naprawdę jesteśmy delegatami, czyli naziemnym personelem Królestwa Niebieskiego i mamy pewne zobowiązania co do naszego zachowania. Jak trzeba, to pójdziemy do burdelu i wyciągniemy stamtąd dziewczynę, oczywiście nie korzystając z usług. Nie boimy się tam wejść. Jeżeli natomiast czujemy się zbyt mało odporni na wdzięki przebywających tam i pracujących pań, to lepiej nie wchodzić.

- Nie tak dawno była u mnie dziewczyna, którą z przerażeniem przysłała do nas siostra Anna Bałchan, zajmująca się na Śląsku pomocą dziewczynom zagrożonym prostytucją. Owa dama, pełna głębokich natchnień, skądinąd absolutnie prawidłowych, pomaga bezdomnym, odwiedzając ich w melinach. Sama lub z koleżanką - równie młodą i piękną - co jest totalnym szaleństwem. Takich rzeczy się nie robi. Albo idzie się tam mając jeszcze dwóch byków po bokach, albo pomaga się w inny sposób. Nie chodzi o to, że będę usprawiedliwiać później gwałt - w żadnym wypadku - ale to jest głupota. Nie zawsze mamy narzędzia, żeby pomóc. Komuś, kto ma niepełnosprawne dziecko i dwoje jeszcze innych swoich dzieci, trudno będzie wziąć jeszcze jedno niepełnosprawne dziecko. To po prostu fizycznie niemożliwe - ale może wesprzeć to dziecko w inny sposób.

Przypomniała mi się jedna z podstawowych zasad udzielania pierwszej pomocy - sprawdź, czy jesteś bezpieczny.

- Dokładnie tak. W naszych domach są żelazne zasady bezpieczeństwa, bo my nie wiemy, kto do nas przychodzi. Są ludzie chorzy psychicznie, zaburzeni, psychopaci itd. Zdarzyło się u nas, i zagranicą też, że nieprzestrzeganie tych zasad omal nie skończyło się śmiercią. Powiedziane jest, że dziewczyna, nawet prowadząca dom, absolutnie nie może wejść sama do pokoju mężczyzn. Musi mieć zawsze jakiegoś zaufanego, wieloletniego mieszkańca. Tymczasem dwie młode dziewczyny weszły do takiego pokoju, w którym był świeżo przyjęty mieszkaniec, jak się okazało kompletny psychopata, który się na nie rzucił i zaczął dusić. Na szczęście na terenie był chłop jak dąb, który usłyszał krzyk, wpadł i wykopał tamtego za bramę. Ale to był kompletny przypadek, że tam się znalazł, bo nie mieszkał w domu, tylko przejeżdżał.

To może nie przypadek.

- Nie można liczyć na to, że jak wyskoczymy z okna, to będzie przejeżdżała śmieciarka, jak to się zdarzyło pewnemu panu, który długo planował samobójstwo. Piękna, prawdziwa historia. Wyskoczył bodajże z VII piętra, z okna klatki schodowej w warszawskim wieżowcu. Miał wszystko tak zaplanowane, że nic nie powinno mu stanąć na przeszkodzie. Skończyło się tym, że miał tylko połamane nogi. Bo przejeżdżała tamtędy śmieciarka. Śmieciarz dostał zawału, a niedoszły samobójca miał tylko połamane nogi. Uświadomił sobie, jakie to szczęście, że dostał drugie życie. Depresja jest chorobą, którą trzeba leczyć i był leczony.

Jak pomagać mądrze? Nie tylko tu, we Wspólnocie, ale w ogóle.

- Nie wszyscy są w stanie pomagać ludziom bezdomnym. Ktoś, kto ma rodzinę, nie powinien wpuszczać do domu nieznanego człowieka. Ale jeśli spotka człowieka bezdomnego, może mu doradzić miejsce w jakimś schronisku, może mu dać jeść itd. Każdy z nas ma wokół siebie ludzi, którzy potrzebują naszej obecności i naszego wsparcia. Jeśli mamy rodzinę, dlaczego nie zaprzyjaźnić się ze starą sąsiadką, albo samotną staruszką z pobliskiego domu pomocy? Czemu nie zabrać jej na święta? Dzieci mogą ją odwiedzać, nastolatek poczyta jej książkę, albo wyprowadzi na spacer. Możemy zaprzyjaźnić się z samotną matką, którą wesprzemy, albo której dziecko będzie odrabiać lekcje razem z naszym dzieckiem.

- Zresztą jest mnóstwo młodych ludzi, którzy to robią. Przychodzą do nas liczne grupy, ale też pojedynczy ludzie w różnym wieku. Czasem nawet całe rodziny. Przychodzą np. z małymi dziećmi i robią w Boże Narodzenie koncert kolęd. A tam są nie tylko starzy i chorzy, po twarzach tych ludzi widać ich przejścia. To nie są wesołe staruszki, ale ludzie bez rąk, bez nóg, chorzy psychicznie. I te dzieciaki razem z rodzicami dla nich śpiewają, młodzież organizuje tam bal sylwestrowy. Są i tacy, z pierwszych stron gazet, którzy na Wigilię lepią z naszymi ludźmi pierogi.

Nie zawsze chodzi o pieniądze.

- Oczywiście. Powiedziałabym - rzadko pieniądze. Choć jak mówiła Margaret Thatcher, żeby być dobrym Samarytaninem trzeba mieć pieniądze, bo trzeba za coś wyremontować ludziom dom, trzeba za coś kupić im jedzenie. Najważniejsza jest jednak obecność. Trzeba chcieć. Jeśli siedzisz i płaczesz z samotności, bo jesteś singlem, nie możesz znaleźć drugiej połówki, wracasz z pracy w korporacji i wyjesz z samotności, to rusz tyłek. Jest tyle organizacji, tyle możliwości, gdzie można się zaangażować.

- Jak słyszę, że jakaś sprawna fizycznie emerytka umiera z nudów, to mi się trochę nóż w kieszeni otwiera. Kobito! Naprawdę setki ludzi wokół ciebie czekają na twój czas, twoją cierpliwość, twoją miłość, na ciasto, które upieczesz - to jest szalenie ważne. Naprawdę, są miliony dobrych uczynków, na które czekają miliony ludzi. 

Dowiedz się więcej na temat: siostra Małgorzata Chmielewska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje