Reklama

Reklama

Najdziwniejsze widoki z porodówek

Można by pomyśleć, że kto jak kto, ale personel zatrudniony na oddziale położniczym widział już naprawdę wszystko, ale są sytuacje, które zadziwiają nawet najbardziej doświadczonych położników i położne.

Macica w kształcie serca

W jednym z moskiewskich szpitali przyszły na świat bliźnięta. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, ze ich u ich matki wykryto wadę anatomiczną, która, zdaniem medyków, uniemożliwiała donoszenie ciąży. Macica dwurożna to rzadka anomalia, dotyka około 0,4 proc. kobiet. Dwurożność, zwłaszcza zaawansowana, wiąże się z ryzykiem poronień nawykowych i przedwczesnych porodów. Czasem niemożliwe okazuje się już samo zapłodnienie.

Na przekór mało optymistycznym prognozom 39-latce udało się zajść w ciążę i urodzić upragnione bliźnięta. Jak dotąd, w literaturze medycznej opisano zaledwie kilkanaście podobnych przypadków.

Reklama

Lekarze, rzecz jasna, wiedzieli o anomalii, ale widok macicy pacjentki, przywodzącej na myśl serce, i tak ich zaskoczył. Zdumiona była też sama młoda mama, mimo że ona także wiedziała, czego może się spodziewać. Co ważne, nietypowy organ nie uległ uszkodzeniu i udało się go umieścić z powrotem na właściwym miejscu.

Dzieci urodzone w czepku

W nielicznych przypadkach błony płodowe nie pękają ani nie zostają przebite, a dziecko rodzi się otoczone nienaruszonym workiem owodniowym. Zdarza się też, że jest on uszkodzony tylko częściowo. Choć wygląda to naprawdę niecodziennie, nie ma powodów do obaw. Dziecko przebywając w błonach nie jest zagrożone uduszeniem się, ponieważ w dalszym ciągu oddycha dzięki łożysku.

O takich noworodkach mówi się, że są "w czepku urodzone", jednak tak naprawdę dzieci urodzone w czepku to te, których główki lub twarze (rzadziej także klatki piersiowe) przesłaniają całkiem lub częściowo resztki błon płodowych - to zdarza się raz na 80 000 tys. przypadków. Poród malca znajdującego się w worku owodniowym to nieco inna sytuacja, jeszcze rzadsza, jeszcze bardziej niecodzienna.
Pęcherz, który przetrwał poród po prostu się przecina, a błony, które osłaniają główkę lub twarz nowo narodzonego delikatnie się zdejmuje. Może też być tak, że cała procedura lekko się komplikuje - dzieje się tak, gdy błony są grube i dość szczelnie okalają skronie malca. Wówczas wykonuje się nacięcie, a potem usuwa się je stopniowo. Zbyt mocne szarpnięcie mogłoby nawet zranić noworodka.
Nawiasem mówiąc, maluchy otoczone błonami, czasami nieuszkodzonymi rodzą się też przez cesarskie cięcie. To też niezwykła sytuacja, bowiem lekarz przecinając powłoki brzuszne pacjentki, jej macicę, w efekcie przecina też worek owodniowy.
Wszystkie te dzieci, niezależnie od tego, czy urodziły się z resztkami błon na głowie czy w ocalałym worku owodniowym, uchodzą za wyjątkowych szczęściarzy, w ludowych zwyczajach takie narodziny łączone były z pomyślnymi wróżbami.

"Najbardziej wyluzowany noworodek"

To był poród rodem z horroru! Na szczęście z pięknym zakończeniem. Jednak młoda mama miała powody do obaw. Po czterech wyczerpujących dniach walki z nadciśnieniem oraz niebezpieczeństwem pęknięcia macicy, 33-letnia Amerykanka Angel Taylor drżała o życie swego nienarodzonego syna. Ale gdy chłopczyk przyszedł na świat był tak spokojny i zrelaksowany, jak to tylko możliwe - media nazwały go "najbardziej wyluzowanym noworodkiem" i trzeba przyznać, że w pełni zasłużył na to miano.

Zebrani długo nie zapomną widoku, jaki ukazał się ich oczom. Nic dziwnego! W błyskawicznym tempie świat obiegło pierwsze zdjęcie nowo narodzonego - malec powitał przyjmujących go lekarzy szerokim "uśmiechem" i otwartymi ramionami!

Porody lotosowe

Poród lotosowy na starcie i w kulminacyjnym momencie nie różni się od tradycyjnego. Rozbieżność uwidacznia się dopiero w tzw. trzeciej fazie, gdy rodzi się łożysko wraz z błonami płodowymi. Podczas zwyczajowego porodu przychodzi czas na przecięcie pępowiny, lotosowe narodziny są zaś uboższe o ten element. Idea zakłada bowiem nieodcinanie pępowiny. Ani zaraz po porodzie, ani w ogóle. 

Ten narząd, według zwolenników nietypowej metody, ma uschnąć i odpaść bez ingerencji z zewnątrz. Zwykle dzieje się to po 3-7 dniach od narodzin, ale bywa też, że cała procedura przedłuża się do 10 dni. A wszystko po to, by nowo narodzone dziecko czerpało korzyści z takiego przedłużonego kontaktu z łożyskiem i przeżyło odseparowanie możliwie najmniej dotkliwie.

Entuzjaści omawianego podejścia wskazują na korzyści dla noworodka, który przez dziewięć miesięcy utrzymywał łączność z życiodajnym łożyskiem. Po narodzinach to połączenie nie zostaje gwałtownie przerwane, tylko wygaśnie samoistnie. Dzięki temu malec będzie mógł bardziej aktywnie przeżywać swoje przyjście na świat, podejmie swego rodzaju "decyzję" o ustaniu powiązania z przejściowym narządem.

Według wyników badań, opóźnione przecięcie pępowiny istotnie niesie za sobą korzyści dla noworodka, ale mowa tu o maksymalnie kilkuminutowej zwłoce. Taka strategia sprawi, że maluch zostanie dodatkowo wyposażony w krew, co według naukowców cytowanych przez Bmj.com chroni przed niedoborami żelaza, a w konsekwencji przed anemią. Pępowina powinna zostać zaciśnięta niedługo po tym, gdy przestanie tętnić, wówczas już można ją bez przeszkód przecinać.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy