Reklama

Reklama

O śmierci trzeba rozmawiać

Niektórzy lekarze uważają, że skoro nie uratowali pacjenta, to nie zrobili dla niego niczego dobrego. Nieprawda - mówi dr n. med. Dariusz Kuć - lekarz, bioetyk, kierownik Białostockiego Hospicjum dla Dzieci Fundacji "Pomóż Im".

Monika Szubrycht, Interia.pl: Po odłączeniu od aparatury mały Alfie Evans miał żyć trzy minuty. Tymczasem żył trzy doby. Co, jeśli lekarze się mylili? Jeśli sąd podjął złą decyzję? Jeśli dziecko można by leczyć dalej?

Dr n. med. Dariusz Kuć: Czasami w medycynie działamy w warunkach niepewności, nie wiemy tak naprawdę, co się dokładnie zdarzy. Lekarzom się wydawało, że jeżeli odłączą Alfiego od respiratora, będzie żył trzy minuty, ale w medycynie wszystko jest możliwe, nawet cuda. Dwa razy dwa często nie równa się cztery, tylko pięć, albo trzy - w medycynie nie mamy pewności. Ona nie jest tak ścisłą nauką, jakbyśmy chcieli. Bardzo często jest nieprzewidywalna i moim zdaniem tak się stało w przypadku Alfiego. Proszę jednak pamiętać, że znamy sprawę Alfiego tylko z przekazów medialnych, które też są przekazami nieścisłymi. Nie mamy dostępu do dokumentacji medycznej, nie wiemy, jak tam jest naprawdę.

Reklama

Gdzie jest granica, kiedy lekarz powinien wycofać się i pozwolić pacjentowi umrzeć?

- Moim zdaniem tą granicą jest terapia uporczywa, której stosować nie powinniśmy. To jest taka terapia, która zamiast pomóc pacjentowi - szkodzi mu, zamiast wydłużyć jego życie - wydłuża umieranie. Terapia uporczywa jest terapią nadmierną,  nieuzasadnioną, niepotrzebnie przedłużającą cierpienie pacjenta. Z jednej strony nie przynosi spodziewanych, korzystnych efektów, a z drugiej strony dodaje pacjentowi cierpienia, a wszystko to w sytuacji niewielkich szans na przedłużenie życia. Terapia uporczywa wynika z braku akceptacji śmierci. Niektórzy rodzice, ale i lekarze, dojrzewają do tej akceptacji, w pewnym momencie widzą, że dalsza walka nie ma sensu. Dobrze byłoby, żeby razem doszli do podobnych wniosków w odpowiednim czasie, nie za szybko, nie za późno. W hospicjum, którym kieruję, staramy się z rodzicami o uchwycenie momentu, w którym trzeba powiedzieć "dość". Co nie oznacza, że przestajemy zajmować się pacjentem. Wręcz przeciwnie, opieka i leczenie paliatywne jest jeszcze bardziej wymagające.

Zaprzyjaźniony pracownik hospicjum opowiadał mi, że dzieci często nie chcą umierać w obecności rodziców. Czy pan też ma takie doświadczenia?

- Czasami tak się dzieje. Dzieci "wybierają" sobie moment swojej śmierci, żeby jak najbardziej ochronić swoich rodziców przed widokiem umierania, przed tą straszną wiadomością. Też to obserwuję. Czasami chronią się wzajemnie obydwie strony. Rodzice chronią dziecko przed informacją, że nie ma szans na życie, albo że jego choroba jest śmiertelna, że umrze. A dzieci chronią swoich rodziców i jest to podwójna zmowa milczenia, kiedy dwie strony wiedzą dokładnie, co się dzieje, ale ze sobą o tym nie rozmawiają.

- Zawsze namawiam do tego, żeby rozmawiać, żeby mówić sobie, co się dzieje w takich sytuacjach, bo to oczyszcza atmosferę. Stanięcie w obliczu prawdy powoduje, że jesteśmy wobec siebie uczciwi i możemy wejść na inny poziom rozmowy. Relacja dziecka z rodzicem może stać się autentyczna i prawdziwa.  Dotyczy to oczywiście nie tylko dzieci, ale i umierających rodziców, dziadków.

Atul Gawande, amerykański chirurg, pisarz i badacz zdrowia publicznego, w jednej ze swoich książek napisał, że medycyna uczy lekarzy, jak ratować ludzkie życie, ale nie jak zachować się w obliczu śmierci. W jaki sposób rozmawiać o śmierci z pacjentami? Ich rodzinami? Dlaczego tak często słyszymy opinię o lekarzach, że są bez serca, że informują w bezduszny sposób o tym, że ktoś umiera? Czy zatracili empatię?

- Współczesna medycyna jest medycyną walki. O wszystko - wyzdrowienie, życie, przedłużanie tego życia. Czasami walki naprawdę niepotrzebnej, bo widzimy, że nie da się już nic zrobić, nie da się przedłużyć tego życia w istotny sposób. Czasami da się przedłużyć życie o godzinę, dwie godziny, jeden dzień, kilka dni, ale jakim kosztem? Kosztem tego, że tak naprawdę wydłużyliśmy nie tyle życie tego pacjenta, co jego umieranie i jego cierpienie. To jest właśnie uporczywa terapia, kiedy nie pozwalamy pacjentowi umrzeć, bo po prostu nie godzimy się na jego śmierć.

Kto się na nią nie godzi?

- Albo pacjent, albo jego rodzina, albo lekarze. Niestety, lekarze nie uczą się rozmawiać z pacjentami o tym, że zbliżają się ku śmierci. Nikt tego ich nie uczy.

Śp. ksiądz Jan Kaczkowski organizował etyczne areopagi, gdzie młodzi adepci medycyny przyjeżdżali nad morze na warsztaty, gdzie mogli tego się uczyć. A może lekarze nie potrafią o śmierci rozmawiać, bo boją się, że ktoś zarzuci im brak kompetencji powie: "Gdybym leczył się u kogoś innego, byłoby inaczej, nie umierałbym".

- Tak może być, oczywiście. Lekarze często traktują śmierć pacjenta jako swoją zawodową porażkę. "Czegoś mi się nie udało zrobić, nie udało mi się uratować tego pacjenta". Ale przecież na tym polega sztuka medycyny, że część pacjentów da się uratować, a część nie. Nawet tym, których nie da się uratować, można pomóc. Nie da się uratować od śmierci, ale można im pomóc, obejmując ich opieką paliatywną.

- Niektórzy lekarze uważają, że skoro nie uratowali pacjenta, to nie zrobili dla niego niczego dobrego. Nieprawda. Człowiek jest istotą żyjącą, ale i śmiertelną. Przyjdzie taki czas, że trzeba będzie umrzeć. I wtedy trzeba się zastanowić, jak w takiej sytuacji mogę objąć człowieka całościową opieką - jego ciało, psychikę, duchowość, jego historię, plany i obawy.

Dlaczego los Alfiego jest w stanie postawić na baczność całą polską opinię publiczną, a los wegetujących tu niepełnosprawnych dzieci niekoniecznie?

- Przejmujemy się losem Alfiego, bo jest tu bardzo dużo pytań. Pytanie pierwsze jest takie: na ile rodzice mogą podejmować decyzje względem dzieci, a na ile odpowiedzialność przyjmuje państwo. W tym wypadku rodzice podjęli decyzję: "nie chcemy, żeby Alfie był odłączony od respiratora". Lekarze skierowali sprawę do sądu i sąd w imieniu państwa mówi: "należy dziecko odłączyć od respiratora". Druga sprawa dotyczy leczenia. Co oznacza uporczywość terapii? Czy staje się ona uporczywa dla Alfiego, czy też nie?

- Uporczywa terapia nie daje efektów, jakie byśmy chcieli uzyskać, jest tak naprawdę terapią szkodzącą pacjentowi, a nie poprawiającą jego stan. Jako lekarza hospicjum dziecięcego takie dramaty moralne - czy stosować jakieś leczenie, czy nie, czy podłączyć kogoś do respiratora, czy też nie - spotykają mnie niejednokrotnie.

- Dlaczego sprawa Alfiego jest nagłośniona? Tak po prostu się zdarza, że pewne rzeczy są nagłaśniane, a pewne nie. Ta sprawa, w której rodzice nie zgadzają się na to, co proponują lekarze, akurat do mediów dotarła.

Często zdarza się taki scenariusz?

- Z mojego doświadczenia wynika, że w większości kochający rodzice i lekarze, którzy potrafią pochylić się nad losem pacjenta, dochodzą do tych samych wniosków. Bardzo rzadko zdarza się tak, że rodzice mają inne zdanie niż lekarze. Tu się tak zdarzyło.

Powiedział pan kiedyś: "Dla mnie osobiście człowiek chory to nie tylko ciało, ale też dusza. Mam wrażenie, że medycyna o tym zapomniała".

- Tak powiedziałem. Człowiek jest całością. Nie tylko jego organy i ciało są ważne, ale też jego psychika, emocje i duchowość - czyli odniesienie do tego, jaki sens ma moje życie, w co wierzę, czego tak naprawdę chcę i po co żyję. Uprawiam medycynę humanistyczną.  

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje