Reklama

Reklama

Oskarżają dzieci o czary. Potem dzieje się coś strasznego

Wydaje się, że w XXI wieku nie ma już miejsc, w których wiara w czary i moce nieczyste jest traktowana poważnie. Okazuje się, że w Afryce Subsaharyjskiej ubodzy wieśniacy wierzą, że ich życie jest kontrolowane przez złe duchy. Aby je udobruchać muszą czasem poświęcić własne dziecko...

Nagranie, które stało się viralem

Anja Ringgren Lovén jest duńską działaczką charytatywną. Nagranie z 2016 roku, na którym widać, jak na ulicy miasta Eket poi wygłodzone, dwuletnie dziecko obiegło świat. Pytała wtedy ludzi: "Nikt nie da mu jeść?". Odpowiedź była przerażająca. Nie, bo dziecka-czarownicy nie wolno nawet dotykać.

Kobieta zabrała chłopca i nazwała go Hope, czyli "Nadzieja". W 2012 roku Lovén utworzyła organizację charytatywną DINNødhjelp. W 2013 roku porzuciła pracę w sklepie w ubraniami, sprzedała wszystko, co miała, i postanowiła skupić się na pomocy dzieciom-czarownicom.

Reklama

Rok później otworzyła sierociniec w Nigerii, a w 2015 roku kupiła kawałek ziemi i przy pomocy organizacji charytatywnej "Inżynierowie Bez Granic" wybudowała Land of Hope Children's Center, szpital i szkołę biznesu, gdzie setka dzieci znalazła miłość i bezpieczeństwo.

"Land of Hope", czyli "Kraina Nadziei"

Land of Hope na swojej stronie internetowej tak przedstawia cel swojej działalności:

Dzieci z centrum odwiedzają swoją najbliższą rodzinę, gdyż tęsknią za rodzicami i rodzeństwem. Dla wielu może wydawać się niezrozumiałe zabieranie ich do wioski, z której zostały wypędzone, jednakże oskarżenie o czary najczęściej nie pochodzi od rodziców, ale wujka, babci, mieszkańców wsi lub przywódcy duchowego, który zarabia na wypędzeniu duchów.

Zazwyczaj rodziny są szczęśliwe, że dzieci mają się dobrze. Celem wizyt domowych jest zatem także zmiana podejścia mieszkańców wsi do przesądów. Dzieci powoli są akceptowane przez miejscowych, co stwarza podatny grunt do reintegracji z lokalną społecznością.

Co roku kilkoro podopiecznych organizacji spędza wakacje szkolne w domu, ze swoimi rodzinami, ale bliscy mogą je też odwiedzać w "Krainie Nadziei". Ważne jest, by rodziny chciały wziąć odpowiedzialność za ich przyszłość i współpracować ze stowarzyszeniem.

"Land of Hope" nie szuka wolontariuszy, bo stan Akwa Ibom jest jednym z bardziej niebezpiecznych miejsc na świecie i organizacja nie mogłaby odpowiadać za ich bezpieczeństwo. Szkoła jest strzeżona przez uzbrojonych ochroniarzy 24 godziny na dobę, przez siedem dni w tygodniu.

Nie przyjmuje też darowizn w postaci zabawek, pomocy edukacyjnych czy ubrań, gdyż koszty przesyłki do Nigerii są bardzo wysokie. Najlepsza formą wsparcia jest darowizna pieniężna, za którą można kupić potrzebne rzeczy dla dziecka w miejscu jego zamieszkania, dodatkowo wspierając lokalny rynek.

Po kilku latach pobytu w "Krainie Nadziei", Hope zmienił się nie do poznania. Co najważniejsze, jest bezpieczny, najedzony, zdrowy i uśmiechnięty. Chodzi do szkoły i interesuje się sztuką. Lubi malować i jest nazywany "małym Picassem". Jego prace są z powodzeniem sprzedawane przez organizację. Chłopiec nigdy nie spotkał swoich rodziców, a miejsce pobytu innych jego krewnych jest nieznane.


Do 2020 roku Anja  i jej współpracownicy uratowali ponad 300 dzieci, a obecnie w ośrodku przebywa 76 podopiecznych. Wśród nich dziewięcioletnie dziewczynki, które były torturowane, wykorzystywane seksualnie i podpalane żywcem, zanim udało im się uciec.

W 2018 roku Dalai Lama zaprosił Anję do Indii, by osobiście podziękować za jej pracę z dziećmi. Na podstawie tego spotkania powstał dokument filmowy - "Sierociniec Anji".


Dramat afrykańskich dzieci

W Afryce dziecko może być uznane za wiedźmę z zupełnie błahego powodu - kiedy ma znamię, deformację części ciała czy nietypowy wygląd. Dziecko-wiedźma zostaje porzucone na ulicy poza wsią, aby nie przenosiło złych mocy na rodzinę i sąsiadów. Wiara w przesądy jest głęboko zakorzeniona w tradycji niektórych ludów Afryki. Idzie w parze z brakiem edukacji, ekstremalną biedą, fanatyzmem i korupcją. Oskarżenie o czary jest naiwnym tłumaczeniem sobie wydarzeń, które nieoczekiwanie spotykają członków danej rodziny, takich jak nagła śmierć, nieuleczalna choroba, klęska nieurodzaju, bezpłodność czy strata pracy.

Dzieci staja się kozłami ofiarnymi dorosłych, bo są bezbronne i od nich zależne. Niewielu wie, że oskarżanie dziecka o bycie czarownicą jest karalne i grozi za to do 15 lat więzienia. Szkoda tylko, że ma to niewielkie znaczenie w zapadłych wsiach, w których największą władzę mają uzdrawiacze.

Raporty UNICEF, ONZ i  organizacji "Save the Children" ujawniają, że nadal praktykuje się rytualną śmierci i ofiary z dzieci w krajach takich, jak Nigeria, Uganda, Tanzania, Namibia, Zimbabwe, Mozambique i Mali.

W Ugandzie tradycyjni uzdrowiciele komunikują się z duchem, który ich informuje, jakiej ofiary żąda od danej osoby. Najczęściej jest to koza lub kura, ale bywa, że dziecko. Tu ciągle stosuje się brutalny rytuał pobierania części ciała, kwi i tkanek od dziecka, które nadal żyje. Między 2006 a 2014 roku zarejestrowano 87 dziecięcych ofiar. Aż 80 proc. społeczeństwa wierzy uzdrawiaczom, a nie prawdziwym lekarzom. W Nigerii, w stanach Akwa Ibom i Cross River, około 15 tys. dzieci jest uznawane za wiedźmy i zostawiane bez opieki. Aż 50 tys. dzieci było poddawane egzorcyzmom, w czasie których dochodziło do okaleczeń, głodzenia, podpalenia, zmuszania do picia trujących płynów, wiązania czy bicia.

W Etiopii uważa się, że dzieci z jakimiś odmiennościami w wyglądzie są nieczyste i dotknięte złą mocą. Podobnie, jak dzieci pozamałżeńskie, bliźniacy, osoby posiadające wadę zgryzu lub ułamany ząb. Chłopcy i dziewczynki z ułomnościami są zostawiane w dżungli lub topione w rzece. Niepełnosprawne noworodki nie zasługują nawet na pochówek.

Najtrudniejszą sytuację maja tu albinosi, osoby cierpiące na rzadką chorobą genetyczną, która średnio występuje raz na 20 tys. urodzeń. W Afryce, 98 proc. albinosów nie dożywa 40. roku życia z powodów, którym w innej części siata można by łatwo zaradzić. Uważa się, że są przeklęci, przynoszą pecha, pokarał ich Bóg i są niebezpieczni, bo mogą zarażać innych. Do magicznych napojów i rytuałów są używane ich włosy, kości rąk i nóg, oczy, skóra, genitalia i krew. Zdarza się, że handlarze porywają ich i zabijają, a nawet rozkopują ich groby, by pobrać narządy. A wszystkiemu winna jest wiara w przesądy i brak wykształcenia lokalnej ludności.

***

Zobacz również:

Urodziła 11 dzieci. Dla niej to wciąż za mało

Polowanie na czarownice. Gdzie wciąż płoną stosy?

Plakaty pełne krwi straszą dzieci

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje