Reklama

Reklama

Oto jak dorośli traktują dzieci. Przerażające!

Żyjemy w świecie, w którym dzięki badaniom naukowym coraz więcej wiemy o naturalnych potrzebach dzieci oraz coraz lepiej potrafimy na nie odpowiedzieć. Jednak paradoksalnie coraz rzadziej to robimy. Winne są temu nasze przekonania na temat wychowania. Co robimy nie tak? Przeczytaj fragment książki "Jak zapewnić swojemu dziecku najlepszy start".

Być może zauważyliście, że w dyskusji publicznej, a także na przydomowych placach zabaw, w placówkach opiekuńczych i oświatowych i w wielu innych miejscach dzieci nie traktuje się poważnie. Z jednej strony postrzegane są jako źródło hałasu, bałaganu i chaosu, z drugiej nie zważa się na ich granice, dotyka się je, zawstydza i omawia się ich problemy, gdy stoją tuż obok.

Reklama

Zdarza się też tak, że w patrzeniu na dzieci gubi się "tu i teraz", a celem staje się jakaś odległa przyszłość. Niektórzy dorośli planują już kariery zawodowe swoim pociechom, inni marzą o stworzenia swoistego "gotowca", który będzie współpracujący, ułożony i bezproblemowy. Dzisiejsza złość czterolatka rodzi czarne wizje zerwanych więzi za kilka lat, tego słynnego noża wsadzonego w plecy, bo przecież kiedy troszczycie się o dziecko, to na pewno wychowujecie je bezstresowo i wychowacie w ten sposób potwora.

Moje doświadczenie pracy z dziećmi pokazuje, że bycie widzianym i traktowanym poważnie jest dla nich niezwykle istotne. Kilka lat temu w jednym z przedszkoli, z którymi współpracowałam, przeprowadziłam mały eksperyment. Przytłoczona liczbą artykułów o tym, jak to dorosłym jest trudno z dziećmi, odwróciłam sytuację i zapytałam pięcio- i sześciolatki, co sprawia, że jest im trudno z dorosłymi. Wiecie, jakie padły odpowiedzi?

Obok takich oczywistych, jak: "bo dorośli się rządzą", "bo myślą, że są najważniejsi", "bo ciągle tylko gadają i gadają", "bo poganiają dzieci", było też kilka takich, które mocno dają do myślenia:

- "bo dorośli, jak się spieszą do autobusu, to potrącają dzieci, jakby nie były ludźmi";

- "bo dorośli, jak rozmawiają z kimś obok, to dzieci mają przed oczami tylko ich uda albo tyłki";

- "bo dorośli myślą, że dzieci można tak sobie zagadywać, nawet jak się ich nie zna, i że dzieci to lubią";

- "bo dorośli zawsze chcą kogoś oskarżyć, jak dzieci się kłócą";

- "bo dorośli wyjmują na śniadanie śmierdzące jedzenie i nie przejmują się, że dzieciom jest niedobrze";

- "bo dorośli mówią, że się na coś umawiają z dziećmi, ale to oni decydują".

Czasami dorosłym trudno jest dojrzeć tę dziecięcą perspektywę. Jeśli macie w sobie otwartość i zasoby, empatia staje się o wiele bardziej dostępna. Gdy jednak siły i chęci znikają, wpadacie zapewne w "tryb przetrwania" i często nie znajdujecie w sobie przestrzeni na dostrzeżenie i zrozumienie dziecięcego punktu widzenia.

Każdego dnia rodzicielskiej codzienności wyciągacie ze swoich plecaków wszelkiej maści przekonania - zarówno te, na których wzrastaliście, jak i te, których nabyliście. Wśród tych przekonań bardzo często przewijają się myśli opar­te na retoryce walki. Bazują one na przeświadczeniu o konieczności zdominowania dzieci w obawie przed przejęciem przez nie władzy. Stojący na pozycji władzy, pełni lęku dorośli szybko dochodzą do wniosku, że dzieciom trzeba pokazać, kto tu rządzi, stawiać granice, pozwalać na coś bądź nie, dyktować zasady.

Na szczęście coraz szersze grono rodziców wybiera podejście do dzieci pełne zaufania i miłości, bo przecież "W toku ewolucji nie mógł powstać gatunek, którego dzieci doprowadzałyby swoich rodziców do szału - to byłoby wbrew logice", jak napisała Jean Liedloff w swojej książce "W głębi kontinuum". Rodzice ci wiedzą, że dzieci są otwarte na współpracę z dorosłymi, że trudne zachowania to pewnego rodzaju "awaria" niedojrzałego systemu nerwowego, a nie wyraz chęci zdominowania dorosłych, że o granice można się troszczyć, nie trzeba o nie walczyć, że w rodzinie jesteśmy równi w godności, choć to na dorosłych spoczywa odpowiedzialność za relację. Czy wy należycie do tych rodziców?

W przyjmowaniu perspektywy dziecka bardzo pomaga zjawisko mentalizacji. Jak mówi A. Bateman: "Mentalizowanie to widzenie siebie z zewnątrz oraz patrzenie na innych od środka". Dzięki tej umiejętności jesteśmy w stanie zrozumieć, że dzieci (a także wszyscy ludzie, których spotykamy na swojej drodze) mają świat wewnętrzny inny niż my, działają przez pryzmat swoich potrzeb i żeby móc je wspierać w różnych sytuacjach, trzeba je najpierw zrozumieć. W swojej pracy psychologa widzę, że jest to jeden z najtrudniejszych, a zarazem najważniejszych elementów.

Rodzice bardzo często przychodzą do gabinetu z pytaniami: "Co robić?", "Jak reagować?". Proste recepty wydają się kuszące i wielu rodziców właśnie ich szuka, jednak nie warto wybierać drogi na skróty i zamiast na przyczynach problemu, skupiać się na objawach. Bez rozpoznania prawdziwych przyczyn trudno jest dobrać odpowiednie wsparcie - to podstawa, a możliwe jest ono tylko wtedy, gdy zechcemy spojrzeć na świat dziecka jego oczami. Dostrzec, że za wygonieniem brata z pokoju może stać potrzeba autonomii i prywatności. Zauważyć, że rozczarowanie nami może się zawierać w normie rozwojowej burzliwego wieku sześciolatka. Zrozumieć, że nadmiar bodźców powoduje rozregulowanie niedojrzałego układu nerwowego, a wtedy otwierają się wrota piekieł.

Nazywam tę część pracą detektywistyczną, która bardzo często pomaga przeformułować problem i znaleźć rozwiązanie. Zrozumieć dziecko, zobaczyć sytuację tak, jak ono ją postrzega.

Wiecie, że w duńskich szkołach prowadzone są lekcje empatii? W kraju, który w roku 2013 oraz 2016 wygrał ranking na najszczęśliwszy kraj świata według raportu ONZ, dzieci nie mają typowej godziny wychowawczej, ale tzw. Klassens tid (czas klasy), podczas którego mogą porozmawiać o tym, co je trapi, w czym potrzebują wsparcia, a klasa wraz z nauczycielem słucha i wszyscy wspólnie szukają rozwiązań. Pedagog wspiera przy tym dzieci w empatii i uważności na innych, pomaga w nazywaniu emocji, a także w otwartości na perspektywę drugiego człowieka.

Zapytacie, po co o tym piszę i dlaczego tutaj? Duńczycy wiedzą, że empatia jest bardzo ważną kompetencją, tymczasem nam brakuje jej nawet wobec dzieci. Dzisiaj w przestrzeni publicznej w Dniu Dziecka pojawiają się rozmowy o tym, jak straszne są współczesne dzieci. W dyskusjach nazywa się je "bombelkami", a ich rodziców "madkami" i "tatełami". Brak uważności, a niekiedy wręcz szacunku do dzieci, może przyczyniać się do tego, że są one grupą, która tak często jest wykluczana i krytykowana. A przecież, jak mówił Korczak, "nie ma dzieci, są ludzie".

* Więcej na temat książki "Jak zapewnić swojemu dziecku najlepszy start" przeczytasz TUTAJ.

Zobacz również:

 


Fragment książki

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Dziecko

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje