Reklama

Reklama

Paulina Garlacz: Macierzyństwo to zupełnie inny wymiar miłości

Paulina Garlacz, autorka konta Scimmietta in love na Instagramie, znana dzięki pięknym kadrom, estetycznym fotografiom, zdobyła sporą popularność. Jako influecerka i matka pokazuje część codziennego życia i dołączyła dzięki temu do grona popularniejszych polskich matek-instagramerek. W rozmowie z Interią opowiedziała o macierzyństwie, o jego blaskach i cieniach, oraz o tym, jak zmieniło to jej patrzenie na świat i fotografię.

Karolina Iwaniuk:  Jak zaczęła się twoja przygoda z fotografią?

Paulina Garlacz: - To był chyba 2007 rok, może wcześniej. Przyjaźniłam się wtedy z dziewczyną, która tą miłością do fotografii trochę mnie zaraziła i pokazała mi piękno zamknięte w zdjęciach. Wygrzebałam wtedy z szuflady starą, kompaktową cyfrówkę rodziców, którą moja siostra przywiozła ze Stanów Zjednoczonych i zaczęłam robić zdjęcia. Spodobało mi się, że mogę pokazać swoją perspektywę patrzenia na świat i poczułam, że chcę robić coś więcej w tym kierunku. W domu też zobaczyli, że te zdjęcia wychodzą coraz lepsze i doczekałam się aparatu od rodziców w 2008 roku.

Reklama

Jaki to był aparat?

- Moja mama uwierzyła w moje siły i stwierdziła, że chce podarować mi lepszy sprzęt. Zainwestowała w aparat i wybrała lepszy model, niż się spodziewałam. Wówczas kupiłyśmy Nikona D80.

Najwidoczniej ta wiara w twoje możliwości opłaciła się, bo po takim czasie w mediach społecznościowych obserwuje cię ponad 33 tysiące osób. Kiedy zaczął się taki boom twojej popularności?

- Cztery lata temu zaczęłam robić coś więcej, zainteresowałam się fotografią lifestylową, dowiedziałam się, że jest coś takiego jak "flat lay", czyli układanie kompozycji z rzeczy codziennego użytku i fotografowanie tej "mozaiki" z góry. Zobaczyłam, że są osoby, które zrobiły z tego sztukę i też zaczęłam próbować swoich sił. Odbiorcom przypadło to do gustu. Postawiłam też na kontakt z internautami poprzez opisy, jakie dodawałam do zdjęcia. Pisałam szczerze, prosto z serca o różnych sytuacjach, problemach i sukcesach. Potem jeszcze pojawiła się w moim życiu Mania (Pies Pauliny rasy Parson russell terrier - przyp. red.) i ludzie oszaleli na jej punkcie. Potem przyszły jesienne zdjęcia, które miały niesamowity klimat i one dały mi największy skok popularności. Sporo osób jednak odeszło, gdy ogłosiłam, że jestem w ciąży.

To akurat jest dla mnie zaskakujące. Byłam przekonana, że właśnie po tej radosnej nowinie przybyło ci obserwujących.

- Część ludzi odeszła, bo bała się, że mój profil zmieni się w profil o dziecku. Przyszły za to internautki, które są matkami i szczerze mówiąc, nie wiem, czy wtedy cieszyłam się z tej zamiany. Cały czas myślałam, że Mela, moja córka, nie zdominuje mediów społecznościowych po przyjściu na świat. Wyszło, jak wyszło. Nie chciałam bronić się przed tym, co jest naturalną częścią mojego życia. Mela stanowi 90 proc. mojej doby i to właśnie chcę teraz pokazywać.

Czyli to w ogóle nie było planowane?

- To nie było zupełnie planowane. Ja wręcz zarzekałam się, że w ogóle żadnych dzieci nie będzie na moim profilu, a nawet kiedyś mówiłam, że nie chcę mieć dzieci. Pragnienie posiadania dziecka nagle mnie uderzyło. I jak się rodzi to dziecko, to wariujesz i trudno było uniknąć jej zdjęć na moim profilu. Chciałam mieć uwiecznione te bardzo ulotne chwile z Melcią.

Blogi parentingowe, profile matkowe stały się bardzo popularne. Dlaczego twoim zdaniem inni rodzice chcą oglądać takie normalne, zwyczajne życie matki?

- Jeżeli to są ojcowie i matki, to, moim zdaniem, chcą oglądać takie profile ze względu na jedność doświadczeń. Jeżeli matka ma w domu dziecko, które ząbkuje, marudzi i musi je nosić od rana do nocy, w domu nieposprzątane, pranie niezrobione, to ona szuka pocieszenia, że ktoś ma tak samo. A druga opcja jest taka, że szuka... kontrastu. Na swoim profilu nie pokazuję brudnych garów, staram się, żeby było ładnie i estetycznie, a to właśnie jest dla ludzi odskocznią. Jeżeli masz w domu brud i płaczące dzieci, to mediach społecznościowych chcesz pooglądać coś ładnego. Wiadomo, że nie jest tak, że ja co rano budzę się w pachnącej pościeli, mam podane kawę i śniadanie do łóżka, obok mnie leży bukiet kwiatów i grzecznie śpiący piesek, a moje dziecko w tym czasie grzecznie bawi się samo, cichutko w swoim pokoju. No nie, takie obrazki, zdjęcia przedstawiające takie chwile, są po części fikcją, czymś wyreżyserowanym.

To prawda, dodajesz piękne, niemal idealne zdjęcia, ale czasem piszesz w swoich opisach, nie udając, że jest cudownie, o swoich problemach, o tym, że masz ciężki dzień. I taka szczerość w zestawieniu z tymi perfekcyjnymi zdjęciami jest ciekawym zjawiskiem, mówiącym tej drugiej osobie "hej, też mam przechlapane". Masz tego świadomość?

- Ja sama wybieram ten wycinek rzeczywistości, który chcę pokazać na zdjęciach i chcę żeby one były piękne, ale równocześnie pragnę, by nie były one zupełnie odrealnione. Ja nie mam nic przeciwko swego rodzaju kreacji, ale to nie zmienia faktu, że chcę, by ten Instagram był kawałkiem mojego życia. Nie chcę udawać, że zawsze jest kolorowo.

Mówisz o tych trudnych chwilach. Czy była taka sytuacja, którą chciałaś się podzielić, ale tego nie zrobiłaś z jakichś względów?

- Bardzo trudna była dla mnie próba odstawienia córki od piersi i uczenie Meli zasypiania z tatą. Nie mogłam i nie chciałam o tym pisać ze względu na "ciocie dobre rady", których jest teraz pełno dookoła. To jest dla mnie taki wycinek mojego życia, przez który nawet rozważałam odejście z mediów społecznościowych. Czułam się wtedy tak źle, z tym co się działo, że nie miałam ochoty nawet o tym pisać. Koniec końców jednak napisałam w tym temacie post i dostałam wiadomość, po co się nad sobą użalam, po co narzekam, skoro finalnie każdą dobrą radę neguję. I napisał to mężczyzna.  

"Ciocie dobre rady"- wspomniałaś o tym zjawisku. O co chodzi i jak ty do tego podchodzisz?

 - Przyszedł taki moment, kiedy zaczęłam pokazywać swoje dziecko w mediach społecznościowych, że zaczęli odzywać się do mnie obcy ludzie z radami, jak mam zajmować się własnym dzieckiem. I o ile ktoś napisze mi "mam tak samo", to nie ma problemu. Ale gdy nie prosząc w ogóle o radę, ktoś za wszelką cenę daje mi natarczywe porady, to budzi się we mnie ogromny sprzeciw.

Dlaczego, twoim zdaniem, obcy ludzie tak chętnie udzielają rad, niepytani o to?

- To chyba bierze się z poprzednich pokoleń. Pokolenia naszych matek i babć, to były pokolenia "control freaków". To dopiero wychodzi, gdy na świat w rodzinie przychodzi dziecko.  Wówczas pojawia się bardziej wydawanie poleceń, niż sugerowanie, że można daną czynność wykonać inaczej. Część osób z mojego pokolenia chyba trochę ten sposób doradzania przejęła od swoich rodziców i czuje potrzebę, że musi podzielić się radą. Ja nie jestem fanką szukania rozwiązań moich problemów w internecie, ale są osoby, które wolą zamiast zapytać lekarza pierwszego kontaktu, szukają odpowiedzi w sieci. A tam możemy znaleźć niekiedy rady, które mogą zaszkodzić nam, czy dziecku.

A temat hejtu? Jesteś influencerką, osobą popularną w pewnych kręgach. Czy mierzysz się z przykrymi słowami przez to, że zdecydowałaś się pokazywać swoje życie w mediach?

- To jest ciekawe, bo tyle lat, ile pracuję w mediach społecznościowych, to spotkało mnie bardzo mało takiego ciężkiego hejtu. Nikt mi nie groził, nikt mnie nie wyzywał. Jednak jeżeli już się przydarzy taka sytuacja, to dotyczy ona konkretów. To jednak są bardzo rzadkie momenty i nie czuje się przygnębiona i nie odczuwam strachu. Absolutnie nie. Ostatnio miałam przykrą sytuację, gdzie tłumaczyłam zasady leczenia dzieci chorych na SMA, czyli rdzeniowy zanik mięśni. Wokół tej choroby jest sporo kontrowersji. Wówczas dostałam wiadomość od dziewczyny, która powiedziała, że jakie ja mam pojęcie na temat tej choroby, i że na pewno nie robiłabym wszystkiego, żeby walczyć o zdrowie swojego dziecka tak, jak walczą rodzice dzieci z SMA. Jak można komuś powiedzieć, że nie walczyłoby o to, by jego dziecko przeżyło?

Niedawno wróciłaś do pracy zawodowej, wciąż prowadzisz swoje media społecznościowe i jesteś bardzo zaangażowaną mamą. Jak udaje ci się to wszystko ze sobą łączyć?

- Współpracujemy z mężem i staramy się dzielić tą opieką nad Melcią. Dużą rolę odgrywają babcie, to na nie możemy liczyć, gdy oboje jesteśmy w pracy. Za to kiedy zamykamy komputery, cały czas poświęcam rodzinie. Nie ukrywam, że przez to nieco cierpią moje media społecznościowe, ale staram się planować publikacje i wciąż mieć kontakt z moimi obserwatorami.

Pierwsza myśl, gdy słyszysz pytanie "co dało ci macierzyństwo"?

- Zupełnie inny wymiar miłości. Takiej, o której się słyszy, którą się gdzieś widzi, patrząc na matki, ale dopiero jak się to przeżyje, to zaczyna się to rozumieć. Moim zdaniem, że dopiero jak kobieta zostaje matką, rozumie jak bardzo kocha ją jej własna mama. To jest coś, co jest nie do zmierzenia.  

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje