Reklama

Reklama

Pierwszy oddech

Pewnego parnego sierpniowego dnia w 2015 roku przebywałam w dużym gabinecie zabiegowym na końcu korytarza w centrum Londynu, obserwując, jak lekarz specjalista położnik George Attilakos wkłada skalpel do pojemnika na narzędzia leżącego na niedużym, wyposażonym w kółka stole. Razem z położnymi Ignacio Rosas i Georginą Fox naszykował wszystko, czego potrzebował do przeprowadzania zabiegu chirurgicznego na kobiecie w siedemnastym tygodniu ciąży bliźniaczej: gazę, strzykawki, igły, duże sterylne opatrunki, plastikowe i metalowe rurki.

Podłoga wokół łóżka zasłana była papierowymi ręcznikami. Równo o trzeciej weszła pacjentka w szpitalnej koszuli. Emma miała dwadzieścia osiem lat i w świecie zewnętrznym była pogodną, zdrową kierowniczką biura oraz matką kilkulatka.

Zabieg, któremu miano ją poddać - fetoskopia i laserowa obliteracja naczyń krwionośnych w łożysku w celu rozdzielenia bliźniąt cierpiących na zespół przetoczenia krwi między płodami - jest jedną z najbardziej emocjonujących procedur podejmowanych w Szpitalu Uniwersyteckim (University College Hospital). Ciąża Emmy i  jej partnera Toma, taksówkarza z  północnego Londynu, nie przebiegała prawidłowo. W czwartym miesiącu podczas badania USG okazało się, że jedno z bliźniąt cierpi na akranię, inaczej bezczaszkowie - płód nie miał czaszki i wiadomo było, że po przyjściu na świat umrze. Emmę i Toma skierowano tutaj, do jednego z najlepszych brytyjskich centrów medycznych zajmujących się perinatologią, w którym prowadzi się najbardziej problematyczne ciąże. 

Reklama

I tak pewnego pochmurnego dnia lekarze powiedzieli im, że w łonie Emmy tyka "bomba zegarowa". Naczynia krwionośne w dzielonym przez bliźnięta łożysku jednemu płodowi zapewniały za dużo krwi, a drugiemu za mało, co oznaczało, że bliźniak bez akranii także prawdopodobnie umrze. Zabieg laserowy oczywiście niósł ze sobą pewne ryzyko, za to dawał 80 procent szans na to, że zdrowe dziecko przeżyje - krótko mówiąc, nie było innej opcji. To jeden z niewielu szpitali w Wielkiej Brytanii leczących zespół przetoczenia krwi między płodami, a rocznie ma takich przypadków czterdzieści. Emma położyła się na łóżku. W majtki miała wsunięty chłonny ręcznik. W normalnych okolicznościach była to kobieta rozmowna i pewna siebie, teraz jednak ciężko oddychała. - Bardzo się denerwuję.

Cała była zakryta z wyjątkiem brzucha. Lekarze i położne starali się ją uspokoić. - Po wszystkim większość kobiet mówi, że nie było tak źle, jak się obawiały - zapewnił doktor Attilakos, zawiązując fartuch. Kiedy poddano Emmie ciemne okulary mające chronić jej oczy przed promieniowaniem laserowym nadal była niespokojna. Jęknęła i zanuciła coś cicho. A potem westchnęła.

 - Nie chcę niczego widzieć. - I zacisnęła powieki. - Skarbie, wiem, że się boisz - odezwała się Georgina. - Będzie dobrze. Po wszystkim napijesz się pysznej herbaty. - Ile razy już pan to robił? - zapytała Emma doktora Attilakosa. - Siedemdziesiąt - odparł. - To trudne dla pana? - Nie. - Ostrzegł ją jednak: - Nawet jeśli zabieg się powiedzie, i tak może dojść do poronienia. Tom wziął Emmę za rękę. Pora była zaczynać. Emma dostała zastrzyk ze znieczuleniem miejscowym, a doktor Attilakos wykonał badanie USG, po czym wbił igłę w jej brzuch, tuż obok pępka. - Aaał! - zawołała Emma. - To piecze. Georgina ujęła jej dłoń. Stojąc w  nogach łóżka i  obserwując wszystko jako dziennikarka, uznałam, że wygląda to barbarzyńsko. Powróciły wspomnienia sprzed pięciu lat, kiedy inny specjalista, profesor Donald Peebles, ratując życie mojego nienarodzonego dziecka z obrzękiem uogólnionym płodu, umieścił w jego klatce piersiowej sztuczną przetokę.

Pragnęłam dodać Emmie otuchy, nie mogłam jednak dekoncentrować personelu i  ingerować w  stworzoną na czas zabiegu atmosferę sterylności.

Fragment książki "Pierwszy oddech"  Olivii Gordon, wyd. SQN

Fragment książki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje