Reklama

Reklama

Poród od A do Ż

Nie sposób przewidzieć, jak przebiegnie poród. Rozkręcona wyobraźnia przyszłych mam maluje niekiedy wyjątkowo ciemne obrazy. Z drugiej strony, źródłem lęków i przesądów bywa niewiedza. Nasz położniczy alfabet ma za zadanie przybliżyć pewne pojęcia i zachęcić do zgłębiania najbardziej frapujących tematów.

Atonia macicy - zwana też niedowładem, polega na zaburzeniu czynności skurczowej tego narządu. W trzecim okresie porodu, już po wyparciu dziecka przychodzi czas na urodzenie łożyska i obkurczanie się macicy. Są jednak sytuacje, kiedy ta naturalna kolej rzeczy zostaje zakłócona. Dzieje się tak zazwyczaj w wyniku błędów w sztuce lekarskiej, czasami przyczyną jest syntetyczna oksytocyna podawana celem indukcji porodu.

Zdarza się także, że powodem atonii są czynniki fizjologiczne, jako ciąża wielopłodowa (im więcej "lokatorów" w macicy, tym staje się ona bardziej rozciągnięta, a z tym wiąże się większe ryzyko), duża masa urodzeniowa dziecka (lub dzieci), wielorództwo, obecność mięśniaków macicy, poród nadmiernie przedłużający się, lub przeciwnie, bardzo szybki, a także wielowodzie. Na szczęście współczesna medycyna radzi sobie z tym problemem coraz lepiej. Czynność macicy, która nie obkurcza się prawidłowo można wspomóc lekami (środki naskurczowe lub wspomagające krzepnięcie), masażem, czasami zachodzi potrzeba przetoczenia czerwonych krwinek oraz osocza, ręcznego wydobycia łożyska, albo wykonania dodatkowych zabiegów. W skrajnych przypadkach pojawia się konieczność przeprowadzenia histerektomii okołoporodowej, czyli zabiegu usunięcia macicy. Warto dodać, że ta operacja to jednak ostateczność, wykonuje się ją wtedy, gdy inne, mniej inwazyjne metody zawiodły.

Reklama

Baby seeding - praktyka ta polega na przetarciu skóry dziecka gazikiem nasączonym wydzieliną z pochwy matki. Tampon ten umieszcza się we wnętrzu ciała pacjentki przed wykonaniem cięcia, na tyle wcześnie, by odpowiednio nasiąknął wspomnianym płynem ciała. Noworodka pokrywa się tą swoistą warstwą ochronną tuż po wyjęciu go z matczynej macicy, maksymalnie po upływie dwóch minut, by zbliżyć się do warunków porodu naturalnego i zabezpieczyć dziecko przed zderzeniem się ze szpitalnymi bakteriami. Wszystko jest tym bardziej kontrowersyjne, ponieważ podczas seedingu przeciera się nie tylko ciałko malca, ale też jego twarz i usta.

Ciąża pozamaciczna - oznacza to, że zarodek zamiast w macicy zagnieździł się w innym miejscu - w jajowodzie, w jajniku, tuż poniżej jamy macicy lub, np., w jamie otrzewnowej. Jest to niebezpieczny stan dla kobiety i wymaga pomocy medycznej. Ciąża pozamaciczna jest stanem patologicznym i nie może być kontynuowana, ponieważ niesie za sobą realne zagrożenie dla zdrowia, a nawet życia kobiety. 

Nie ma możliwości, by przetransportować zarodek do macicy, by tam rozwijał się dalej - taka ciąża musi zostać zakończona. Gdy zostanie zdiagnozowana na wczesnym etapie pacjentka otrzymuje leki, w innym przypadku konieczna jest operacja. Nierozpoznana ciąża pozamaciczna (np. jajowodowa, bo te stanowią 99 proc. przypadków tej nieprawidłowości) grozi pęknięciem jajowodu i krwotokiem do jamy brzusznej, co niekiedy doprowadza do zgonu pacjentki. Sygnały, które powinny skłonić nas do zasięgnięcia porady lekarza to m.in. jednostronny ból w podbrzuszu (może być tępy lub kłujący), ból promieniujący do ramion lub barków, krwawienia lub plamienia z dróg rodnych, krwotok wewnętrzny.

Ważne, aby rozpoznać w porę, że dzieje się coś niepokojącego. Niestety, większość objawów ciąży pozamacicznej jest niespecyficzna. Ponadto, u około 50 proc. kobiet z tą nieprawidłowością nie występują żadne alarmujące symptomy. Najpewniejszym badaniem mogącym potwierdzić ciążę pozamaciczną jest dopochwowe USG.

Domy narodzin - stanowią propozycję adresowaną do tych kobiet, które chciałyby rodzić jak najbardziej naturalnie, w warunkach maksymalnie zbliżonych do domowych, a równocześnie mieć poczucie bezpieczeństwa i możliwość fachowego wsparcia, gdyby coś poszło nie tak. Wystrój pokoi Domu Narodzin w niczym nie przypomina typowej porodówki. Przeciwnie, czuje się tam atmosferę domowej sypialni. Wiele pań korzystających z tego rozwiązania przyznaje, że już samo przybywanie w takich wyjątkowych pomieszczeniach ma na nie kojący wpływ.

DN są swoistymi pomostami pomiędzy szpitalem a domem. Bezpośrednia bliskość szpitala to gwarancja szybkiej reakcji - w razie potrzeby tuż za rogiem są lekarze i cała szpitalna aparatura. Statystyki wskazują jednak, że porody w DN, na ogół kończą się dobrze, również dlatego, że tam rozwiązywane są ciąże niepowikłane.

Omawiane miejsca powstały po to, by kobiety mogły rodzić jak najbardziej naturalnie. Zgodnie z ideą, która przyświeca powstawaniu Domów Narodzin, poród jest doniosłym, ale i normalnym, wyznaczonym przez biologię wydarzeniem w życiu kobiety. W związku z tym, im mniej ingerencji z zewnątrz, tym lepiej. Ważną rolę odgrywać ma intuicja rodzącej, jej potrzeby i komfort.

Nie ma przy niej lekarza, nad wszystkim czuwa położna. Nie ma też miejsca na sztuczne metody wywoływania porodu, ani farmakologiczne znieczulenia. Taki poród mógłby wydawać się surowy i bolesny, ale, co ciekawe, doświadczenia położnic są w większości bardzo pozytywne. A Dom nie sprawia wrażenia tak zimnego i bezdusznego, jak sala szpitalna. Ból będzie łagodzony za pomocą arsenału metod naturalnych, zgodnie z preferencjami samej zainteresowanej. Do tego przyciemnione światło, muzyka, świece - według życzenia. Jednak to nie jest opcja dla wszystkich. Tym razem nie chodzi o finanse, gdyż za pobyt w Domu nie zapłacimy nic, jeśli jesteśmy ubezpieczone w NFZ. Inaczej jest w prywatnych DN, które mają własne cenniki.

Lista przeciwwskazań do rodzenia w DN jest długa, może nas zdyskwalifikować m.in. zarówno niedonoszona jak i przenoszona ciąża, a także złe wyniki badań, choroby, na które cierpimy, bądź stwierdzone nieprawidłowości u płodu, konflikt serologiczny, nieodpowiednie ułożenie dziecka, komplikacje podczas poprzedniego porodu, ciąża wielopłodowa. Przeszkodą może bywa również wiek, nie jest to opcja dla osób poniżej 17. i powyżej 40. roku życia.

Ekstaza porodowa - według zwolenników teorii porodu w ekstazie rozwiązanie drogami natury jest nie tylko oczywistą konsekwencją aktu seksualnego, ale również jego swoistym przedłużeniem. Obrazowo przedstawia to Michel Odent, francuski chirurg oraz autorytet w kwestii ciąży, narodzin i połogu. Zdaniem badacza poród w miejscu, gdzie dziecko zostało poczęte stanowi realizację scenariusza najbardziej idealnego z możliwych. Niektórzy idą jeszcze dalej, przekonując, iż oba doświadczenia: miłosne zespolenie i akcja porodowa są bardzo podobne w swej naturze - zwykle odbywają się w intymnym otoczeniu, w obecności niewielu osób, towarzyszy im nagość oraz charakterystyczne dźwięki. Istotnie, niekiedy wzajemny wpływ tych zjawisk ma także wymiar praktyczny - uprawianie seksu to znany od stuleci sposób na wywołanie opóźniającego się porodu. Tę metodę przyspieszenia przenoszonej ciąży "przepisuje" pacjentkom część ginekologów, chociaż jej skuteczność nie została w stu procentach potwierdzona.

Kobietom, które na sali porodowej przeżyły prawdziwą gehennę trudno jest uwierzyć, że przejście średnio trójkilogramowego dziecka przez kanał rodny może być odczuwane jako odurzająca przyjemność. Nie brak też matek, które pierwotnie planowały założyć dużą rodzinę, ale poprzestały na jednym dziecku, właśnie z powodu przeżytej traumy. Wszystkie one mogą z rezerwą odnosić się do koncepcji porodowych rozkoszy.

W rzeczywistości poród obfitować może w całą gamę przeżyć, nie tylko zabarwionych bólem. Nie sposób uciec od kolejnych analogii do miłosnego aktu - bowiem niewielki, podniecający ból jest na ogół częstym elementem seksu. Badacze hołdujący orgazmicznym narodzinom przekonują, że są one jak najbardziej możliwe z biologicznego punktu widzenia - podczas akcji porodowej ma miejsce wyjątkowo intensywna stymulacja dróg rodnych, dodatkowo ma miejsce wydzielanie się hormonów, jak m.in. oksytocyna (jej gwałtowny wyrzut następuje też podczas szczytowania w akcie seksualnym) i uśmierzające ból endorfiny.

Dlaczego jednak doznania ekstatyczne tak rzadko są udziałem rodzących? Zdaniem krzewicieli idei ekstazy, winę za ten stan rzeczy ponosi współczesna technicyzacja oraz postępująca medykalizacja porodu, zakłócające jego naturalny przebieg. Dziś kojarzy się on z operacją, a nie z intymnym przeżyciem, tym samym odzierany jest z całej mistycznej oprawy, która według orędowników tej nietypowej metody powinna mu towarzyszyć. Postęp technologiczny nie ominął też oddziałów położniczych. I całe szczęście, wszak urządzenia ratujące życie matki oraz dziecka to sprzęty pierwszej potrzeby, niestety - często rzeczywiście są w użyciu, bo mniejsze lub większe komplikacje zaburzające cud narodzin wciąż się zdarzają i zdarzać się będą.

FAS - dlaczego tak ważne jest, by kobiety w ciąży nie brały do ust ani kropli alkoholu? Bez problemu przenika on bowiem przez łożysko i nieodwracalnie uszkadza ośrodkowy układ nerwowy płodu. Rezultatem może być Płodowy Zespół Alkoholowy - FAS (ang. Fetal Alkohol Syndrome), Alkoholowy Efekt Płodowy FAE (Fetal Alkohol Effect) lub inne zaburzenia ze Spektrum Alkoholowych Uszkodzeń Płodu. Ten ostatnie diagnozowane są dziesięć razy częściej niż pełnoobjawowy FAS.

Nie są to przejściowe problemy, więc niestety nie należy liczyć na to, że dziecko z tego "wyrośnie". Objawy w różnym nasileniu będą towarzyszyć mu przez całe życie. Jednak można, a nawet trzeba rehabilitować malca, aktywnie wspierać jego rozwój. Nie powinno przekreślać się jego szans, nawet jeśli niepomyślna diagnoza jest już faktem. Wiadomo, że nie wszystkie oznaki FAS/FAE skumulują się i ujawnią u jednego dziecka, więc najczarniejsze scenariusze nie zawsze muszą się sprawdzić. Warto jednak wiedzieć, co może się zdarzyć. FAS potencjalnie wiąże się z takimi konsekwencjami jak: m.in. charakterystyczny wygląd twarzy dziecka (brak lub słabo zaznaczona rynienka podnosowa, duży odstęp pomiędzy nosem a ustami, wąska górna warga lub/i brak czerwieni wargowej, szeroko rozstawione oczy, opadające powieki, zmarszczka w kąciku oka, krótki, lekko zadarty nos), niska masa urodzeniowa, niedobór wagi i wzrostu, mniejszy obwód główki w porównaniu z rówieśnikami, w późniejszym czasie - drobna budowa ciała, wzmożone lub niedostateczne napięcie mięśniowe, spowolniony rozwój ruchowy, trudności szkolne, problemy z pamięcią i koncentracją, zaburzenia zachowania, obniżona samokontrola, brak dojrzałości emocjonalnej, umiejętności planowania oraz przewidywania konsekwencji, niemożność tworzenia trwałych, satysfakcjonujących i prawidłowych więzi z innymi.

Jaka ilość alkoholu jest bezpieczna dla ciężarnej i jej rozwijającego się dziecka? Odpowiedź ekspertów brzmi kategorycznie: żadna.

Honorowe mlekodawstwo - mleko kobiece uchodzi za pokarm idealny, który zmienia się tak, jak zmieniają się potrzeby noworodka, a później niemowlęcia i zawsze wygra ze sztuczną mieszanką. Nie można zaprzeczyć, że obecnie pokarm modyfikowany jest coraz lepszy. Prace nad ulepszeniami jego składu ciągle trwają, ale póki co natury nie udało się podrobić. Są jednak sytuacje, kiedy w początkowym okresie mleka u karmiącej jest zbyt mało, albo po pewnym czasie jego produkcja ustaje. W takich przypadkach matki zwykle korzystają z mieszanek. Okazuje się jednak, że są maluchy, które z uwagi na stan zdrowia muszą być wspierane pokarmem naturalnym. Sięganie po zdeponowane mleko stanowi rozwiązanie tymczasowe, nierzadko zdarza się również, że biologiczna mama tak odżywianego malca dzięki kompleksowemu wsparciu laktacyjnemu, a przede wszystkim psychicznemu odciążeniu, odzyskuje pokarm. Taka forma pomocy to bezcenne wsparcie noworodka o zwiększonych potrzebach. Dziecko otrzymuje pełnowartościowe i dobrze przyswajalne mleko, które w licznych przypadkach służy mu też za lekarstwo.

Mamy karmiące, dysponujące nadwyżkami pokarmu, mogą podzielić się swoim mlekiem. Banki mleka kobiecego to z reguły instytucje współpracujące z przyszpitalnymi laboratoriami, które deponują pokarm przekazany przez wyselekcjonowane dawczynie, by po przejściu rygorystycznych procedur trafił do oczekujących maluchów. Adresatami takiej pomocy są wcześniaki lub inne noworodki, których stan tego wymaga. Nowoczesne banki zastąpiły laktaria, które funkcjonowały w Polsce przez ponad pół wieku. Ich działalność była stopniowo wygaszana począwszy od wczesnych lat 80. XX wieku, kiedy to świat obiegły informacje o wirusie HIV. Ze względów higienicznych zdecydowano zlikwidować te przybytki. Ostatni, istniejący przy łódzkim Centrum Matki Polki, został zamknięty w 1999 roku.

Oddawanie mleka na potrzeby banku to gest dobrej woli, woluntarna działalność, co oznacza, że ochotniczka nie pobiera za nią honorarium. Otrzymuje akcesoria laktacyjne i przechodzi szereg badań, m.in. w kierunku nosicielstwa wirusa HIV, zakażenia wirusowym zapaleniem wątroby typu B i C czy kiły. Ponadto, w szczegółowym wywiadzie lekarskim, udziela odpowiedzi na temat przebytych chorób, zabiegów oraz stylu życia. Dawczyni nie może spożywać alkoholu ani napojów z kofeiną, palić papierosów, zażywać określonych leków, ani, co oczywiste, sięgać po narkotyki. Od tej pory jej stan zdrowia będzie kontrolowany na bieżąco.

Gruntownie badane są także otrzymywane od niej porcje mleka. W kolejnych krokach pokarm podlega m.in. procesom pasteryzacji i mrożenia, zanim trafi na oddziały, gdzie zostanie udostępniony małym potrzebującym. Omawianej działalności nie należy mylić z odpłatnymi usługami świadczonymi przez tzw. mamki. Nieznane nam osoby ogłaszające się w Internecie są trudne do zweryfikowania. Jeśli zdecydujemy się na tego rodzaju pomoc, pozostaje uwierzyć na słowo, że usługodawczyni jest zdrową osobą, prowadzącą higieniczny tryb życia. Chyba że przedstawi nam komplet aktualnych badań. Jednak trzeba mieć na uwadze, że podawanie dziecku nieprzebadanego mleka wiąże się z ogromnym ryzykiem.

Jedzenie łożyska - dyskusyjny trend, zwany też placentofagią, ma swoje zwolenniczki już nawet w świecie show biznesu - do konsumpcji łożyska przyznają się m.in. Kim Kardashian oraz Coleen Rooney. Praktyka ta ma rzekomo zapewnić młodej mamie szereg korzyści zdrowotnych, m.in. bardziej wydajną laktację, szybszy powrót do formy, lepsze samopoczucie, a także odporność. Wszystko dzięki hormonom i substancjom odżywczym obecnym w tym narządzie płodowym. Matki podążające za niepokojącą modą na ogół nie spożywają świeżego łożyska, tylko łykają wykonane zeń tabletki. Taka obróbka nie sprawia, że praktyka staje się bezpieczna czy zasadna. W ubiegłym roku amerykański Departament Zdrowia zaalarmował opinię publiczną po tym, jak jedna z kobiet zażywających nietypowe kapsułki doznała zakażenia krwi. Zdarzają się też osoby, które po porodzie zabierają wspomniany organ do domu, aby go... ugotować i zjeść.

Jednak doniesienia z badań nie pozostawiają złudzeń. Nie potwierdzono, aby zjadanie łożyska przez człowieka miało jakiekolwiek wymierne korzyści. Taka czynność może mieć uzasadnienie w świecie zwierząt, ale ludziom mogłaby wręcz zaszkodzić. Doktor Alex Farr, ginekolog z Uniwersytetu Medycznego w Wiedniu, cytowany przez Independent.co.uk nazywa łożysko produktem odpadowym z medycznego punktu widzenia.

Do podobnych wniosków doszli naukowcy z Uniwersytetu w Northwestern, dokonując metaanalizy wyników dziesięciu badań nad omawianym zjawiskiem. Okazuje się bowiem, że łożysko zawiera rozmaite trucizny, metale ciężkie, zanieczyszczenia i toksyny, które zatrzymywało podczas ciąży, aby nie przeniknęły z matczynego organizmu do ustroju dziecka. Spożywając łożysko matka naraża na niebezpieczeństwo nie tylko siebie, ale i noworodka, jeśli karmi go piersią.

Klasyczne cięcie - podczas cięcia cesarskiego wykonywanego omawianą techniką macica zostaje przecięta w linii środkowej, od dolnego odcinka do połowy długości trzonu. Po takiej operacji pacjentce pozostanie blizna biegnąca od pępka do spojenia łonowego, co niekiedy stanowi problem natury estetycznej - taki ślad jest trudniejszy do ukrycia niż ten pozostały po cięciu poprzecznym.

Na szczęście obecnie niewielki odsetek "cesarek" przeprowadza się w ten sposób. Pionowe cięcie cesarskie, zwane też klasycznym, wykonuje się dziś w wyjątkowych okolicznościach - m.in. wtedy, kiedy zagrożone jest życie matki lub dziecka i trzeba działać naprawdę szybko. Niekiedy też wskazaniem jest znaczna nadwaga kobiety bądź występujące u niej mięśniaki, zrosty lub różnego rodzaju anomalie w obrębie ściany macicy. Ponadto, jeśli podczas wcześniejszego porodu wykonano cięcie klasyczne, następny poród operacyjny też będzie tak wyglądał - istniejąca blizna zostanie wycięta.

Aby ślad po nacięciu był mniej widoczny, warto już po zagojeniu stosować specjalne apteczne preparaty opracowane z myślą o bliznach pooperacyjnych. Z  kolei o prawidłowe gojenie rany trzeba dbać od samego początku - oznacza to ochronę opatrunku przed zamoczeniem, noszenie wygodnych, nieuciskających oraz nieurażających bolesnego miejsca ubrań, unikanie dźwigania przez pierwsze miesiące po operacji, a także odpowiednią higienę (mycie newralgicznych okolic szarym mydłem i osuszanie ich ręcznikiem papierowym, aby zminimalizować kontakt z drobnoustrojami, wietrzenie rany dwa razy dziennie).

Lewatywa - przez wiele rodzących oceniana jako dość nieprzyjemny zabieg, nie jest już koniecznością. W wielu szpitalach w ogóle się jej nie przeprowadza, można też nie wyrazić na nią zgody. Jeśli w danej placówce nie ma aktualnie zwyczaju stosowania lewatywy, a pacjentka boi się "wypadku", może albo zrobić ją w domu, albo zakupić zestaw w aptece i jeśli to możliwe, poprosić salową lub położną o jej wykonanie. Często w ogóle nie ma takiej potrzeby, bo organizm rodzącej kobiety sam "oczyszcza się" przed porodem - wówczas zdarzają się biegunki, niekiedy nawet dość gwałtowne. Dlatego problem krępującego wypróżnienia się na sali porodowej na oczach lekarza, położnej i osoby towarzyszącej w wielu przypadkach rozwiązuje się sam.

Omawiany zabieg niekiedy bywa bolesny, choć wcale nie musi tak być. Dodatkowym argumentem za jego przeprowadzeniem bywa chęć ochrony noworodka przed bakteriami kałowymi obecnymi w stolcu.Co ważne, zarówno lewatywa, jak i depilowanie okolic intymnych przed porodem są zbędne z medycznego punktu widzenia - takie jest też stanowisko Światowej Organizacji Zdrowia (WHO).

Łożysko pozostawione - poród lotosowy, bo o nim mowa, na starcie i w kulminacyjnym momencie nie rożni się od tradycyjnego. Rozbieżność uwidacznia się dopiero w tzw. trzeciej fazie, gdy rodzi się łożysko wraz z błonami płodowymi. Podczas zwyczajowego porodu przychodzi czas na przecięcie pępowiny, lotosowe narodziny są zaś uboższe o ten element. Idea zakłada bowiem nieodcinanie pępowiny. Ani zaraz po porodzie, ani w ogóle. Ten narząd, według zwolenników nietypowej metody, ma uschnąć i odpaść bez ingerencji z zewnątrz. Zwykle dzieje się to po 3-7 dniach od narodzin, ale bywa też, że cała procedura przedłuża się do 10 dni. A wszystko po to, by nowo narodzone dziecko czerpało korzyści z takiego przedłużonego kontaktu z łożyskiem i przeżyło odseparowanie możliwie najmniej dotkliwie.

Jeśli decyzja zostanie podjęta, należy pamiętać o bezwzględnym przestrzeganiu zasad higieny. O pozostawione łożysko należy dbać, regularnie je oczyszczając. Krótko po porodzie zwykle ląduje ono w miseczce. Później, najczęściej już w domu umieszcza się je na sicie lub durszlaku celem odsączenia, od spodem umieszczając tetrową pieluchę. Ten podkład trzeba wymieniać, a łożysko zasypywać solą, systematycznie przemywać i ponownie solić. Sól ma zadziałać jak naturalny konserwant, zapobiegając gniciu martwych tkanek. W tym czasie dziecko powinno być pielęgnowane z zachowaniem wyjątkowej ostrożności, zaleca się ubieranie go w śpioszki zapinane z przodu na guziki.

Zdaniem wielu, noworodkowi potrzebna jest bliskość matki, a nie martwa tkanka. Przetrzymane w domu łożysko wraz z pępowiną stają się bowiem po prostu martwymi tkankami, a w takich okolicznościach łatwo o zakażenie. Z tego względu, a także z braku udokumentowanych korzyści zdrowotnych dla malca lekarze i położne w większości są zdecydowanie nieprzychylni tej idei.

Macica dwurożna - to anomalia dotykająca około 0,4 proc. kobiet. Dwurożność, zwłaszcza zaawansowana, wiąże się z ryzykiem poronień nawykowych i przedwczesnych porodów. Czasem niemożliwe okazuje się już samo zapłodnienie. Im mniejsza wada, tym mniej objawów, co utrudnia rozpoznanie, jest to praktycznie niemożliwe podczas standardowego profilaktycznego badania ginekologicznego. Czasami kobieta bardzo długo nie zdaje sobie sprawy z tej inności anatomicznej, dopiero nieudane próby zajścia w ciążę sprawiają, że zaczyna ona szukać źródła problemu. Wada ta nie zagraża jednak samej kobiecie.

Noworodki dystroficzne - takim terminem określa się dzieci urodzone o czasie, które mimo to mają znaczny niedobór wagi. Od wcześniaków różnią ich m.in. wymiary ciała - są dłuższe niż maluchy urodzone przedwcześnie, mają charakterystyczny wygląd twarzy, określany w piśmiennictwie jako "starczy", mogą mieć objawy wyniszczenia organizmu. Te maluchy mogą być dotknięte wadami układu nerwowego, powikłania dystrofii ujawniające się z czasem to przede wszystkim niepełnosprawność intelektualna oraz mózgowe porażenie dziecięce. Nie zawsze jednak stan dystroficznych noworodków jest tak poważny. Jakie są przyczyny dużego niedoboru masy ciała u dzieci donoszonych? Eksperci wskazują m.in. na dysfunkcje ze strony łożyska, choroby matki, terminacje poprzednich ciąż oraz palenie papierosów przez ciężarną.

Opieka douli - najczęściej to doświadczona matka, która w trakcie swojego życia zawodowego asystowała przy dziesiątkach, jeśli nie setkach narodzin. Dlatego niewiele jest w stanie ją zaskoczyć, żadna sytuacja związana z porodem jej niestraszna. Na ogół nie ma ona wykształcenia medycznego, bo też takiego wcale mieć nie musi. Nie podejmuje decyzji na własną rękę, ale do niej należy głos doradczy. Nie wchodzi w kompetencje położnej, ani jej nie zastępuje.

Doula zaspokaja zupełnie inne potrzeby niż szpitalny personel, inne są też jej obowiązki. Przed porodem oswaja lęki, rozwiewa wątpliwości położnicy, odbywa z nią długie rozmowy, odpowiada na pytania. Gdy akcja porodowa rozkręci się na dobre, otrze twarz podopiecznej, potrzyma ją za rękę, napoi, pochwali za postępy, wykona masaż, zainspiruje do prawidłowego oddychania, będzie pełnić też rolę łącznika między medykami a rodzącą. Razem z nią i jej partnerem, o ile będzie obecny, stworzy zgrany zespół. Nie będzie forsować swoich pomysłów, tylko podąży za rodzącą. Często kobieta, która już raz skorzystała z takiej opieki, decyduje się na nią ponownie, przy oczekiwaniu na kolejne dziecko. W zależności od indywidualnych ustaleń, doula może towarzyszyć ciężarnej przez niemal cały okres ciąży i przeżywać ten czas razem z nią, a także etap połogu, bowiem zazwyczaj taka pomoc nie kończy się z chwilą przyjścia dziecka na świat, może ona towarzyszyć młodej rodzinie dłużej. W innym wariancie pojawia się dopiero na krótko przed porodem.

Paciorkowce - praktyka ginekologiczna pokazuje, że aż 10-30 proc. kobiet zakażonych jest bakterią Streptococcus agalactiae. W normalnych warunkach bytuje ona w przewodzie pokarmowym jako część prawidłowej flory bakteryjnej, ale przeniesienie jej do dróg rodnych (co z uwagi na bliskość wejścia do pochwy i odbytu nie jest trudne) sprawia, że dochodzi do potencjalnie niebezpiecznego zakażenia. Często pomija się wykonanie tego wymazu, ponieważ trzeba zapłacić za niego z własnej kieszeni. Sama ciężarna nie jest w stanie stwierdzić, czy bakterie przypominające sznur koralików zasiedlają jej drogi rodne - ich obecność nie wiąże się z żadnymi obserwowalnymi objawami, jak upławy, bóle czy świąd, stąd waga badań. Zarazki te nie są też groźne dla kobiety, ale mogą zaszkodzić dziecku. W Polsce zaleca się ciężarnym wykonywanie profilaktycznego wymazu z pochwy w kierunku paciorkowców z grupy B (czyli GBS, Group B Streptococcus), ale w dalszym ciągu nie jest to obowiązkowe badanie. A szkoda, bo w wielu przypadkach ratuje zdrowie i życie.

Rękoczyn Kristellera - to rzadko stosowany manewr położniczy pochodzący z XIX wieku. Polega na zastosowaniu dodatkowej siły nacisku na dno macicy, by wspomóc parcie i wypchnąć rodzące się dziecko - w ten sposób niekiedy udaje się ukończyć przedłużający się drugi etap porodu oraz uniknąć porodu zabiegowego (np. z użyciem próżnociągu położniczego), gdy występują komplikacje, a na cesarskie cięcie jest już za późno. Choć budzi niemałe kontrowersje, nadal bywa wykorzystywany w uzasadnionych sytuacjach, niemniej, zdarza się, że pacjentki sygnalizują nadużycia.

Jak wygląda ten manewr? Najczęściej położnik przez kilka sekund uciska oburącz okolicę dna macicy, gdy rodzą się główka i barki dziecka. W ten sposób zwiększa cię ciśnienie wewnątrz macicy, co zwiększa efektywność parcia. Rękoczyn obarczony jest ryzykiem wielu groźnych powikłań dla matki i dziecka, ale praktyka położnicza pokazuje, że uratował życie niejednego noworodka. Polskie Towarzystwo Ginekologiczne nie zaleca stosowania omawianego chwytu, ale dopuszcza go, jeśli wymagają tego okoliczności. Dla maksymalnego bezpieczeństwa manewr musi być wykonywany prawidłowo, przez doświadczonych położników.

SIDS (zespół nagłej śmierci łożeczkowej) - wciąż stanowi nierozwiązaną zagadkę medycyny. Co gorsza, stanowi przyczynę dramatu wielu rodzin, które tracą nowo narodzone dzieci, którym na pozór nic przecież nie dolegało. Lekarzom udało się jednak wytypować kilka czynników ryzyka - na niektóre, jak płeć, rasa nie mamy wspływu, ale są też takie, których ujemne oddziaływanie można minimalizować.

Według wieloletnich obserwacji i badań, do czynników zwiększających ryzyko wystąpienia SIDS należą: płeć dziecka (zespół ten częściej dotyka chłopców), rasa oraz narodowość rodziców (SIDS bardzo rzadko występuje w Japonii, natomiast często obserwuje się go wśród dzieci afroamerykańskich, australijskich i nowozelandzkich), pora roku (SIDS największe żniwo zbiera w miesiącach zimowych), wiek matki (bardzo wczesne macierzyństwo dodatnio koreluje z występowaniem SIDS), układanie niemowlęcia do snu na poduszce lub puszystym materacu, a także układanie dziecka do snu na brzuszku, twarzą w dół (nie róbmy tego!), zbyt wysoka temperatura w dziecięcej sypialni, spanie z maluszkiem w jednym łóżku (ryzykowny pomysł, dodatkowo - dziecko może zostać przygniecione przez śpiącego dorosłego!), narażanie dziecka na wdychanie dymu papierosowego (o szkodliwości tzw. biernego palenia napisano już wiele, ale nie każdy wie, że może ono przyczyniać się do wystąpienia SIDS),- obciążony wywiad rodzinny (SIDS wystąpiło u rodzeństwa lub u dziecka bliskich krewnych).

Świąd brzucha w ciąży - Swędzenie skóry na brzuchu, na które skarży się niejedna przyszła mama spowodowane jest narastającym napięciem skóry oraz, w prostej konsekwencji, niewystarczającym jej nawilżeniem. To zjawisko zupełnie normalne, ale wiele z nas uważa je za wyjątkowo dokuczliwe. Drapanie przynosi pozorną ulgę tylko na chwilę, a w rzeczywistości tylko nasila problem. Co gorsza, może też prowadzić do podrażnień. Skóra staje się wrażliwa na bodźce, jak np. ocieranie o ubranie, drażnić ją może proszek do prania czy płyn do płukania lub niektóre kosmetyki. Jak radzić sobie z tym problemem? Skutecznym rozwiązaniem jest odpowiednia, delikatna pielęgnacja. Poleca się preparaty nawilżające przeznaczone dla kobiet w ciąży (niektóre takie kremy mają dodatkowe właściwości, np. zapobiegają tworzeniu się rozstępów). Długotrwałe kąpiele w wannie wypełnionej gorącą wodą przesuszają skórę i nasilają objawy, dlatego warto zrezygnować z nich na rzecz prysznica. Do wycierania ciała najlepiej używać miękkiego ręcznika.

Taniec porodowy - należy do pozycji porodowych stojących, zaliczanych w poczet ułożeń wertykalnych, przyjmowanych zwłaszcza w pierwszej fazie porodu, czyli podczas rozwierania się szyjki macicy. Ale nie tylko. Kołysanie biodrami uśmierza ból i sprawia, że skurcze stają się bardziej efektywne, napięte mięśnie rozluźniają się, a cała akcja nieco przyspiesza. Nic więc dziwnego, że doświadczone położne zachęcają kobiety do tej szczególnej aktywności. Wykonywanie kołyszących ruchów uzasadnione jest także w trakcie skurczu i to w każdej pozycji spionizowanej - wliczając w to kuczną, kolankowo - łokciową, klęczącą i in. Ułatwiają one dziecku zsuwanie się ku dołowi oraz, w drugiej fazie porodu, wpasowywanie się w przestrzeń kanału rodnego i przeciskanie się przezeń.

Co prawda, taniec porodowy nie przypomina układów z dyskotekowego parkietu, ale nie ma przeciwwskazań, by był wykonywany do dowolnie wybranej muzyki. Część rodzących woli jednak tańczyć do rytmu dyktowanego przez własny oddech. Niektóre panie robią to wykorzystując nauki wyniesione ze szkoły rodzenia, część korzysta z propozycji położnej, inne natomiast działają zupełnie spontanicznie - bowiem o ile personel medyczny nie ingeruje nadmiernie w przebieg porodu i nie burzy klimatu intymności, udziałem rodzących stają się różnego rodzaju żywiołowe reakcje. 

Jak wygląda taniec porodowy w praktyce? Nie ma żadnych sztywnych reguł. Najczęściej tańczy się go w parze - kobieta opiera się o ramiona partnera, np. obejmując go za szyję, i lekko pochyla się do przodu. To ona dyktuje rytm, za którym podąża jej towarzysz. Wartością dodaną jest kontakt fizyczny wzmacniający poczucie bezpieczeństwa. Osoba towarzysząca niekiedy wykonuje masaż rodzącej, przytula ją, lub po prostu, stanowi dlań solidne oparcie, dosłownie i w przenośni. Tańczyć można też solo - np. opierając się o drabinkę. Taki rodzaj ruchu korzystnie wpłynie na postęp porodu, jeśli jednak nie czujemy się na siłach by stać, wykorzystujmy inne sposoby. Siedząc na piłce również można efektywnie kręcić biodrami wspomagając tym samym wstawianie się główki dziecka w kanał rodny. Warto próbować różnych pozycji i dynamicznie je zmieniać, wraz z postępem porodu oraz według potrzeb.

Urodzone w czepku - w nielicznych przypadkach błony płodowe nie pękają ani nie zostają przebite, a dziecko rodzi się otoczone nienaruszonym workiem owodniowym. Zdarza się też, że jest on uszkodzony tylko częściowo. Choć wygląda to naprawdę niecodziennie, nie ma powodów do obaw. Dziecko przebywając w błonach nie jest zagrożone uduszeniem się, ponieważ w dalszym ciągu oddycha dzięki łożysku.

O takich noworodkach mówi się, że są "w czepku urodzone", jednak tak naprawdę dzieci urodzone w czepku to te, których główki lub twarze (rzadziej także klatki piersiowe) przesłaniają całkiem lub częściowo resztki błon płodowych - to zdarza się raz na 80 000 tys. przypadków. Poród malca znajdującego się w worku owodniowym to nieco inna sytuacja, jeszcze rzadsza, jeszcze bardziej niecodzienna.

Pęcherz, który przetrwał poród po prostu się przecina, a błony, które osłaniają główkę lub twarz nowo narodzonego delikatnie się zdejmuje. Może też być tak, że cała procedura lekko się komplikuje - dzieje się tak, gdy błony są grube i dość szczelnie okalają skronie malca. Wówczas wykonuje się nacięcie, a potem usuwa się je stopniowo. Zbyt mocne szarpnięcie mogłoby nawet zranić noworodka.

Nawiasem mówiąc, maluchy otoczone błonami, czasami nieuszkodzonymi rodzą się też przez cesarskie cięcie. To też niezwykła sytuacja, bowiem lekarz przecinając powłoki brzuszne pacjentki, jej macicę, w efekcie przecina też worek owodniowy. Wszystkie te dzieci, niezależnie od tego, czy urodziły się z resztkami błon na głowie czy w ocalałym worku owodniowym, uchodzą za wyjątkowych szczęściarzy, w ludowych zwyczajach takie narodziny łączone były z pomyślnymi wróżbami.

Wertykalne pozycje porodowe - rodząc w pozycji wertykalnej (kucznej, kolankowo-łokciowej, klęczącej, siedzącej, etc.) kobieta i jej dziecko korzystają z siły grawitacji, która ściąga noworodka w dół. Dodatkowo, jak podaje Irena Chołuj w publikacji "Urodzić razem i naturalnie", każde z tych spionizowanych ułożeń ciała ma swoje zalety, np. pozycja kuczna skraca oraz rozszerza ostatni odcinek kanału rodnego, co ułatwia wydanie dziecka na świat, sprzyja też efektywnym skurczom. Z kolei pozycja siedząca (może być z wykorzystaniem krzesła porodowego) ułatwia relaksowanie się pomiędzy skurczami, jak i sprawdza się podczas ostatnich skurczów partych. Leżenie na wznak znacząco utrudnia całą akcję - rodząca musi bowiem wypierać dziecko niemal "pod górę", ponadto wówczas, chcąc nie chcąc, staje się bardziej pasywna, a nawet bezradna. Zamartwica - Zespół zamartwicy noworodka zwany też zamartwicą urodzeniową jest stanem związanym z niewydolnością krążenia lub/i oddychania u noworodka bądź płodu. Skala Apgar, narzędzie służące do oceny noworodków w pierwszej, trzeciej, piątej oraz dziesiątej albo w pierwszej, piątej i piętnastej minucie po urodzeniu pozwala też na stwierdzenie ewentualnego stopnia zamartwicy. Większość maluchów otrzymuje 7-10 punktów, co zwykle oznacza, że nic im nie zagraża i są w dobrym stanie. Słowem - to bardzo dobry początek.

Punktacja 4-6 może (ale nie musi) wskazywać na zamartwicę średniego stopnia. Noworodki, które otrzymują mniej punktów mają tzw. zamartwicę bladą, określaną jako ciężką. Świadczą o niej m.in. takie objawy jak - brak wyraźnej reakcji na bodźce, zaburzona czynność oddechowa, tętno niższe niż 100 uderzeń serca na minutę lub w ogóle niewyczuwalny puls, blade bądź fioletowe zabarwienie skóry, wiotkość ciała. Bardzo niska punktacja (0-3) w pierwszej minucie oznacza zwykle właśnie ciężką zamartwicę (bladą), która w niektórych przypadkach prowadzi do śmierci noworodka. Na szczęście takie scenariusze sprawdzają się coraz rzadziej i zespołom lekarzy udaje się uratować coraz więcej dzieci, choć ich kondycja tuż po porodzie nie rokowała pomyślnie.

Dobra wiadomość jest taka, że wiele dzieci, których stan w pierwszych chwilach po urodzeniu był wręcz krytyczny, po pewnym czasie nie wykazuje już żadnych deficytów. Dzieje się tak, ponieważ mózgi najmłodszych są niezwykle plastyczne i mają zdumiewające zdolności kompensacyjne, mogą więc rekompensować uszkodzenia spowodowane niedotlenieniem okołoporodowym.

Żel położniczy - położnice dysponują naturalnymi środkami nawilżającymi, jak maź płodowa, śluz i wody płodowe, które mają zapewnić odpowiedni "poślizg". Omawiany produkt ma przede wszystkim wspomóc niwelowanie tarcia, jakie powstaje w trakcie wypierania główki dziecka oraz tarcia statycznego pojawiającego się podczas skurczów, a w konsekwencji usprawnić całą akcję. Producenci zapewniają, że wykorzystanie żelu może skrócić czas trwania porodu nawet o 30 proc., z kolei siła tarcia zmniejsza się o połowę. Środek ma też zminimalizować doznania bólowe oraz ryzyko pęknięcia krocza bądź konieczności jego nacinania.

W tym momencie pojawia się pytanie, czy żel położniczy nie może być zastąpiony przez zwykły żel nawilżający na bazie wody? Przewaga pierwszego wyrobu polega na tym, że jest jałowy i działa bakteriostatycznie, przez co nie zaszkodzi ani kobiecie, ani rodzącemu się dziecku. Wiele mam bardzo sobie chwali ten produkt, ale poza zaletami ma on też pewne wady. Przede wszystkim, nie jest refundowany i trzeba za niego słono zapłacić. Ceny w zależności od marki wahają się od 180 do, bagatela, 400 złotych. Najczęściej kobieta musi się sama w niego zaopatrzyć, czasem można za niego dopłacić w szpitalu, jego użycie wliczone w cenę porodu może być w niektórych prywatnych klinikach. Jednak nawet jeśli go kupi i zabierze na porodówkę nie ma gwarancji, że zostanie wykorzystany. Nigdy przecież nie wiadomo, czy nagłe komplikacje nie wymuszą przeprowadzenia nieplanowanego cesarskiego cięcia. Popularne serwisy z ogłoszeniami i fora dla mam zawierają ogłoszenia kobiet, które pragną sprzedać niewykorzystany produkt...

Mimo wszystko aby przekonać się, czy żel rzeczywiście był pomocny, należałoby mieć porównanie ze swoim porodem, podczas którego nie był wykorzystany. Zresztą trudno jest ze stuprocentowym przekonaniem twierdzić, że lekki poród był akurat efektem zastosowania dodatkowego nawilżenia, być może zadziałaby zupełnie inne czynniki. Jednak są kobiety, które zabezpieczone w ten sposób po prostu czują się pewniej i mają większy komfort psychiczny.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje