Reklama

Reklama

Serce Filipka nie może się teraz zatrzymać

Jego zdrowi rówieśnicy oddychają średnio 30 razy na minutę, Filip prawie trzykrotnie szybciej. Nie ma siły, żeby podnieść głowę. Męczy go nawet jedzenie. Cały czas jest tak zmęczony, jakby właśnie przebiegł maraton. Chłopiec ma tylko siedem miesięcy i wrodzoną wadę serca.

O tym, co dolega Filipkowi, pani Agnieszka dowiedziała się w siódmym miesiącu ciąży. To miało być rutynowe badanie, a zmieniło wszystko. Rozpoznanie: zespół Ebsteina. Od tamtej pory było już tylko gorzej. Kolejne wizyty w gabinetach lekarskich były jak nawracający koszmar, bo wada się pogłębiała. W tym wypadku nie było mowy o leczeniu prowadzonym jeszcze w łonie matki. Ciążę trzeba było rozwiązać w 34. tygodniu, a choć innego wyjścia nie było, fakt ten wiązał się z dodatkowym obciążeniem - wcześniactwem.

Reklama

Po narodzinach stan nowo narodzonego chłopca był krytyczny, wada serca spowodowała obrzęk ciała. Co dalej? Intubacja, respirator, plątanina rurek i kabli, a gdzieś w tym wszystkim Filipek. Szanse na przeżycie, dotychczas oceniane jako małe, z uwagi na obrzęk zmalały jeszcze bardziej. Chłopca ochrzciły pielęgniarki. Każdy wie, co to oznacza.

Malec nie skończył jeszcze pierwszego miesiąca życia, gdy został poddany operacji. Było to jednak tylko leczenie paliatywne, objawowe, nie zlikwidowało głównego problemu. Zresztą, to, co ma do zaproponowania krajowa medycyna, i tak go nie rozwiąże. Terminu operacji nikt nie wyznaczy, bo, jak usłyszeli rodzice małego pacjenta, w takich przypadkach nie można niczego zaplanować - przyszłość oznacza wybieganie maksymalnie o tydzień do przodu. Cóż to za horyzont czasowy dla kilkumiesięcznego dziecka, które powinno mieć przed sobą całe życie?

O tym, jakiego pecha miał Filipek, mówią już same statystyki. Wada, z którą przyszedł na świat jest bardzo rzadka, stanowi mniej niż 1 proc. wszystkich nieprawidłowości kardiologicznych. Może mieć różne postacie; lekko- i umiarkowanie nasilone nie wymagają leczenia operacyjnego. Cięższe przypadki już tak. W przypadku postaci ekstremalnej, a taką ma chłopczyk, jedyną szansę na uratowanie życia stanowi skomplikowany zabieg. Tak skomplikowany, że niemożliwy do przeprowadzenia w Polsce, ani nigdzie indziej na świecie oprócz Pittsburgha w amerykańskim stanie Pensylwania. Tam właśnie operuje profesor Jose Da Silva, wybitny kardiochirurg, twórca pionierskiej metody leczenia anomalii Ebsteina.

Pani Agnieszka dowiedziała się o tej szansie przeglądając zasoby internetu. Skontaktowała się z Children's Hospital of Pittsburgh i otrzymała odpowiedź, słowa na wagę złota - Filip ma szansę na przeżycie! Został zakwalifikowany do operacji zastawki pionierską metodą stożka (cone procedure) u profesora Da Silva, której termin wyznaczono na czerwiec. Dłużej i tak czekać nie można. Małemu pacjentowi wstawiono sztuczne naczynie, tzw. zespolenie systemowo-płucne. Utrzymuje ono go przy życiu, ale, niestety, nie rośnie wraz z nim. Za chwilę przestanie pasować do jego wagi. W coraz gorszym stanie jest zdeformowana prawa komora serca malca. Obecna sytuacja epidemiologiczna niczego nie ułatwia. 

I kolejny problem. Wydawałoby się, nie do przejścia. Koszt operacji i specjalistycznego transportu medycznego to prawie półtora miliona złotych. Chłopczyk nie może lecieć zwykłym samolotem rejsowym, maszyna musi utrzymywać odpowiednią wysokość, podczas lotu konieczna jest też fachowa opieka specjalistów. Kwota do zebrania "na już" przekracza możliwości rodziny. Nie można pozwolić, by pieniądze były przeszkodą na drodze po zdrowie i życie!

Aby pomóc Filipkowi kliknij TUTAJ

***Zobacz także***


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje