Reklama

Reklama

Teściowa przeciwnik czy sojusznik?

Dwie kobiety stają się nagle dla siebie matką i córką. Czasem dzieli je wszystko prócz miłości do mężczyzny. Czy się porozumieją?

Wiele nieporozumień między teściową a synową wynika niestety z błędnej interpretacji zachowań. Żadna inna relacja nie jest bowiem tak naznaczona szkodliwymi stereotypami. One sprawiają, że często z góry podświadomie zakładamy, że jej podstawą nie jest współpraca, a rywalizacja i wzajemna niechęć.

Reklama

Ten układ jest jednym z najtrudniejszych w rodzinie: spotykają się dwie kobiety w różnym wieku, z różnych środowisk. Z domu wyniosły inne wzorce, mają inne przekonania. Teraz są zmuszone do kompromisu dla dobra wspólnej rodziny. Zanim jednak go osiągną, powinny się poznać, zrozumieć swoje wzajemne oczekiwania.

To wymaga elastyczności, dobrej woli i empatii z obu stron. Gotowości do zweryfikowania swoich poglądów. A także czasu. Przyjęcie perspektywy drugiej osoby pomaga w zbudowaniu zdrowej relacji.

Nie uda się to, gdy nie będziemy ze sobą rozmawiać, wyjaśniać, co czujemy, i jasno wyrażać swoje potrzeby. Nie ulegajmy też pokusie wciągania w konflikt męża i syna. Warto o tym pamiętać, zanim wstąpimy na wojenną ścieżkę.

Nie matka, ale trochę jak koleżanka

Olga, 33 lata, 8 lat po ślubie

Nigdy nie śmieszyły mnie dowcipy o teściowej. Uważam po prostu, że albo ktoś jest dobrym człowiekiem, albo nie. Może dlatego że z matką mojego męża nie mam problemów, o których opowiadają koleżanki.

Wtrącanie się? Buntowanie syna przeciwko mnie? Nic z tych rzeczy. Moja teściowa jest bardzo taktowna. Kiedy zamierza nas odwiedzić, zawsze dzwoni, chociaż mieszkamy niedaleko.

Żadnych niezapowiedzianych wizyt! Mówię, że wcale nie musi tego robić, ale ona nie chce się narzucać. Uważam, że ma klasę. Relacja z teściową to nie to samo, co z własną mamą. Tutaj obie strony muszą się dużo bardziej starać.

Naprawdę mogę na nią liczyć

Do stolicy przyjechałam na studia i tu poznałam męża. Do rodziców mam ponad 300 kilometrów, więc nie bardzo mogę liczyć na ich pomoc. Między moimi synami jest sześć lat różnicy: Bartek ma osiem lat, Kuba dwa latka.

Mąż pracuje do późna, dlatego w domu staram się sama wszystkiego dopilnować. Bez wsparcia teściowej byłoby mi trudno. To ona zostaje z małym, gdy muszę dokądś wyjść. Wystarczy poprosić. Staram się jednak nie wykorzystywać jej zbyt często.

Bycie babcią nie oznacza, że trzeba już tylko doglądać wnucząt. Ona też ma własne życie. Cenię sobie, że nie poucza mnie, jak postępować z synami. Wprawdzie często opowiada, jak radziła sobie z dziećmi, ale nie mam wrażenia, że mnie instruuje. Dzięki niej przestałam stresować się tym, że nie mam pokarmu, i bez wyrzutów sumienia przeszłam na butelkę.

„Zawsze dokarmiałam butelką! Nie ma się czym martwić!” – powiedziała i trochę mi ulżyło. Ma nowoczesne podejście do życia, nie uważa, że kobieta powinna poświęcać się rodzinie, i tutaj się zgadzamy. Myślę, że połączył nas pogląd na wiele spraw. Kiedy pomalowałam sypialnię na ciemny kolor, była jedyną, która nie kręciła nosem. W gruncie rzeczy jesteśmy podobne: energiczne, lubiące nowości, ciekawe świata.

Na teściów trzeba mieć sposób

Mam układ z mężem. To on przeprowadza z rodzicami trudne rozmowy. Oczywiście, nie krępuję się powiedzieć wprost, żeby nie kupowali dzieciom czekolady, ponieważ są na nią uczulone. Chodzi raczej o takie rzeczy, jak to, że znowu nie pojedziemy do nich na działkę, bo chcemy pójść do kina ze znajomymi lub że wolimy dostać na imieniny pieniądze niż konkretny prezent.

W ten sposób wciąż pozostaję „tą dobrą”, bo wysyłam im pozytywne komunikaty. Pewnie, że teściowie czasami nas denerwują, ale na ich wady staramy się patrzeć przez palce.

Dobrym relacjom sprzyja samodzielność. Nigdy nie uzależniliśmy się od nich finansowo, nie pożyczaliśmy pieniędzy, nie żądaliśmy opieki. Ja nie biegam na skargę do teściowej, mąż nie żali się na mnie.

Dzięki temu traktują nas jak odpowiedzialnych ludzi, którzy odcięli pępowinę. Poza tym miałam chyba szczęście, że w tej loterii trafiłam na fajną kobietę!

Co na to psycholog? Joanna Kruszyńska-Buryta: Przyjrzyjmy się relacji z własną matką

Czy możemy mieć wpływ na to, jak układają się stosunki z teściową? Czy można je pozytywnie zaprogramować?

Zanim zaczniemy budować nasze relacje, warto przyjrzeć się stosunkom z własną matką. Odbiór teściowej często jest efektem oczekiwań bazujących na tym, czego doświadczyłyśmy w domu. Jeżeli jako córki czujemy się kochane i akceptowane, prawdopodobnie będziemy spodziewały się podobnych zachowań ze strony teściowej.

Natomiast jeśli z matką byłyśmy w ciągłym konflikcie, możemy być także uprzedzone do matki męża. Na szczęście jesteśmy w o tyle dobrej sytuacji, że możemy budować partnerskie relacje z teściową z pozycji dorosłego, a nie dziecka. Próbować nowych, odmiennych zachowań.

Przede wszystkim kierujmy się empatią, także w stosunku do samej siebie. Dbamy o własne potrzeby, ale zauważajmy potrzeby innych. Otwarcie wyrażajmy uczucia, nawet te bolesne. Jeśli coś nam nie pasuje, nie bójmy się mówić „nie”, lecz przyjmujmy także „nie” od drugiej strony. A najważniejsze, próbujmy natychmiast przegadać wszelkie nieporozumienia.

Relacje się poprawiły, gdy moja mama zachorowała

Kinga, 29 lat, 4 lata po ślubie

W sytuacji kryzysowej teściowa okazała mi dużo serdeczności i zrozumienia. Na początku małżeństwa nie układało mi się z teściową najlepiej. Była chyba zazdrosna, że nie jest już jedyną kobietą w życiu Kamila. Niby wszystko było w porządku, ale czasem słyszałam ogólne uwagi typu: „Dobra gospodyni ugotuje, upierze, uprasuje i jeszcze dobrze wygląda”. A ja wtedy jeszcze nie gotowałam, a prasowanie należało do mojego męża.

Dziś myślę, że może byłam za bardzo wyczulona i wszystko brałam do siebie. Często dąsała się na nas, że za rzadko do nich przyjeżdżamy, że ich nie zapraszamy. A to był przecież nasz pierwszy wspólny rok! Pragnęliśmy nacieszyć się sobą, dużo podróżowaliśmy, prawie nie siedzieliśmy w domu. Teściowa nalegała, żebyśmy co niedziela przychodzili na obiady, ale nam ciągle coś wypadało, w rezultacie jedliśmy u nich raz w miesiącu. Wiem, że uważała, że odsuwam od niej syna.

Nie mogłam się pozbierać To było dwa lata temu, w maju. Po południu zadzwonił tata, nie mógł wydusić z siebie słowa, płakał. Wiedziałam, że coś się stało. Moja mama miała zawał. Zawsze dużo pracowała, przejmowała się wszystkim, była nieuleczalną perfekcjonistką. Tyle razy jej mówiłam, żeby wyluzowała i wreszcie sobie odpuściła. Z pracy zabrało ją pogotowie. Byłam wtedy w czwartym miesiącu ciąży. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, ale to były dla mnie ciężkie dni. Jestem jedynaczką i miałam poczucie, że zostałam z tym wszystkim sama. Z tatą nie chciałam rozmawiać, żeby go nie denerwować, bo bardzo źle znosił całą sytuację. 

Przesiadywałam w szpitalu, ciągle płakałam, byłam potwornie rozdrażniona. Z drugiej strony wiedziałam, że w moim stanie nie wolno się denerwować. Bardzo wspierał mnie mąż i... teściowa. Przyjeżdżała do szpitala z termosami ciepłej zupy, gotowała dla nas obiady, często odwiedzała moją mamę. Przytulała mnie jak małą dziewczynkę, dodawała otuchy. Jestem jej za to wdzięczna do dziś. Od tamtej pory wiele się między nami zmieniło. A jednak potrafimy  być sobie bliskie Teraz mogę szczerze powiedzieć, że mamy bardzo dobre, serdeczne układy. Choroba mojej mamy przełamała lody. A może to była tylko kwestia czasu? Teraz wigilię spędzamy razem: my, moi rodzice i teściowie. Wcześniej najpierw jechaliśmy do jednych, potem do drugich. Jakoś poukładałyśmy sobie tę relację. Gdy moja mama wyszła ze szpitala, wróciłam do domu  i pierwsze, co zrobiłam, to za dzwoniłam do teściowej. Po dziękowałam jej, że była przy mnie. Następnego dnia zjawiła się z rosołem. Był to chyba pretekst, żebyśmy mogły pogadać w cztery oczy. Wtedy wyznała, że jej syn dobrze wybrał. I cieszy się, że zostanie babcią, chociaż wcześniej miała z tym problem. To słowo nie mogło jej przejść przez gardło. Nie potrafiła pogodzić się z tym, że mimo stosunkowo młodego wieku wchodzi w kolejny etap życia. Ale gdy Julka przyszła na świat, kompletnie zwariowała. Obsypuje ją prezentami, bawią się godzinami, chodzą na spacery. A ja się cieszę, że moja córka ma superbabcię!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje