Reklama

Reklama

Udajemy, że jesteśmy dla dzieci. Rodzice - perfekcyjni kłamcy

Ludzie kłamią z różnych powodów. Jedni chcą coś ukryć, drudzy coś zyskać. Wśród nich jest jedna bardzo specyficzna kategoria kłamców. Rodzice.

Dlaczego mówią nieprawdę? Zazwyczaj odpowiedź brzmi: "dla dobra dziecka". A słowa te wypowiadają z takim przekonaniem, że nie sposób im nie wierzyć.

Kłamią, że chcą spędzać czas z pociechą, ale muszą pracować, że mama z tatą nigdy się nie kłócą i oczywiście, że dzieci przynosi bocian. Są przekonani, że dzięki kłamstwu ochronią uczucia potomka, tymczasem chronią wyłącznie siebie, w dodatku na krótką metę.

Cenny czas 

W tysiącach poradników o wychowywaniu dzieci możemy znaleźć tę samą złotą radę, by spędzać z potomstwem jak najwięcej czasu. Tyle że potrzeby dorosłych często rozmijają się z potrzebami dzieci. Pociecha ma ochotę iść na plac zabaw? Świetny pomysł! Słońce świeci, można złapać trochę witaminy D. Po godzinie macie już zaliczone: karuzelę, ślizgawkę, karuzelę, huśtawkę, karuzelę, na piaskownicę jeszcze za zimno, więc znowu karuzelę.

Reklama

Za oknem plucha? Postanawiacie wybudować namiot z koców. Naprawdę nieźle wam idzie. I moglibyście spędzić w nowym lokum cały dzień, tylko obiad sam się nie ugotuje, pranie do pralki nie wskoczy, a podłoga woła o pomoc, kiedy resztki paluszków mieszają się z kocią sierścią. Kolejne zabawy: układacie wieżę z kolców, może coś razem rysujecie. Jest naprawdę miło, ale co chwilę spoglądacie na zegarek. Obliczacie, czy zdążycie dokończyć zaległą pracę, kiedy dziecko się położy. Jeśli pójdzie spać koło 20. - znakomicie. Przed 22.? Już nie będzie tak kolorowo.

Bierzecie pod uwagę nie tylko charakter zadań, które macie do wykonania, ale i to, że o tej porze będziecie po prostu zmęczeni. Kto na prośbę dziecka: "Pobaw się ze mną" nie odpowiedział nigdy: "Nie mam czasu"? Nie ma chyba takiego rodzica. Nie jesteśmy w stanie poświęcić dziecku tylu godzin, ile potrzebuje, ale możemy dać mu dobry czas. Żeby 30 minut, kiedy się z nim bawimy, nie było zakłócane naszym zerkaniem w ekran telefonu. Jakość jest o wiele ważniejsza, niż ilość i to pod każdym względem.

Żyjemy w epoce, w której czas stał się towarem deficytowym. Jeśli pomyślimy o tym, że jest walutą najcenniejszą, może zorientujemy się, w co, a raczej w kogo powinniśmy inwestować. 

Nudzi mi się 

Dzieciństwo krótko trwa. Dorosły opiekujący się maluszkiem nie myśli o tym na co dzień. Trzeba też przyznać się do tego, że zajmowanie się dziećmi na okrągło jest nużące. Pokażcie mi matkę, która gotując 25. obiadek w tym miesiącu, biegając za pociechą, która zaczęła chodzić i zmieniając jej pieluchy powie, że rozwinęła skrzydła? Jest jeszcze jedna rzecz, do której często się nie przyznajemy - nie każdy z nas umie się bawić.

Część dorosłych zatraciła zdolność do bycia spontanicznym i radosnym w kontakcie z dzieckiem. Pewnie w dużej mierze zależy to od charakteru i wychowania. Niektórzy mają tę iskrę beztroskiego szaleństwa, inni wręcz przeciwnie. Tym drugim trudniej będzie odnaleźć się w relacji z dzieckiem.

Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że owo "spontaniczne bycie" może być dla nich naprawdę ciężką pracą.   

Często dla ludzi, którzy mają ciekawy zawód, rozległe zainteresowania i mnóstwo kontaktów towarzyskich zajmowanie się dzieckiem jest po prostu... nudne. Nie mówią jednak tego głośno, bo zdają sobie sprawę z tego, że prawda spotkałaby się z ostracyzmem społecznym. Szczególnie spędzanie czasu z małymi dziećmi bywa wyczerpujące, ze względu na powtarzalność czynności, które one chcą wykonywać. Dla dorosłego zrobienie dziesiątej babki z piasku nie jest żadnym wyzwaniem, więc męczy się już po trzeciej. Zabawa staje się obowiązkiem, jak gotowanie i sprzątanie.

Nie każdy umie zaciekawić się dzieckiem. Nikt z nas nie uczył się, co znaczy być dobrym rodzicem. Przewijanie, kąpiel, przystawianie do piersi - o tak, w szkole rodzenia mówili. A potem? Czy ktoś ze specjalistów uprzedzał, że z dzieckiem sam na sam będzie nam w domu nudno? Nie wykrzeszemy z siebie entuzjazmu do harców z pociechą, jeśli go nie mamy. Może dlatego afrykańskie przysłowie mówiące, że do wychowania dziecka potrzeba całej wioski jest na wskroś aktualne. Znudzony partner zabaw jest niczym święty Mikołaj bez prezentów. Takiego nikt nie chce.

Zamiast oszukiwać i udawać radość, postarajmy się zorganizować dziecku kogoś, kto chce i będzie chętnie się bawił. Dziadkowie? Dobra niania? Ukochana ciocia? Udawanie prędzej czy później skończy się zdemaskowaniem. Nie ma bowiem bardziej czułego sejsmografu niż własna latorośl. Ona doskonale wie, kiedy jesteśmy smutni, nawet gdy się uśmiechamy, tak jak doskonale czuje, że nie chcemy się z nią bawić, nawet jeśli udajemy entuzjazm. Dziecko ma szósty zmysł, który pewnie zatraci, gdy stanie się dorosłym. Póki co przejrzy nas na wylot.

Sielanka a rzeczywistość

Nie tylko sztuczny uśmiech sugeruje kłamstwo. Zdradzają nas gesty i ton głosu. Rodzice myślą, że jeśli kłócą się za zamkniętymi drzwiami, dziecko o niczym nie będzie wiedziało. Ono tymczasem doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że między dorosłymi dzieje się coś złego. Czuje nasze emocje, nawet jeśli jeszcze nie potrafi ich nazwać. Co z tego, że mama z tatą nie podnoszą na siebie głosu, jeśli mijają się w korytarzu bez słowa, odwracają od siebie wzrok? Ciche codzienne wojny mogą zrujnować życie małego człowieka równie dobrze, jak otwarte kłótnie. Są niczym zawoalowana przemoc. 

Jaki wpływ na dziecko mają "ciche wojny" rodziców? Zdaniem psycholog dr Iwony Sikorskiej oprócz niepokoju, który w dziecku zasiać mogą niezrozumiałe a nieprzyjazne wobec siebie nawzajem zachowania rodziców, trzeba wskazać dwie możliwe konsekwencje częstych "cichych dni" w domu.

 - Po pierwsze dziecko uczy się nie dowierzać własnej intuicji, która każe mu, gdy widzi nieszczęśliwego czy zdenerwowanego rodzica, zapytać o przyczynę, albo pocieszyć. "Nic się nie dzieje, czuję się dobrze"- odpowiada mama z płynącym makijażem.  "Tylko głośno oddycham" - twierdzi tato wychodząc z pokoju po spięciu z mamą. A więc wysiłki, które rodzice włożyli w edukację emocjonalną dziecka, idą na marne. Milczeniem i wyniosłością dorośli karzą zresztą nie tylko siebie nawzajem, ale też własne dzieci. Po drugie dzieci dowiadują się, jak należy rozwiązywać trudności i nieporozumienia. W taki sposób będą zachowywać się wobec kolegów, ale też własnych rodziców: nie szukać porozumienia, wybaczać czy negocjować, ale zaprzeczać, obrażać się, pogardliwie milczeć. Oczywiście dzieci dorastają, są refleksyjne, szukają własnej drogi do drugiego człowieka. Jednak wzory "cichych dni" wyniesione z domu nie są posagiem ułatwiającym i tak skomplikowane relacje społeczne - tłumaczy psycholog.  

Doświadczenie graniczne

Jedną z najbardziej poruszających rozmów, jakie przeprowadziłam w ostatnim czasie, była opowieść Magdaleny Wiatrowskiej. Mówiła szczerze o najgorszym dniu swojego życia. - Córka miała atak padaczki i to był moment, w którym się ocknęłam. 10 lat prowadziłam firmę, zatrudniałam ludzi, to było bardzo duże wyzwanie. Czułam ogromną odpowiedzialność za innych, co mnie bardzo ciągnęło w dół. Weszłam w energię lęku, bałam się, że coś może się wydarzyć, chociaż nie miałam ku temu podstaw. Nie byłam w stanie być z dziećmi tak, jak powinnam. Wpadłam w pracoholizm. Miałam zegarek z przychodzącymi mailami. Oddałam go, teraz mam tradycyjny. Ocknęłam się, stojąc przy szybie, w szpitalu, gdzie na OIOMie wylądowała moja córka. Pomyślałam, że ona teraz jest dla mnie taka, jaką ja byłam - co z tego, że fizycznie obecna, jak emocjonalnie niedostępna? Zabierała mnie praca i myślenie o niej. Dzisiaj Magdalena prowadzi Instytut Świadomego Rodzicielstwa Family Power, gdzie pomaga innym dorosłym nie tylko stać się lepszym ojcem czy matką, ale przede wszystkim stać się lepszym dla siebie. Nie możemy mądrze i dobrze opiekować się własnymi pociechami, jeśli nie umiemy zając się sobą. Ta prosta prawda często jest trudna do zauważenia.

- Najcenniejszą lekcją, jaką możemy wziąć od dzieci, jest umiejętność bycia tu i teraz. Wiedziałam o tym zawsze, pracowałam z dziećmi, uczyłam je 10 lat. Najważniejsze dla mnie było, że jestem z nimi na 100 procent - mówi założycielka Family Power.

I dodaje: Byłam przekonana, że kiedy będę mieć własne dzieci, tę umiejętność przejmę z automatu. Tymczasem uwarunkowania, wzorce, lęk, błędne rozumienie odpowiedzialności pociągnęły mnie w dół. Nawet nie zorientowałam się, co się dzieje. Życie mnie obudziło. Rzeczy, które jeszcze przed chwilą były ważne - bo byłam dla ludzi, dla nauczycieli, kiedy tylko był problem: "Dzwońcie, sobota, niedziela jestem po to, żeby wam pomóc" - stały się nieistotne. Zabierałam siebie swojej rodzinie. Wydawało mi się, że jest dobrze. Moja córka miała tylko jeden atak. Straciła przytomność, później miała drgawki, zasinienie wokół ust, brak odruchów neurologicznych, brak oddechu. To był najgorszy dzień w moim życiu - wspomina Magdalena.

I dodaje: "Dla mnie było to totalnym przebudzeniem, momentem przełomowym. Łatwo wpadamy w pęd codzienności, bo tak funkcjonuje świat". Nie każdy znalazł się w tak skrajnej sytuacji i lepiej, żeby nie miał okazji. Jednak często o wartości tego, co posiadamy, przekonujemy się dopiero, kiedy możemy to stracić. Gdy nie ma zagrożeń, żyjemy spokojnie, nie zastanawiając się tak naprawdę, co jest dla nas najważniejsze. Czas płynie z dnia na dzień. Tygodnie zamieniają się w miesiące, miesiące w lata. Ławo możemy przeoczyć czas dorastania własnych dzieci, zwłaszcza, że czyha na nas szereg pokus.

Co nie pozwala nam być z dzieckiem?

Cieszę się, że moje dzieci są już nastolatkami. Jestem wdzięczna, że kiedy były małe, media społecznościowe nie były tak popularne. Telefon komórkowy był po prostu telefonem, służył do dzwonienia i rozmawiania. Gdy dziś przechodzę obok placu zabaw, niejednokrotnie zerkam w stronę rodziców siedzących na ławkach i pozostających cały czas w świecie dorosłych. Tym wirtualnym. Dzieci nie ciągną ich za rękę, nie wymuszają popychania huśtawki, jakby przyzwyczajone do tego stanu rzeczy.

Dorosły zajmuje się dorosłymi sprawami, a maluch - swoimi. Nie wiemy do końca, jaki wpływ na przyszłość młodych ludzi będzie miała ta sytuacja. Wmówiono nam, dorosłym, że musimy być na bieżąco - powinniśmy orientować się, co dzieje się w polityce, w kraju, na świecie. Mamy się rozwijać, dążyć do doskonałości, szkolić. Zapisywać na kolejne kursy. I my te swoje kwalifikacje chcemy podnosić, żeby więcej zarabiać, żeby zapewnić synowi i córce lepszą przyszłość.

Tak bardzo na owej przyszłości jesteśmy skupieni, że nie widzimy teraźniejszości. Tymczasem nie można żyć życiem, które nastąpi. Można tylko tym, w którym jest się w danej chwili. Chcę, żeby moje dziecko było szczęśliwe - to zdanie, niczym mantrę, potarzają niemal wszyscy rodzice. Wierzę, że każdy z nich ma dobre chęci, ale tymi, jak wiadomo, wybrukowane jest piekło.

Mówimy naszym dzieciom, że są dla nas najważniejsze, ale niezmiennie każemy im na siebie czekać. "Za chwilę", "zaraz", "za moment" są zwrotami niezwykle często kierowanymi do osób, które kochamy najbardziej na świecie. I przychodzi czas, że orientują się w końcu, że rodzice nie do końca mówią prawdę. Bo jak długo ktoś, kto jest najważniejszy w naszym życiu, ma czekać?    

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Kłamstwo | wychowanie | dziecko

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje