Reklama

Reklama

W ciąży należy dopieszczać swoją kobiecość

- Czekałam na dziecko i była to prawdopodobnie najważniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek robiłam. Niezależnie od moich wątpliwości dotyczących Paryża, podobało mi się bycie w ciąży w miejscu, w którym pozostawałam całkowicie odporna na ocenę innych ludzi - pisze Pamela Druckerman, autorka książki "W Paryżu dzieci nie grymaszą". Przeczytaj cały fragment, w którym Druckerman odkrywa znaczne różnice w podejściu do przeżywania ciąży Francuzek i Amerykanek.

Trochę się bałam, czy uda mi się zajść w ciążę. W końcu większość dorosłego życia spędziłam, z powodzeniem starając się tego uniknąć. Poszło jednak równie błyskawicznie jak z naszymi zaręczynami: miałam wrażenie, że jednego dnia szukam w Google "jak zajść w ciążę", a następnego patrzę na dwie różowe kreski na francuskim teście ciążowym.

Byłam przeszczęśliwa, ale wraz z radością przyszedł niepokój. Postanowienie, żeby mniej naśladować Carrie Bradshaw, a bardziej — Catherine Deneuve, natychmiast puściłam w niepamięć. To chyba nie był najlepszy moment na aklimatyzację we Francji. Opętała mnie myśl, że muszę się teraz skupić na nadzorowaniu swojej ciąży i robić wszystko dokładnie tak jak należy. Kilka godzin po tym, jak oznajmiłam Simonowi dobrą nowinę, usiadłam do komputera i zaczęłam przeszukiwać amerykańskie strony internetowe poświęcone ciąży, a potem pobiegłam kupić kilka poradników dla przyszłych mam w anglojęzycznej księgarni w pobliżu Luwru. Chciałam, żeby ktoś mi szczegółowo wyjaśnił przejrzystą angielszczyzną, czym powinnam się martwić.

Reklama

Kilka dni później brałam już preparaty witaminowe dla ciężarnych i uzależniłam się od działu "Czy to bezpieczne?" w portalu BabyCenter. Czy w ciąży można bezpiecznie jeść produkty niepochodzące z upraw ekologicznych? Czy można siedzieć cały dzień przy komputerze? Czy można nosić wysokie obcasy, objadać się cukierkami halloweenowymi albo pojechać na urlop w góry?

Dział "Czy to bezpieczne?" był tak wciągający, ponieważ budził coraz to nowe lęki (Czy można bezpiecznie robić kserokopie? Czy można bezpiecznie połknąć nasienie?), ale odmawiał rozwiania ich prostymi odpowiedziami: "tak" lub "nie". Zamiast tego udzielający odpowiedzi eksperci prezentowali rożne opinie i wyrażali się niejasno. "Czy w ciąży można bezpiecznie robić sobie manikiur?" No cóż, tak, ale długotrwała ekspozycja na używany w salonach kosmetycznych zmywacz do paznokci może być niekorzystna. "Czy można bezpiecznie iść na kręgle?" No cóż, tak i nie.

Ciąża to odrabianie obowiązkowej pracy domowej

Znajome Amerykanki podobnie jak ja wierzyły, że ciąża — a potem macierzyństwo — jest jak odrabianie obowiązkowej pracy domowej. Pierwszym zadaniem był wybór jednego z tysięcy modeli wychowywania dzieci. Każda osoba, z którą rozmawiałam, powoływała się na inny podręcznik, więc kupiłam i przeczytałam ich całe mnóstwo, ale nie poczułam się dzięki temu lepiej przygotowana. Ogrom sprzecznych zaleceń sprawiał, że dzieci wydały mi się enigmatyczne i niemożliwe do poznania — to, kim były i czego potrzebowały, zależało od tego, który poradnik przeczytałam.

Stałam się także ekspertką w dziedzinie czarnowidztwa. Ciężarna znajoma z Nowego Jorku, która przyleciała na wycieczkę do Paryża, oznajmiła mi przy obiedzie, że w jej przypadku ryzyko urodzenia martwego dziecka wynosi pięć promili. Wiedziała, że powtarzanie tej informacji jest przygnębiające i bezcelowe, ale nie mogła się powstrzymać. Inna znajoma, na nieszczęście mająca doktorat z medycyny, spędziła większość pierwszego trymestru ciąży, katalogując wszystkie możliwe choroby, jakie mogły zagrozić jej dziecku.

Kiedy odwiedzaliśmy rodzinę Simona w Londynie, uświadomiłam sobie, że ten sam niepokój unosi się na Wyspach. (Postanowiłam wierzyć, że jego rodzice za mną przepadają).

Siedziałam w kawiarni, kiedy zaczepiła mnie elegancko ubrana kobieta, aby streścić mi najnowsze badania wykazujące, że spożywanie dużych ilości kofeiny zwiększa ryzyko poronienia. Dla podkreślenia swojej wiarygodności poinformowała, że jest żoną lekarza. Zupełnie mnie to nie obchodziło, za to zirytowałam się jej założeniem, że nie wiem o tych badaniach. Czytałam o nich i dlatego starałam się przeżyć na filiżance kawy tygodniowo.

Nawał lektur i niepokoje powodowały, że bycie w ciąży zaczęło przypominać pracę na pełen etat. Coraz mniej czasu spędzałam nad książką, którą miałam oddać jeszcze przed narodzinami mojego dziecka, a zamiast tego bratałam się z innymi ciężarnymi Amerykankami na czatach porodowych grup wsparcia. Podobnie jak ja, te kobiety były przyzwyczajone do dostosowywania świata do swoich potrzeb, nawet jeśli ograniczało się to do zamawiania mleczka sojowego do kawy. I również miały poczucie, że ten pierwotny proces zachodzący w ich ciałach wymyka się im spod kontroli. Martwienie się — tak jak ściskanie poręczy fotela w samolocie podczas turbulencji — dawało przynajmniej złudzenie, że coś robimy.

Zadaniem amerykańskich czasopism dla ciężarnych, do których miałam w Paryżu łatwy dostęp, było najwyraźniej podsycanie tych lęków. Koncentrowały się na jedynej rzeczy, nad którą kobieta w ciąży mogła mieć kontrolę — na jedzeniu. "Zanim zamkniesz usta na widelcu pełnym jedzenia, rozważ: ≪Czy to jest najlepszy kęs, jaki mogę dać mojemu dziecku?≫. Jeśli przyniesie to korzyść twojemu dziecku — przełknij" zalecają autorzy amerykańskiego poradnika dla ciężarnych "W oczekiwaniu na dziecko", słynącego z budzenia niepokoju i wielkiego sukcesu sprzedażowego.

Zdawałam sobie sprawę z tego, że zakazy w czytanych przeze mnie poradnikach miały rożną wagę. Papierosy i alkohol na pewno były szkodliwe, podczas gdy małże, mięso na zimno, surowe jaja i sery z niepasteryzowanego mleka mogły okazać się niebezpieczne tylko w przypadku, gdyby dostały się do nich stosunkowo rzadkie bakterie, takie jak listeria czy salmonella. Na wszelki wypadek traktowałam jednak każdy zakaz poważnie. Stosunkowo łatwo było mi unikać ostryg i foie gras, ale — będąc we Francji — panikowałam z powodu serów. "Czy parmezan w tym spaghetti jest robiony z mleka pasteryzowanego?" — pytałam osłupiałych ze zdziwienia kelnerów. Simon musiał znosić moje napady lęku: czy na pewno wyszorował deskę do krojenia po siekaniu na niej surowego kurczaka? Czy w ogóle kocha nasze nienarodzone dziecko?

Dieta najlepszej szansy

"W oczekiwaniu na dziecko" zawiera rozdział Dieta najlepszej szansy. Ma ona — zdaniem autorów — wspomagać rozwój mózgu u płodu, zmniejszyć ryzyko wystąpienia w nim określonych zmian, a nawet sprawić, że dziecko wyrośnie na zdrowego dorosłego. Można odnieść wrażenie, że każdy kęs przekłada się na potencjalne punkty IQ. Mogę nie przejmować się głodem: jeśli na koniec dnia uznam, że spożyłam za mało białka, "dieta najlepszej szansy" zaleca mi wepchnięcie w siebie dodatkowej porcji sałatki z jajek.

Miałam być na "diecie", i w dodatku takiej, dzięki której powinnam utyć. To chyba nagroda za lata pilnowania wagi po to, żeby upolować męża. Na odwiedzanym przeze mnie forum internetowym było pełno kobiet, którym przybyło piętnaście-dwadzieścia kilogramów ponad zalecany limit. Jasne, że wszystkie wolałybyśmy przypominać celebrytki w kompaktowej ciąży i sukniach od najlepszych projektantów albo modelki na okładce czasopisma "Fit Pregnancy". Znałam kilka kobiet, którym to się udało, ale główny przekaz dla Amerykanek głosił, że mamy dać sobie wolną rękę w kwestii jedzenia. "Nie żałuj sobie, JEDZ" — pisze "przyjaciółka autorka" poradnika Best Friend’s Guide to Pregnancy (Poradnik ciążowy najlepszej przyjaciółki), który czytałam w łóżku. "Jakie inne radości życia zostały ciężarnej kobiecie?"

Wiele mówi fakt, że "dieta najlepszej szansy" pozwala mi od czasu do czasu "oszukiwać" i zjeść cheeseburgera albo lukrowany pączek. Właściwie cała ciąża po amerykańsku przypomina wielkie oszukiwanie: lista zachcianek ciężarnych kobiet jest niczym katalog przyjemności, których odmawiały sobie od czasów nastoletnich: serniki, koktajle mleczne, makaron z serem i tort lodowy Carvela. Ja miałam ochotę na cytryny (do wszystkiego) i całe bochenki chleba.

Ktoś mi opowiedział, że Jane Birkin, brytyjska aktorka i modelka, która zrobiła karierę w Paryżu i poślubiła legendarnego francuskiego piosenkarza Serge’a Gainsbourga, nigdy nie mogła zapamiętać, czy mówi się un baguette, czy une baguette, więc zawsze prosiła o deux baguettes (dwie bagietki). Zawsze, gdy odwiedzałam piekarnię, postępowałam zgodnie z jej strategią. A potem — z pewnością w odróżnieniu od wiotkiej Birkin — zjadałam obie bagietki.

Przemiana z kobiety w mamę

Traciłam nie tylko figurę, ale także poczucie, że byłam kiedyś osobą, która chodziła na obiady do restauracji i zamartwiała się kryzysem palestyńskim. Teraz spędzałam wolny czas, przeglądając najmodniejsze wózeczki dziecięce i starając się zapamiętać wszystkie możliwe przyczyny kolki. Ta przemiana z kobiety w mamę wydawała mi się nieunikniona. Rozkładówka w poświęconym ciąży amerykańskim czasopiśmie, które kupiłam, wracając do domu, przedstawiała kobietę z wielkim brzuchem, w luźnym podkoszulku i męskich spodniach od piżamy. Opatrzono ją komentarzem, że w takim stroju można chodzić przez cały dzień. Nie mogłam się skoncentrować na ostatnich szlifach mojej książki i pewnie dlatego marzyłam, że rzucam dziennikarstwo i zostaję wykwalifikowaną położną.

Seks stał się ostatnim symbolicznym kamieniem tego upadającego domina. W zasadzie nie był zakazany, ale książki, takie jak W oczekiwaniu na dziecko, alarmowały, że seks w ciąży jest naszpikowany niebezpieczeństwami. "To, co sprawiło, że znalazłaś się w obecnym stanie, może teraz stać się jednym z twoich największych problemów" — ostrzegają autorzy, a następnie wyliczają czynniki przeszkadzające w pożyciu intymnym. Wśród nich jest "obawa, że wprowadzenie prącia do pochwy może być przyczyną infekcji". Jeśli jednak kobieta postanowi uprawiać seks, poradniki zalecają łączenie przyjemnego z pożytecznym, czyli wykorzystanie tej sytuacji, by ćwiczyć mięśnie Kegla w celu wytrenowania kanału rodnego przed rozwiązaniem.

Nie jestem pewna, czy ktokolwiek stosował się do tych wskazówek — prawdopodobnie inne Amerykanki, tak samo jak ja, trwały po prostu w ciągłym niepokoju. Zarażały się nim nawet osoby mieszkające poza granicami Stanów Zjednoczonych. Może to właśnie odległość pozwoliła mi spojrzeć na macierzyństwo z odpowiedniej perspektywy?

Zaczynałam już wtedy podejrzewać, że wychowywanie dziecka we Francji będzie wyglądało zupełnie inaczej niż w Stanach Zjednoczonych. Kiedy siedziałam w paryskiej kawiarni z brzuchem opartym o stolik, nikt mnie nie zaczepiał, żeby wygłosić przestrogi dotyczące kofeiny — przeciwnie, ludzie siedzący tuż obok palili papierosy. Jedynym pytaniem, jakie nieznajomi zadawali na widok mojego brzucha, było: "Czekasz na dziecko?". Potrzebowałam chwili, by zrozumieć, o co im chodzi. Nie pytali, czy umówiłam się na obiad z wagarującym sześciolatkiem, ale czy jestem w ciąży.

Czekałam na dziecko i była to prawdopodobnie najważniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek robiłam. Niezależnie od moich wątpliwości dotyczących Paryża, podobało mi się bycie w ciąży w miejscu, w którym pozostawałam całkowicie odporna na ocenę innych ludzi. Paryż był wprawdzie jednym z najbardziej kosmopolitycznych miast świata, ale ja miałam wrażenie, że znajduję się poza obiegiem. Nie rozumiałam wtrącanych nazwisk, szkolnych historyjek i innych drobnych wskazówek, które Francuzom mówiły o czyimś statusie społecznym i ważności. A ponieważ byłam cudzoziemką, oni nie znali też mojej pozycji.

Francuskie podejście do macierzyństwa

Chociaż pochłonął mnie anglosaski wir objadania się i niepokoju, nie mogłam nie zauważyć, że Anne i inne znane mi ciężarne Francuzki zupełnie inaczej podchodzą do swojego stanu.

Przede wszystkim nie traktowały ciąży jak szkolnej pracy na zaliczenie. Istniało mnóstwo francuskich podręczników macierzyństwa, czasopism i stron internetowych, ale nie były one uważane za lekturę obowiązkową i nikt nie pochłaniał ich hurtowo. Z całą pewnością nikt, kogo spotkałam, nie prowadził analiz porównawczych rożnych filozofii macierzyństwa ani nie potrafił nazwać najrozmaitszych metod. Nie było tu najnowszych poradników, które każdy musiał znać, a eksperci nie mieli nad rodzicami władzy absolutnej.

— Te książki są przydatne dla ludzi, którym brakuje pewności siebie, ale nie wydaje mi się, żeby można było wychować dziecko z poradnikiem w ręku. Trzeba się kierować uczuciami — powiedziała pewna paryska matka.

Spotkane przeze mnie Francuzki nie lekceważyły macierzyństwa ani zdrowia dzieci. Były pełne respektu, zatroskane i świadome gigantycznej zmiany życiowej, jaka je czekała, lecz okazywały to zupełnie inaczej. Amerykanki zwykle demonstrowały zaangażowanie, zamartwiając się i udowadniając, ile są gotowe poświęcić dla dziecka, jeszcze zanim się ono urodzi; tymczasem Francuzki demonstrowały zaangażowanie, promieniując spokojem i podkreślając to, że nie wyrzekły się przyjemności.

W ciąży należy dopieszczać swoją kobiecość

Rozkładówka w magazynie "Neuf Mois" ("Dziewięć miesięcy") prezentowała brunetkę w zaawansowanej ciąży i koronkowej bieliźnie, jedzącą ciastko i zlizującą dżem z palców. "Ważne jest, aby w trakcie ciąży dopieszczać swoją kobiecość" — zalecał inny artykuł. "Ponad wszystko inne powstrzymaj się od pożyczania podkoszulków swojego partnera". Lista afrodyzjaków dla przyszłych mam obejmowała czekoladę, imbir, cynamon i — skoro byliśmy we Francji — musztardę.

Uświadomiłam sobie, że zwyczajne Francuzki traktują te apele poważnie, kiedy Samia, mieszkająca w sąsiedztwie młoda matka, zaprosiła mnie do swojego mieszkania. Była córką algierskich imigrantów i dorastała w Chartres. Podziwiałam wysokie sufity i żyrandole, kiedy zdjęła z obramowania kominka plik zdjęć.

— Tu mam zdjęcia, jak byłam w ciąży. Et voila, ogromny brzuch! — oznajmiła, podając mi kilka fotografii. Rzeczywiście, było na nich wyraźnie widać, że jest w ciąży. Było również wyraźnie widać, że jest topless.

Przeżyłam szok, przede wszystkim dlatego, że nadal używałyśmy w rozmowie formalnego vous, a ona właśnie spokojnie podała mi swoje nagie zdjęcia. Zaskoczyło mnie jednak także to, że Samia wyglądała na nich doskonale — jak jedna z prezentujących bieliznę w jakimś czasopiśmie modelek, tyle że prawie bez bielizny.

Trzeba przyznać, że Samia zawsze miała skłonność do teatralnych gestów. Kiedy odprowadzała dwuletnie dziecko do żłobka, wyglądała, jakby właśnie wyszła z filmu noir: mocno ściągnięty w talii beżowy trencz, czarna kredka do powiek i świeża warstwa intensywnie czerwonej szminki. Była jedyną znaną mi Francuzką, która naprawdę nosiła beret.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje