Reklama

Reklama

W zbójeckim obozie

Fragment książki "Przygody Baltazara Gąbki. Trylogia" autorstwa Stanisława Pagaczewskiego. Rozdział pt. "Wyprawa się zaczyna".

Kraj, przez który jechali, był coraz dzikszy i prawie nie zaludniony. Samochód wspinał się na zbocza gór porośniętych sosnowymi lasami, widoki stawały się coraz rozleglejsze, co wywoływało okrzyki zachwytu z ust doktora Koyota. Czcigodny eskulap Jego Książęcej Mości nigdy nie wyjeżdżał dalej niż do Niepołomic, aby towarzyszyć księciu podczas polowania, toteż nic dziwnego, że górski krajobraz działał na niego z niezwykłą siłą.

Reklama

— Jak tu pięknie! — wołał co chwila, kręcąc się na wszystkie strony.

Bartolini wolał jednak niziny; góry napawały go dziwnym niepokojem. Zdawało mu się, że w każdej chwili spoza zakrętu wybiegnie banda dzikich rozbójników, aby obrabować podróżnych. Naczytał się bowiem różnych opowieści, z których wynikało, że zbóje bardzo sobie chwalą teren górzysty, pełen kryjówek w postaci jaskiń, wąwozów i kotlin, otoczonych niedostępnymi szczytami. Nic nie mówiąc swym towarzyszom, aby ich nie denerwować, wyciągnął z worka ostry rożen i schował go za cholewę buta, ot tak, "na wszelki wypadek". Uzbroiwszy się w ten sposób, poczuł przypływ odwagi i począł wyobrażać sobie scenę walki z rozbójnikami. W walce tej odgrywał oczywiście pierwszorzędną rolę, kładąc trupem większość napastników za pomocą swej rożnoszpady, resztę zaś biorąc do niewoli.

Smok, zajęty prowadzeniem samochodu, a zwłaszcza ciągłym przekładaniem biegów, nie brał udziału w rozmowie, która toczyła się poza jego plecami. Brzmiała zaś ta rozmowa następująco:

D r  K o y o t: Która godzina?

B a r t o l i n i: Już minęła jedenasta.

D r K o y o t: A więc czas najwyższy na drugie śniadanie. Jak wiesz, zjadłem w domu tylko jedno jajko na miękko, ponadto zaś dwie kromki chleba z szynką. Mam ochotę na gorącą kawusię i bułeczki z masłem.

B a r t o l i n i: Myślę, że Smok nie każe nam zbyt długo jechać z pustymi żołądkami. Mam przecież wiele specjałów, tylko trzeba zrobić postój, aby je wypakować.

D r K o y o t: Jesteśmy w górach, a górskie powietrze sprzyja dobremu apetytowi, istnieje mądre dzieło na ten temat, napisane przez magistra Janka z Zabierzowa. Stara to wprawdzie książka, ma już ponad sto lat, ale niezwykle mądra.

B a r t o l i n i: Nie znam jej, choć powinienem, jako że traktuje o sprawach jedzenia. Muszę ci się pochwalić, drogi doktorze, że posiadam piękny zbiór książek kucharskich w siedmiu językach. Ostatnio udało mi się kupić w antykwariacie książkę kucharską wydaną przez plemię ludożerców, zamieszkujących środkową część płaskowyżu wyspy Tongo-Bongo. Obecnie ludożercy ci żywią się wyłącznie konserwami jarzynowymi, był jednak czas, że przepadali za pieczenią ze swych nieprzyjaciół.

D r K o y o t: Spójrz, jacyś ludzie na szosie. To dziwne, na takim pustkowiu...

B a r t o l i n i: Obawiam się, że... Ostry pisk hamulców, uruchomionych nogą Smoka. Samochód staje. Pasażerowie spostrzegają wymierzone w siebie lufy muszkietów. Nie ulega wątpliwości, że zostali otoczeni przez rozbójników.

— Hej, co to ma znaczyć? — zawołał Smok, wychylając się przez okienko wozu.

— A jak myślisz? — zagadnął go mężczyzna w kapeluszu ozdobionym kogucimi piórami.

— Czyżbyś przypuszczał, że jesteśmy grupą autostopowiczów?

— Może jesteście nimi — odparł Smok dyplomatycznie a chytrze — ale niepokoją mnie wasze muszkiety...

— Szlachetny panie — zawołał zbójca — jeżeli sądzisz, że dostałeś się w ręce rozbójników, mylisz się bardzo! Może wyglądamy na takich, musisz jednak wiedzieć, że należy-my do odłamu przeciwników tradycji. Jeśli miałeś czas nas policzyć, to na pewno stwierdziłeś, że jest nas tylko jedenastu. A przecież każde dziecko wie, że zbójników zawsze musi być dwunastu. My jednak zwalczamy przestarzałe tradycje. Kilka dni temu posłaliśmy do domu dwunaste-go towarzysza i obdarowaliśmy go suto pieniędzmi oraz jadłem, aby tylko nie zechciał do nas wracać. Obecnie czas na dalsze czyny świadczące o naszej wrogości wobec tradycji. Dlatego też bądźcie panowie tak dobrzy i przyjmijcie zaproszenie na drugie śniadanie.

— Co o tym sądzicie? — zwrócił się Smok do towarzyszy.

— Myślę, że należy się zgodzić — powiedział Bartolini — gdyż istotnie zbliża się czas stosowny na drugie śniadanie.

— A ty, doktorze? — zapytał Smok.

— Cóż, nie mamy innego wyjścia. Żeby tylko nie struli nas nieświeżym mięsem. Na te słowa dowódca bandy poczerwieniał i ryknął groźnym głosem:

— To zniewaga! Nie ma mowy o zepsutym mięsie, ponieważ w obozie znajdują się dwie lodówki zarekwirowane swego czasu na Dzikiej Przełęczy. Korzystając z przebiegającej obok linii wysokiego napięcia, włączyliśmy je do sieci i stale dysponujemy świeżym mięsem, nie mówiąc już o takich drobiazgach, jak mrożona śmietana, a nawet lody owocowe...

— Panowie, przyjmujemy zaproszenie — powiedział Smok. — Przepadam za mrożoną śmietaną! I zwróciwszy się do zbójcy, dodał:

— Moi przyjaciele zgadzają się z całego serca.

— Wspaniale! — zawołał zbójca i dał znak swoim kompanom, aby odstąpili od samochodu.

— Pozwoli pan, że się przysiądę — powiedział do Smoka — i pokażę wam drogę. To niedaleko, ale trzeba jechać po wertepach. Wasz samochód jest jakby stworzony do tego terenu. Za pięć minut będziemy na miejscu.

Po chwili na szosie nie było żywego ducha. Samochód zjechał na boczną dróżkę, ginącą między skałami. Dziesięciu zbójów biegło za nim; niektórym przychodziło to z trudem, jako że byli zbyt dobrze odżywieni i odznaczali się wspaniałą tuszą.

Dróżka wiodła stale ku górze. Skały sterczące po obu jej stronach były coraz bardziej strome i pozbawione roślinności. Wkrótce samochód znalazł się w kotlince, w której wił się strumień o przezroczystej wodzie.

— Jesteśmy na miejscu — powiedział zbójca siedzący obok Smoka. — Proszę zatrzymać wóz. W jednej ze skał widniał otwór jaskini. W pobliżu wejścia do niej stała tablica z napisem "Osobom nieupoważnionym wstęp surowo wzbroniony". Pod napisem zwracała uwagę trupia czaszka ze skrzyżowanymi piszczelami.

— Idealne miejsce na majówkę — rzekł Bartolini. — Teren równy, woda do kąpieli i cisza. — Czujcie się jak u siebie w domu — zapraszał dowódca bandy. — Zaraz coś przekąsimy. Smok wyjął z kieszeni swą ulubioną fajkę i zapalił.

— Bardzo tu przyjemnie — powiedział z uznaniem.

— Byłem pewny, że się wam spodoba — ucieszył się zbójca. — Przykładam dużą wagę do estetycznego wychowania swych ludzi. Nic tak nie uszlachetnia jak kontakt z piękną przyrodą. Tego samego zdania jest sławny angielski filozof John Ruskin.

Na dany przez dowódcę znak dwóch rozbójników po-biegło do jaskini, aby wynieść składany stół i kilka krzesełek. Po chwili na stoliku pojawił się śnieżnobiały obrus, a na nim półmisek z szynką. Jeden ze zbójców przyniósł flaszkę starego wina i złote kielichy.

— Panowie — rzekł dowódca bandy — czym chata bogata, tym rada. Proszę do stołu.  

— Przepraszam — powiedział na to doktor Koyot — jako lekarz czuwający nad zdrowiem członków ekspedycji proponuję, żebyśmy sobie umyli ręce w tym oto strumieniu.

— Oczywiście — zgodził się zbójca. — Doktor ma rację. Informowanie czytelników o tym, że śniadanie smakowało naszym podróżnikom, jest chyba najzupełniej zbędne. Ten tylko może mieć wątpliwości, kto nigdy nie był w górach i nie posilał się nad brzegiem strumienia, słuchając śpiewu ptaków.

— Cieszę się, że spotkałem tak zacnych kawalerów — powiedział Starszy Zbójca, gdy na półmisku nie było już ani jednego plasterka szynki. — Mam miłą nadzieję, że nie odmówicie mi, jeżeli poproszę o wpisanie się do Księgi Pamiątkowej.

— Chętnie — odparł Smok w imieniu towarzyszy. — Bardzo lubię wpisywać się do ksiąg pamiątkowych.

— Mamy w niej cenne autografy — mówił Starszy Zbójca. — Gościliśmy raz u siebie posła z Kraju Smutnego Kaktusa, który jechał do naszego kochanego księcia, aby ofiarować mu obywatelstwo honorowe swej ojczyzny. Napisał, że gdyby nie był tak Ważną Osobą, na pewno zostałby rozbójnikiem, gdyż takie życie bardzo mu się podoba.

Na wspomnienie Kraju Smutnego Kaktusa Smok rozpromienił się.

— Byłem tam kiedyś — powiedział. — Piękny to kraj, ale bardzo smutny, ponieważ rosną tam jedynie kaktusy. Czy można wpisać się wierszem?

— Jak najbardziej — odpowiedział Starszy Zbójca. Wtedy Smok ujął pióro i na nowej karcie Księgi skreślił następujący utwór:

Gdyby takich zbójców na świecie przybyło,

Wtedy by się wszystkim bardzo miło żyło,

A książęca milicja, zamiast im psuć szyki,

Mogłaby dzieci bawić i pisać wierszyki.  

Po złożeniu podpisów podróżnicy spojrzeli na zegarki.

— Spieszycie się? — zapytał dowódca.

— Mamy daleką drogę przed sobą — odparł Smok — ale chętnie posiedzimy tu jeszcze pół godziny. Szef bandy zaklaskał w dłonie.

— Krzywonos, do mnie! — zawołał tonem rozkazującym. Na ten okrzyk podbiegł do niego wysoki mężczyzna, podobny do Cygana dzięki czarnym włosom i ciemnej cerze. Ubrany był w czerwoną, mocno połataną bluzę oraz w skórzane spodnie, wpuszczone do butów z cholewami. Za pasem, nabijanym złotymi monetami, tkwiły kolby dwóch pistoletów.

— Co rozkażesz?

— Wyprowadź misie i pokaż gościom, jak tańczą. Tymczasem Smok wydobył z walizki notes i zasiadł przy stoliku, naprzeciw Starszego Zbójcy.

— Drogi panie — zwrócił się do uprzejmego gospodarza — jednym z celów mej podróży, którą zacząłem dziś rano, jest zebranie materiałów do nowej książki. Jestem bowiem pisarzem, autorem wielu reportaży, a także rozpraw naukowych. Interesuje mnie zagadnie-nie, z czego żyjecie, skoro zamiast rabować podróżnych, gościcie ich tak uprzejmie, jak nas. Przyznam się, że gdy was ujrzałem, pomyślałem sobie: ,,No, to już koniec naszej wyprawy. Ci zacni ludzie puszczą nas do domu na bosaka".

— Ach — jęknął boleśnie Starszy Zbójca — jak mogłeś tak myśleć choć przez chwilę? Ranisz moje serce!

— Teraz wiem, że spotkałem ludzi szlachetnych i gościnnych — ciągnął dalej Smok — ale w chwili gdy was ujrzałem, nie dawałem ani dwóch groszy za swoją skórę.

Dowódca bandy otarł łzę z oka.

— Wiem, że wyglądamy okropnie — powiedział ze smutkiem — ale weź pod uwagę, że jesteśmy kawalerami i nie mamy nikogo, kto by mógł dbać o nasz wygląd. Najwięcej kłopotów przysparzają nam pourywane guziki. Cerowanie skarpetek to także problem dużej wagi, nie mówiąc już o prasowaniu koszul. Jesteśmy pionierami nowego typu zbójnika, musimy więc ponosić pewne konsekwencje. Podróżny, napotkany przez nas na drodze, nie może odjechać z pustymi rękoma. Obdarowujemy każdego, czy chce, czy nie chce. Chodzi nam o reklamę. W ten sposób, prędzej czy później, książę Krak dowie się o naszej działalności i być może przydzieli nam jakąś skromną subwencję ze skarbu państwa. Przeznaczę ją w pierwszym rzędzie na zakup większej ilości guzików i agrafek.

— Skąd jednak bierzecie na to, żeby obdarowywać podróżnych?

Starszy Zbójca zniżył głos i nachylił się do swego rozmówcy:

— Powiem ci w zaufaniu, bo mi się podobasz. Swego czasu znaleźliśmy w tej oto jaskini ogromny skarb, schowany tu prawdopodobnie przez prawdziwych rozbójników. Czerpiemy z niego pełną garścią, ale już nie na długo wystarczy. Kilka dni temu przeżyłem straszną chwilę, ujrzawszy skały przeświecające spod stosu złota.

— Co was jednak skłania do owej filantropijnej działalności?

— Czysta fantazja — odparł Starszy Zbójca. — Je-żeli dzisiejszym poetom wolno pisać wiersze bez rymu i rytmu, to dlaczego zbójca nie miałby obdarowywać napadniętego? Jesteśmy po prostu antyzbójcami, to cała tajemnica.

— Dziękuję — powiedział Smok i zamknął notatnik. — Postaram się opowiedzieć księciu o waszej działalności. Oczywiście zrobię to dopiero po powrocie z wyprawy. — Czy wolno wiedzieć, dokąd jedziesz?

— Nie mogę tego wyjawić, albowiem wiąże mnie tajemnica. W każdym razie jest to sprawa o wielkim znaczeniu dla całego państwa.

— Musisz więc przyjąć od nas duży worek pieniędzy.

— Dziękuję bardzo, ale mam dość własnych.

— Nie odmawiaj, bo się pogniewam. Nie możesz odjechać bez podarunku z mej strony. Inaczej musiałbym cię więzić na tym pustkowiu aż do chwili przełamania twego oporu. — W takim razie przyjmę wasz podarunek — powie-dział Smok — ale pieniądze owe rozdam biednym ludziom w najbliższej wiosce.

— Nic mnie nie obchodzi, co z nimi zrobisz. W każdym razie musisz je ode mnie przyjąć, w przeciwnym razie byłbym niepocieszony.

Podczas gdy dwa niedźwiedzie zabawiały gości tańcem przy akompaniamencie bębenka, Starszy Zbójca kazał swym ludziom załadować do samochodu worek złotych monet. Jednocześnie inni rozbójnicy postawili przed gośćmi srebrne miseczki wypełnione mrożoną śmietaną z truskawkami.

Ostatnie chwile pobytu podróżników w zbójeckim obozie upłynęły na miłej rozmowie. Dowódca bandy kilkakrotnie wyrażał żal z powodu konieczności rozstania się z tak sympatycznymi osobami. Mistrz Bartolini zanotował sobie przepis na kogel-mogel z winogronami, a doktor Koyot wyrwał jednemu z rozbójników zepsuty ząb, zyskując jego gorącą wdzięczność.

Pożegnanie było niezwykle serdeczne. Rozbójnicy od-śpiewali swój hymn, zaczynający się od słów "Wśród lasów i gór zbójecki brzmi chór", a Smok wykonał im grupowe zdjęcie, obiecując przysłanie jedenastu odbitek zaraz po powrocie z wyprawy. W końcu samochód ruszył i po chwili znów znalazł się na szosie.

— Wszystko dobre, co się dobrze kończy — rzekł doktor Koyot. — To naprawdę bardzo mili ludzie.

Smok spojrzał na zegarek.

— Już po drugiej — powiedział. — Musimy szybko jechać, żeby zdążyć przed nocą na Dziką Przełęcz. Stoi tam oberża "Pod Wesołym Karakonem". Mam od księcia list polecający do oberżysty, który służył w Gwardii Pałacowej. Myślę, że nocleg będzie wygodny.

Zajęci oglądaniem coraz piękniejszych widoków, nasi podróżni nie zauważyli, że w znacznej odległości dąży za nimi samochodzik prowadzony przez człowieka w zielonej pelerynie.

materiały prasowe

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Przygody Baltazara Gąbki. Trylogia.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje