Reklama

Reklama

Wypadki chodzą po dzieciach

Nie ma na świecie takiego rodzica, przy którym dziecko nie rozbije sobie kolana. Co najmniej. Taka jest kolej rzeczy – mały człowiek nabywa umiejętności tylko i wyłącznie przez doświadczenie.

Co jakiś czas media donoszą o wypadkach, w których poszkodowanymi są dzieci. Zanim zaczniemy oceniać rodziców bądź dziadków, zanim zaczniemy wyliczać, czego nie dopilnowali, przypomnijmy sobie własne dzieciństwo - ilość nabitych przez nas guzów, złamań, albo rozciętych warg.

Wspinaczka i skoki

Reklama

Wieś, wakacje, świeżo zwiezione do stodoły siano. Z dziećmi gospodarza wymyśliliśmy znakomitą zabawę: skoki z belki na miękkie, pachnące sianko. Było fantastycznie. Nie wiem, z ilu metrów lataliśmy. Wtedy wydawało mi się, że z dziesięciu. Byliśmy bohaterami bajki "Załoga G" - urządziliśmy sobie prawdziwą wojnę planet. Na szczęście obyło się bez złamań. A o naszej szalonej rozrywce nie dowiedział się żaden dorosły.

Pamiętam, jak z moją najlepszą przyjaciółką wdrapywałyśmy się na drzewo. Była 3 lata starsza, więc nietrudno się domyślić, że o niebo sprawniejsza ode mnie. Siedziała już na orlim gnieździe, kiedy postanowiłam udowodnić jej, że też się tam dostanę. Zamierzonego celu nie osiągnęłam. Wylądowałam na krzaku agrestu, który cudem zamortyzował upadek. Na chwilę straciłam głos. Przyjaciółka dała mi wodę do picia, a potem zaprowadziła do domu.

Kiedy zaczęłam wymiotować, powiedziałam, że zjedzone jabłka popiłam mlekiem i pewnie przez to jest mi niedobrze. Miałam się przyznać, że spadłam z drzewa? Żeby dowiedzieć się, że nie wolno mi na nie wchodzić? W życiu!

Jedną z najbardziej dramatycznych sytuacji mojego dzieciństwa przeżyłam jednak w innym momencie. Drzwi wejściowe do szkoły były przeszklone. W jednej kwaterze wsadzono dwie szyby, widocznie nie mieli jednej dużej i pan woźny dosztukował do kawałka starej nowe szkło. Przy drzwiach siedziała koleżanka, która oparła się o ową instalację zbyt mocno. Dolna szyba poleciała, a ona wypadła na drugą stronę korytarza. Przechodzący obok kolega chwycił górną część szkła, która - gdyby spadła na dziewczynę - z pewnością by ją zabiła.

To, że nikomu nic się nie stało, z pewnością było cudem. Odtąd w szkole były szyby wyłącznie w jednym kawałku.

Błądzą inni, nie my

Zanim zaczniemy oskarżać innych o brak odpowiedzialności, warto popatrzeć na siebie. Ile razy narażamy nasze życie robiąc coś, co może nam zaszkodzić? Jeżdżąc za szybko, jedząc byle co, czy choćby paląc papierosy.

A przecież, kiedy jesteśmy rodzicami powinno nam zależeć na tym, by jak najdłużej być zdrowym, by móc opiekować się swoim potomstwem i dawać dobry przykład.

Wydaje nam się, że o nasze dzieci dbamy najlepiej. Że jesteśmy czujni, przewidujący i zapobiegliwi. Ale nie jesteśmy w stanie obserwować dziecka 24 godziny na dobę, bo to zwyczajnie niemożliwe. Zwykłe wyjście do toalety i zostawienie niemowlęcia w łóżeczku może skończyć się nabiciem przez malucha guza. Ale przecież do toalety chodzić musimy.

Przedszkole, szkoła, boisko

Nie jesteśmy w stanie być z naszymi dziećmi zawsze i wszędzie. Na szczęście i niestety. By wyfrunęły kiedyś spod naszych skrzydeł, muszą same nauczyć się latać. Wiele razy próbować i wiele razy doświadczać upadku. To, że naszym dzieciom nic się nie przytrafiło jest kwestią wiary, szczęścia czy może przypadku. Albo naszej nieświadomości zagrożenia.

[A ja teraz będę musiała gęsto się tłumaczyć przed swoją mamą, dlaczego nie powiedziałam jej o tym, co mnie spotkało].  


Monika Szubrycht

Dowiedz się więcej na temat: wychowanie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje