Reklama

Reklama

Agnieszka Dygant: Jestem doskonała!

Kto z nim zostawał?

Reklama

- Organizowałam dyżury... Moja mama i niańka.

Przed "Prawem Agaty" dostałaś kilka ciekawych propozycji w serialach. Dlaczego wybrałaś akurat Agatę?

- Bo wydawała mi się najciekawsza. Nigdy nie grałam takiej roli. Poza tym to był kupiony, gotowy format. Scenariusz powstawał na moich oczach. Miałam szanse pogadać ze scenarzystką Kają Krawczyk. Ona mogła mi się przyjrzeć i pisać trochę bardziej pode mnie.

Za co polubiłaś swoją bohaterkę, Agatę?

- Za to, że jest niedoskonała, ma jakieś rysy na charakterze. Nie jest taka gładziutka i milutka. Jest czupurna, impulsywna, czasem nie potrafi poradzić sobie z emocjami.

Momentów tragicznych w serialu nie brakuje. Jak choćby ten, kiedy Agata traci majątek i zaczyna życie od nowa.

- Czasem sobie myślę, że to moje pokolenie dzisiejszych czterdziestolatków z wielkich miast jest potwornie nudne. Jesteśmy zbieraczami i nudziarzami! Kolekcjonerami plazm, kredytów we frankach, mebli z IKEI, lotów czarterem do Hurghady. Nuda, nuda! Agata w pewnym momencie traci to wszystko. Kończy z pracą w korporacji i zjeżdża z dwunastego piętra wieżowca. Zakłada małą firmę i staje się prawniczką, która naprawdę broni ludzi z ulicy. I dobrze!

"Prawo Agaty" reżyseruje m.in. twój partner, Patrick Yoka. Jak wam się razem pracuje?

- Normalnie. Po prostu pewnego dnia pojechaliśmy razem do pracy, ale osobnym transportem. Ja wcześniej, bo muszę się przed zdjęciami wymalować, a on nie.

Krystyna Janda opowiadała kiedyś, że jak jej mąż nie chciał już kręcić zdjęć, bo np. zachodziło słońce, ona krzyczała: "Jak kochasz, to kręć!". Ty też tak robisz?

- Nie mnie należałoby o to spytać (śmiech). Poza tym na planie tak naprawdę większość czasu spędzamy oddzielne. Natomiast faktem jest, że od lat rozmawiamy o filmie, o kinie, o scenariuszach. Mamy w wielu sprawach podobne zdanie, wspólny język, nie musimy długo opowiadać sobie nawzajem, o co chodzi.

O czym teraz marzysz?

(cisza) - Wiesz, to nie są takie rzeczy, o których chciałoby się gadać.

A jakie masz cele?

- Żyję w niedoczasie. Przez ostatnie pół roku byłam na planie po 12 godzin dziennie. Próbuję nadgonić sprawy organizacyjne, odgruzować się trochę.

Jak ci się pracowało na planie z Darią Widawską?

- Z Darią poznałam się na castingu i szybko się dogadałyśmy. Ona jest świetną i koleżeńską aktorką. Nie ma w niej nic z zazdrośnicy. Na planie z Darią można się na wszystko umówić.

A jak z Leszkiem Lichotą?

- Uuuu, gorzej (śmiech). Trochę walczymy, konkurujemy, drzemy koty... jako Agata i Dębski oczywiście. Żartuję, Lechu! Żeby nie było, świetnie mi się z tobą pracuje.

Będziesz drugą Magdą M.?

- Ciągle słyszę to pytanie. I jeszcze czy będę jak Ally McBeal. Na pewno nie mam nic przeciwko temu, żeby nasz serial odniósł taki sukces, jak "Magda M.". Natomiast "Prawo Agaty" to trochę inna historia. Moja bohaterka nie szuka księcia z bajki. Ona w ogóle nie czeka na miłość. No i jest mniej doskonała od Magdy. Ja z moim emploi nadaję się do bardziej charakterystycznych ról. Zobacz, jaka była Niania: piłowała pazury, zamiast opiekować się dziećmi, do tego pazerna i jeszcze kłóciła się z matką.

A ty jesteś niedoskonała?

- Ja? Chyba żartujesz... Ja jestem wspaniała, mądra, piękna. Jestem po prostu chodzącym ideałem. A co? Nie widać? (śmiech).

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje