Reklama

Reklama

Aldona Plewińska: Niczego nie robię na pokaz

- Oczywiście są teraz lżejsze protezy, na przykład rąk. Ale one nie spełniają żadnej funkcji, po prostu są, układają się wzdłuż ciała, są na pokaz. A ja już jakiś czas temu postanowiłam, że nie będę już niczego robiła na pokaz - mówi Aldona Plewińska, modelka.

Katarzyna Pruszkowska: - Skąd wziął się pomysł na modelling?

Aldona Plewińska: - Na moją pierwszą sesję zdecydowałam się, bo profesjonalna sesja zdjęciowa od zawsze była moim marzeniem. Na początku myślałam, że zrobię sobie parę zdjęć i tak moja przygoda się skończy: chciałam przekonać się, jak będę się czuła i zachowywała przed obiektywem. Ale szybko zrozumiałam, że pozowanie za bardzo mi się podoba, by tak po prostu zrezygnować. Postanowiłam, że jeśli tylko znajdę chętnych fotografów - będę to kontynuować. 

Twoja pierwsza sesja zdjęciowa była bardzo odważna...

Reklama

- Tak, bo postanowiłam sobie, że chcę wejść do świata modellingu "z kopniakiem", żeby fotografowie zaczęli mnie kojarzyć. Myślę, że to bardzo udana sesja, że osiągnęliśmy fajny efekt.

Jak później potoczyła się twoja "kariera" na maxmodels? Sama pisałaś do fotografów czy to oni proponowali ci współpracę?

- Jeśli jestem pod wrażeniem prac jakiegoś fotografa sama proponuję współpracę. Jednak unikam takich, którzy chcą robić zdjęcia za pieniądze - zależy mi teraz przede wszystkim na nabyciu doświadczenia i stworzeniu portfolio. Więc doszłam do wniosku, że poczekam na propozycje fotografów. I przyznam, że pojawiło się ich już całkiem sporo, nie spodziewałam się takiego odzewu. Podczas sesji, które już zrealizowałam, zazwyczaj zdawałam się na wizję fotografów, wizażystek. Bardzo cenię sobie ludzi, którzy mają na mnie pomysł, są w stanie coś zaproponować. Zdjęcia w stylu: pomalujemy cię i uśmiechniesz się do zdjęcia mnie nie interesują. Chciałabym, żeby moje fotografie miały jakiś przekaz.

Co miały przekazać fotografie z bandażami?

- Miały pokazać, że jestem, jaka jestem i się tego nie wstydzę. Że jestem niepełnosprawna, ale mam do siebie dystans.

Wcześniej się wstydziłaś?

- Jeśli chodzi o modelling, to w ciągu trzech lat istnienia mojego konta na MaxModels dostałam jeden nieprzyjemny komentarz związany z moją niepełnosprawnością. Ale wcześniej, w tak zwanym normalnym życiu, zdarzały się przykre sytuacje. Ludzie, szczególnie rodzice z dziećmi, podchodzili, potrafili naprawdę długo stać z rozdziawionymi szczękami i patrzeć na mnie. Teraz już wiem, że mogę budzić zdziwienie, ale umiem się tym nie przejmować.

Długo trwało zanim zaakceptowałaś siebie?

- To była długa i bardzo ciężka droga, ale na jej końcu zrozumiałam, że ja naprawdę nie mam się czego wstydzić, ani za co przepraszać. Jestem dokładnie taka sama jak inni, tylko wyglądam inaczej. Jestem człowiekiem, mam takie same prawa jak inni ludzie. Myślę, że żeby poradzić sobie z kompleksami trzeba przede wszystkim w siebie uwierzyć. Jasne, można ukrywać swoje niedoskonałości, ułomności. Ale ja uważam, że to się kompletnie nie opłaca. Bo to sprawia, że człowiek zaczyna się zamykać w sobie, boi podchodzić do innych ludzi. Mi bardzo w zrozumieniu tego pomogło właśnie MaxModels - poznałam tam wielu fajnych ludzi, którzy mnie docenili, szanowali.

Opinia innych ludzi jest ważna?

- Oczywiście. Czasem jest tak, że ktoś jest brzydki, gruby, ma pryszcze, a na dodatek jest zamknięty w sobie, stroni od ludzi. Wtedy oni nie mają możliwości poznania kogoś, mogą go więc oceniać tylko po wyglądzie, nie po tym, co w środku.

- A wracając do modellingu: pozowanie dało mi bardzo wiele. Dlatego wiążę z nim ogromne nadzieje, chciałabym nadal móc się rozwijać, a być może nawet zarabiać. Ale nie robię nic na siłę, nie błagam fotografów o sesje, chcę, żeby wszystko toczyło się swoim torem. Niedawno dostałam propozycję udziału, jako statystka, w teledysku, mam nadzieję, że to się uda i ktoś mnie zauważy.

Myślisz, że ludzie zawsze będą postrzegać cię przez pryzmat niepełnosprawności?

- Tak, ale ja się już do tego przyzwyczaiłam: że zawsze na pierwszym miejscu będę osobą niepełnosprawną, a później - modelką. Tak było i będzie, nie odrosną mi ręce, nie odrośnie noga. Ale i tak uważam, że moja sytuacja nie jest najgorsza. Jestem niepełnosprawna od urodzenia, nigdy nie chodziłam, nie miałam rąk, więc nie wiem, co straciłam. Można powiedzieć, że mam szczęście w nieszczęściu.

Masz plan "B"? Nie myślałaś o rozpoczęciu współpracy z agencją modelek? Być może wtedy twoja kariera nabrałaby tempa?

- Napisałam już do wielu agencji, ale od żadnej nie dostałam odpowiedzi. Nie dziwię się specjalnie, bo wiem, że w takich agencjach szuka się wysokich dziewczyn: do chodzenia po wybiegach, pracy na promocjach jako hostessy. Ja wiem, że się do tego nie nadaję, rozumiem też, dlaczego ludzie z agencji mi nie odpowiadają. Być może są agencje, z którymi będę mogła zacząć współpracę, ale jeszcze ich nie znalazłam. Wszystko przede mną.

Czy w modellingu jest wiele niepełnosprawnych osób?

- Nie jest ich dużo, ale są. Spotkałam się nawet z paroma niepełnosprawnymi dziewczynami, które, tak jak ja, zajmują się pozowaniem. To mnie podnosi na duchu, bo wiem, że nie tylko ja jedna mam takie marzenia i je realizuję. Wiem, że jest nas więcej.

Czy przyglądanie się pracy innych niepełnosprawnych osób cię inspiruje?

- Nie, chyba nie. Największe wsparcie otrzymuję od mojej mamy, przyjaciółki, chłopaka. Mam także koleżankę, też niepełnosprawną, która straciła w wypadku dwie ręce i nogę. Bardzo się lubimy, przypomina mi mnie samą sprzed kilku lat. Ona nie pracuje jako modelka, ma już dziecko. W jakiś sposób pokazuje mi, że można - że skoro jej się udało i mi może.

Wspominasz o dziecku. Na internetowym filmie też o nim mówiłaś...

- Tak, bo bardzo chciałabym mieć dzieci. A nawet jeśli to będzie niemożliwe, nie będę mogła zajść w ciążę i mieć biologicznego dziecka, chcę adoptować. Uważam, że to bardzo piękna sprawa.

Mówiłaś też, że chcesz mieć "zajebistego męża".

- No tak [śmiech]. Tymczasem mam chłopaka. Poznaliśmy się miesiąc po tym, jak założyłam konto na MaxModels. Widział moje pierwsze sesje, mówił, że bardzo mu się podobały. Wspiera mnie w tym, co robię. Zawsze szczerze mu mówię na jakie zdjęcia jadę, na czym będzie polegała moja praca. Pytam, czy mu to nie przeszkadza. Nie pozuję do aktów, ale moje zdjęcia są nietypowe, niepokojące. Konsultuję się z chłopakiem, w związku potrzebne są kompromisy. Ale on niczego mi nie zabrania, bo wie, że dzięki zdjęciom jestem szczęśliwa. Zresztą, jeździ ze mną na sesje, wie, jak wygląda pozowanie.

Jako osoba towarzysząca? Obserwator?

- Też, ale głównie jako mój opiekun. Zwykle jeżdżę na sesje pociągiem, więc ktoś musi mi pomóc dostać się na dworzec, do pociągu. Wcześniej jeździła ze mną mama, teraz chłopak.

Mama była przy pierwszej sesji z bandażami? Jak się wtedy czuła?

- Pewnie, że była. Myślę, że dobrze się bawiła. Ja miałam odgrywać umierającą, ciężko chorą, załamaną dziewczynę, a moja mama stała z boku i się śmiała. Bardzo trudno pracować w takich warunkach [śmiech]. Moja mama w ogóle jest niesamowita. Mój kalendarz jest szczelnie wypełniony: jeżdżę na sesje, na nagrania, czasem kupuję jakieś kupony kosmetyczne i jeżdżę "się upiększyć". A mama mi pomaga, cały czas. Czasem jest zła, czasem zmęczona, czasem jej się nie chce - ale jeździ ze mną, nie pozwala mi się poddać. Nie zniechęca mnie, pomaga realizować pasje.

Wygląda na to, że chłopak pomaga i tobie, i mamie...

- Bo tak jest. My z mamą jesteśmy niemal cały czas razem, 24 godziny na dobę. Dzięki niemu mogę sama, bez mamy, gdzieś wyjechać, np. niedługo jadę na Woodstock, już trzeci raz z kolei. Podczas takich wyjazdów mam odpoczywa, ja odpoczywam. Z moimi poprzednimi parterami spotykałam się w domu, na spacerze.  A z obecnym podróżujemy.

Mama się wtedy nie martwi?

- Pewnie tak, ale jestem już dorosła. Czasem rozmawiamy o tym, że kiedyś się usamodzielnię, będę chciała założyć rodzinę. Zawsze jednak będę musiała mieć mamę blisko, przecież mój przyszły mąż będzie musiał chodzić do pracy, a ja wymagam opieki stale, np. teraz przyjmuję zastrzyki, czasem także w nocy.

Lubisz podróżować?

- Uwielbiam. Uwielbiam być w ciągłym ruchu. Jeśli w ciągu miesiąca nie mam żadnej sesji, nie muszę gdzieś wyjechać - zaraz sobie organizuję zajęcia, choćby te wizyty w salonach piękności. Nie mogę za długo siedzieć bezczynnie.

Czyli nie uważasz, jak niektóre moje rozmówczynie, że skoro ma się jakiś defekt nie trzeba już o siebie dbać, bo to i tak nie zmieni opinii otoczenia?

- Absolutnie, nie wolno tak myśleć. Powiem ci, że ja kiedyś byłam obrzydliwie brzydka, naprawdę. Miałam krótkie włosy, pryszcze, byłam gruba. Ale wzięłam się za siebie, poznałam chłopaka, obiecałam, że już nigdy nie doprowadzę się do takiego stanu, nie zaniedbam. Nie można tak myśleć:  jestem taka brzydka, że nic mi już nie pomoże. To niemożliwe, zawsze może być lepiej. Zawsze można schudnąć, nauczyć się malować, podkreślać swoje atuty.

Skąd bierzesz tyle energii do życia?

- Szczerze? Nie mam pojęcia. Od zawsze taka byłam: chodziłam do szkoły, przychodziłam do domu, ściągałam protezę, szłam przed blok i tam godzinami na jednej nodze skakałam. Byłam bardzo aktywna.

Nosiłaś protezę? Teraz jej już nie masz...

- Tak, do 16 roku życia, całą podstawówkę i gimnazjum. Ale potem okazało się, że jej noszenie spowodowało zapalenie trzustki - bo proteza, bardzo ciężka i niewygodna, przez wiele lat ugniatała trzustkę. Więc zrezygnowałam z protezy i powiem ci, że czuję się świetnie. Nie jestem skrępowana, dopiero teraz mam pełen zakres ruchów, mogę bez problemu wstać, usiąść. Nie wyobrażam sobie, że miałabym do noszenia jej wrócić. Oczywiście są teraz lżejsze protezy, na przykład rąk. Ale one nie spełniają żadnej funkcji, po prostu są, układają się wzdłuż ciała, są na pokaz. A ja już jakiś czas temu postanowiłam, że nie będę już niczego robiła na pokaz.

 

 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje