Reklama

Reklama

Bo jesteś ty

Doszedł do takiej wprawy, że ze swoją ekipą stawiał Amerykanom balkony. "Pracowałem na drugim końcu miasta. Ale gdy Ewa dzwoniła, że mysz biega po mieszkaniu, rzucałem wszystko i jechałem dwie godziny na ratunek. Docierałem na miejsce, a moja ukochana nadal stała na stołku i krzyczała", śmieje się piosenkarz. Najpierw mieszkali razem z teściową. Nie było to łatwe. Mama Ewy, kłócąc się z nią, potrafiła... złapać za pasek. "Gdy pewnego dnia zobaczyłem, że moja żona ma dostać w cztery litery, stanąłem między nimi. A wtedy moja kochana teściowa kazała Ewie wybierać między sobą a mną. No i o wpół do drugiej w nocy dzwoniliśmy do koleżanki Ewy, czy miałaby dla nas jakieś lokum. W jej garażu mieszkaliśmy dwa tygodnie", wspomina Krawczyk. Nie bieda i nie konflikt z teściową były jednak ich największym problemem, ale to, że Krzysztof uzależnił się od leków. "Mój doktor sam był lekomanem i przepisywał mi prochy na wszystko. Doszło do tego, że brałem wspomagacze na wstawanie, na spanie, na tańczenie i na wypróżnianie", mówi. W końcu Ewa miała tego dość. Wyrzuciła torbę z lekami, krzycząc:

Reklama

"Teraz ja będę twoją lekomanią!".
Do wyprowadzania ukochanego na prostą wzięła się w iście kobiecy sposób. Nie tylko nie opuszczała Krzysztofa na krok. Zajmowała mu czas sobą. "Chodziliśmy do kina, dużo rozmawialiśmy. Albo braliśmy grill i jechaliśmy na plażę, piekliśmy kiełbaski i piliśmy szampana. Ile wtedy przytyliśmy, wolę nie wspominać. Było dużo miłości i... seksu. W każdym razie Ewa zastąpiła mi lekarstwa sobą", uśmiecha się piosenkarz. Dzięki żonie pojednał się też z Bogiem, na którego pogniewał się jako szesnastolatek, po śmierci ojca. "Ewa wzięła mnie za rękę i zaprowadziła w Wielkanoc do kościoła. Wyszedłem nawrócony, choć na początku to do mnie nie dotarło. Dostałem od Niego więcej, niż zasłużyłem...

Anioła, żeby mnie pilnował".
W 1985 roku zdecydowali się wrócić do Polski. Ale kariera Krzysztofa nie układała się tak, jak oczekiwał. Przyznaje, że grywał do przysłowiowego kotleta w ośrodkach wczasowych. "Zdarzały się występy, na które do czterystuosobowej sali przychodziło trzydzieści osób. Za grosze grało się dla tych, co chcieli słuchać". Ewa została menedżerką Krzysztofa i radziła sobie coraz lepiej. Była przy nim w najgorszych czasach i jest przy nim dziś, gdy znów wszystkie stacje radiowe i telewizyjne nadają piosenki Krawczyka, a na koncerty przychodzą tłumy. Ich związek jest wyjątkowy. Nie tylko dlatego, że trwa 23 lata, co w show-biznesie jest osiągnięciem. Para ma za sobą cztery śluby! Pierwszy - cywilny amerykański. Drugi - cywilny polski. Trzeci - kościelny w Polsce, gdy piosenkarzowi udało się unieważnić pierwsze małżeństwo. I kolejny cywilny po... rozwodzie. Zdołali odbudować uczucie głównie dlatego, że tak naprawdę nie rozstali się. Mimo rozwodu mieszkali razem, a Krzysztof cały czas powtarzał, że kocha Ewę. W 2010 roku minie ćwierć wieku, odkąd są razem. Planują uroczyste odnowienie przysięgi małżeńskiej. Dziś piosenkarz wyznaje: "Jak zaczęliśmy się spotykać, nikt nie wierzył, że będziemy razem. Teściowa mówiła nawet, że skrzywdzę Ewę. A ja od 23 lat jestem zakochanym monogamistą. Spotkałem swojego anioła".

Przemysław Penconek

Więcej informacji o gwiazdach znajdziesz w SHOW - najnowszy numer w sprzedaży od 2 lutego!

Dowiedz się więcej na temat: koncerty | ślub | małżeństwa | Chicago | Krawczyk | piosenkarz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje