Reklama

Reklama

Dostałam drugie życie

Ładniejsza?
Z tym nie było tak źle, ale w pewne rzeczy długo nie mogłam uwierzyć. Na przykład mówiło się, że mam najlepsze nogi na roku, a ja uważałam, że moje nogi są słabe. Za chude.

Reklama

Teraz prawie zawsze nosi Pani mini.
Może w ramach pracy nad poczuciem wartości? Krótkie spódnice zaczęłam nosić właśnie na studiach. Niewiele było sposobów manifestowania kobiecości. Moją idolką była Kalina Jędrusik. Kiedyś w Kabarecie Starszych Panów śpiewała "Bo we mnie jest seks", na koniec odwracała się do kamery i pokazywała dekolt na plecach tak głęboki, że widać jej było... kość ogonową. Chciałam być tak wyzwolona jak ona.

No i się udało. Ma Pani czasem taką myśl, że czas płynie i już czegoś nie wypada?
Że nie wypada, oczywiście, tak mnie wychowano. Ale że "już"? Nie. Ubieram się klasycznie. Noszę od lat ten sam rozmiar - 36. Czego na przykład nie wypada?

Nosić skórzanych spodni, butów za kolana...
Boże, co pan mówi? Nie, ja nigdy się nie zastanawiałam, co ludzie powiedzą. Nie ubieram się, żeby drażnić. Ale też nie widzę powodu, żeby podlizywać się skromnością.

Ale właśnie za to wiele kobiet Panią krytykuje. Za styl ostrej, drapieżnej kobiety. Nie marzy Pani czasem, żeby przejść przez swoje miasto jak Anna Dymna przez Kraków i żeby ludzie dawali Pani kwiaty, mówili, że Panią kochają?
Każdy tego potrzebuje. Liczę się z tym, jak mnie oceniają inni. Ale ja nie jestem Anną Dymną, wypełniam inną misję. Mam opinię twardej, mocno stąpającej po ziemi osoby. Prowadzę duży biznes, a u nas ludziom interesu się nie ufa. Często w mediach pokazywano mnie inną, niż jestem. I co, mam stanąć na rynku i krzyczeć: "Słuchajcie, jestem fajna!"? Uodporniłam się. Ale czuję się czasem samotna. Chociaż wie pan, że ostatnio coś się zmieniło. Spotykam się z objawami sympatii. Nie ma tygodnia, żeby mi ktoś nie powiedział: "Dziękujemy pani za Browar. Za to, że można tu przyjść, popatrzeć na sztukę, posłuchać koncertu".

Ostatnio, czyli po rozstaniu z mężem?
Tak. Pracuję na swoje konto. Strzepnęłam z siebie wszystko.

Poznaliście się na studiach prawniczych. Czym pan Jan zwrócił Pani uwagę?
Był uroczy. Inny niż wszyscy, dowcipny, inteligentny, zaskakujący...

Trudno tak mówić o byłym?
Nie, bo to sprawiedliwe.

Biorąc ślub z Janem, trafiła Pani do dużego biznesu. Mówi się, że pierwszy milion dolarów trzeba zdobyć nielegalnie, Pani mąż dostał go od ojca już w latach 70. Czy to zmieniło Pani życie?
Nie zmieniło mi nic w głowie. Żyliśmy komfortowo, ale dobrobyt nie zawsze jest fajny. Nagle zobaczyłam, jak odsuwają się przyjaciele. Dawne przyjaciółki nie rozumiały mnie, zazdrościły mi 500-metrowego domu, ciuchów. A ja im zazdrościłam, że swoich mężów mają przy sobie, że oni dbają o remont mieszkania, pomagają wychowywać dzieci. Jan pojawiał się w domu tylko na weekend. A one mówiły: "Głupia, przynajmniej możesz sobie kupić futro".

Albo mercedesa.
Nie tak od razu, moje pierwsze auto to był maluch, gdzieś w latach 70.

Powiedziała Pani kiedyś, że związek z tak silnym człowiekiem wymaga kompromisów. Czy jednym z nich była rezygnacja z kariery prawniczej? Marzyła Pani, by zostać sędzią.
Bardzo. I nie było to łatwe. Aplikację robiłam w Zielonej Górze, już po ślubie. Co poniedziałek o drugiej w nocy wsiadałam do pociągu. Przesiadka była w Zbąszynku, nad ranem. W barze dworcowym zjadałam bułę i piłam kakao z wyszczerbionego kubka. Na ósmą szłam na zajęcia do Sądu Wojewódzkiego i przysypiałam ze zmęczenia. A po południu szybko na PKS do Krosna Odrzańskiego, gdzie miałam pokoik na zapleczu sali rozpraw. Ale do łazienki musiałam przechodzić przez tę salę, więc pobudka była o szóstej, żeby się umyć, zanim do sądu przyjdą interesanci.

Dowiedz się więcej na temat: Jan Kulczyk | ślub | dziecko | zakupy | studia | cuda | dobrobyt | rower | Poznań | ojciec | rzeczy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje